Umiera się tylko raz, Robert Dugoni

Autor: materiały wydawcy
Data publikacji: 13 marca 2019

Umiera się tylko raz

Autor: Robert Dugoni
Przekład: Lech Z. Żołędziowski
Wydawnictwo: Albatros
Premiera: 13 marca 2019
Liczba stron: 448
PATRONAT PORTALU KRYMINALNEGO

Nieustraszona detektyw Tracy Crosswhite po raz kolejny będzie musiała położyć na szali swoje życie, by stawić czoła psychopacie. Premiera powieści „Umiera się tylko raz” już dziś!

Kiedy w pozostawionej w chłodnych wodach cieśniny Puget pułapce na kraby zostaje odnalezione ciało kobiety, Tracy jest przekonana, że będzie to jedna z najtrudniejszych spraw w jej policyjnej karierze. Po pierwsze, musi zidentyfikować ofiarę. A sekcja zwłok ujawnia, że zamordowana włożyła wiele wysiłku w ukrycie swojej tożsamości. Najwyraźniej się kogoś bała…

Gdy ustalenia policji zaczynają wskazywać, że ofiarą może być kobieta, która przed kilkoma miesiącami zaginęła w górach, sprawa staje się dla detektyw Tracy Crosswhite bardziej osobista. Wciąż nękają ją bolesne wspomnienia w związku z morderstwem młodszej siostry i świadomością, że z winy policji przez dwadzieścia lat Tracy nie mogła zamknąć tej sprawy. A historia lubi się powtarzać. Choć śledczy wnikliwie badają przeszłość zabitej kobiety, znajdują więcej pytań niż odpowiedzi. Dopiero dociekliwość Tracy doprowadza do odkrycia pełnej niespójności historii, w której zdrada i chciwość odgrywają główną rolę.

 

Robert Dugoni (ur. 1961 r.), amerykański pisarz. Po uzyskaniu licencjatu z dziennikarstwa na Uniwersytecie Stanforda współpracował m.in. z „Los Angeles Times”. Następnie ukończył prawo na Uniwersytecie Kalifornijskim i przez trzynaście lat pracował w kancelarii adwokackiej w San Francisco, zanim całkowicie poświęcił się pisarstwu. Autor trzynastu powieści, z których dwie były nominowane do Nagrody Harper Lee. Dwukrotnie wyróżniony przez Pacific Northwest Writer’s Association, zdobywca wielu innych prestiżowych nagród. Książki Dugoniego zostały przetłumaczone na kilkanaście języków i opublikowane w ponad 20 krajach. Grób mojej siostry, pierwsza z cyklu książek z detektyw Tracy Crosswhite, zdobyła nominacją do Nagrody Harper Lee i została uznana przez International Thriller Writers za najlepszą książkę w tym gatunku.

FRAGMENT POWIEŚCI

Rozdział 1

Seattle, stan Waszyngton

sobota, 24 czerwca 2017

Kurt Schill przeciągnął czterometrową aluminiową łódź po dróżce z belek ułożonych na plaży, żeby nie szorować dnem po żwirze. Dbał o stan swojego najnowszego nabytku, ale jeszcze bardziej chodziło mu o to, by nie narażać się mieszkańcom apartamentowców nad wąskim przesmykiem do cieśniny Puget. Hałasowanie o wpół do piątej rano nie byłoby przez nich mile widziane. Mogliby donieść policji, że przeciąga łódkę po deptaku, a on nie miałby nic na swoje usprawiedliwienie. O tym, że dróżka była przeznaczona wyłącznie dla spacerowiczów, informowały liczne tablice ostrzegawcze.

Schill zszedł do wody i przez gumowce poczuł, jak w wodzie cieśniny, o temperaturze poniżej ośmiu stopni, drętwieją mu nogi. Zepchnął łódź i wskoczył do środka, boleśnie uderzając kolanem w burtę; gwałtownie kołysał się na boki, póki nie udało mu się usadowić pośrodku i złapać równowagi. Ale i tak dzięki kadłubowi w kształcie litery V łódź była dużo stabilniejsza od jego poprzedniej łódki z włókna szklanego, którą przy wietrze trudno było manewrować. Wiedział, że musi odpłynąć trochę od brzegu, nim odpali sześciokonny silnik Hondy i uzyska pełną kontrolę nad łodzią.

Wsunął drewniane wiosła w dulki i wsłuchując się w ciche plaskanie piór i stukot dulek, niemal bezgłośnie odpłynął od brzegu. Aluminiowy kadłub ślizgał się gładko po smoliście czarnej wodzie cieśniny. To również podobało mu się w nowym nabytku. Zbierał na tę łódź pieniądze i kupił ją wraz z przyczepą z ogłoszenia w internecie za dwa tysiące dolarów – płacąc pięćset więcej, niż zakładał – pożyczywszy brakującą kwotę od ojca i wiedząc, że będzie musiał mu ją oddać. Liczył, że zaoszczędzi na opłatach pobieranych w miejscowych marinach i złowi więcej krabów. Władze ustaliły wprawdzie limit połowu na pięć kieszeńców na osobę, ale Schill nie zamierzał się tym przejmować. Miał stałych odbiorców wśród restauratorów, którzy płacili żywą gotówką z ręki do ręki.

Wiosłował w stronę Blake Island, wystającego z wody dużego czarnego garbu, choć na tle wznoszących się za nim znacznie większych wysp Bremerton i Vashon wyglądał na niewielki. Na północy widać było światła promu pełznącego na wschód z Bremerton do Seattle; z daleka przypominał świecącego owada wodnego. Pod kamizelką ratunkową Schillowi spływały po piersiach krople potu i znikały pod sięgającymi brzucha waderami. Było tak gorąco, że z przyjemnością wystawiał twarz i kark na chłodzące podmuchy wiatru.

Kilkaset metrów od brzegu odłożył wiosła i przesunął się na tył łodzi. Przypiął do kamizelki linkę wyłącznika awaryjnego, trzykrotnie ścisnął gumową bańkę na przewodzie paliwowym, by wpompować paliwo do silnika, ustawił przepustnicę i pociągnął rozrusznik. Silnik zaskoczył, zakasłał i zgasł. Schill upewnił się, że dźwignia i przepustnica są prawidłowo ustawione, i ponownie szarpnął linkę. Silnik przez chwilę się dławił, po czym wydał z siebie zdrowy warkot.

Zgodnie z obowiązującym prawem łowić kraby o tej porze roku mogli tylko członkowie plemion rdzennych Amerykanów, a kary dla nieprzestrzegających przepisów były naprawdę dotkliwe, ale Schill pod koniec ubiegłego sezonu natknął się na naprawdę obfite łowisko i nie mógł się już doczekać sprawdzenia, czy jego znalezisko jest wciąż tak samo zasobne. By uniknąć przyłapania na kłusowaniu, stawiał kosze już po zachodzie słońca i zbierał je jeszcze przed wschodem, ale i tak mocno ryzykował, a pływanie bez świateł zwiększało ryzyko zderzenia z inną łodzią lub pływającą w wodzie kłodą. Jedno i drugie mogło się skończyć tragicznie.

Przesunął rumpel do końca w prawo i łódź ostro skręciła, po czym wystrzeliła do przodu, zostawiając za sobą głęboki kilwater. Cudownie!

Schill dopłynął do swojego łowiska, przymknął przepustnicę i zwolniwszy, rozejrzał się za rozłupanym drzewem będącym jego znakiem rozpoznawczym. Dojrzał je, ustawił bieg na jałowy i wpatrzył się w powierzchnię wody w poszukiwaniu stożkowatego zarysu swej czerwono-białej pławy. Nie mogąc jej wypatrzyć, zaniepokoił się. Członkowie miejscowych plemion zabierali sprzęt kłusownikom naruszającym ich prawa łowieckie.

Wyjął spod ławeczki latarkę i poświecił po wodzie. Za trzecim podejściem dostrzegł wreszcie tańczącą na falach pławę. Z ulgą podpłynął bliżej, uchwycił pierścień i zaczął ciągnąć za linkę do chwili, aż naprężyła się pod ciężarem kosza. Przełożył ją przez bloczek żurawika na tyle łodzi – kolejnego udogodnienia, którego na poprzedniej, tej z włókna szklanego, nie było – i zaczął ciągnąć linkę, pozwalając, by opadała na dno łodzi u jego stóp.

– Chodźcie tu, krabiki – mruknął pod nosem.

Potrafił ocenić wielkość połowu po ciężarze kosza, choć nie zawsze się to sprawdzało. Zdarzało mu się wyciągać ciężkie kosze i znajdować w nich rozgwiazdy, płastugi i inne denne ryby. Ten kosz był jednak najcięższy ze wszystkich i po chwili Schill poczuł, że ręce mdleją mu z wysiłku. Tak bardzo, że musiał uwiązać linkę i chwilę odsapnąć.

– Cholera – prychnął, czując znajome wiercenie w brzuchu w oczekiwaniu na wielką zdobycz.

Zaparł się nogami o burty łodzi, odwiązał linkę i od razu poczuł w rękach potężny ciężar kosza. Łódź przechyliła się na prawą burtę, wysięgnik żurawika pochylił się ku wodzie. Schill ocenił, że wybrał już jakieś dwadzieścia metrów linki, co znaczyło, że zostało mu jeszcze około pięciu. Ale coś było nie w porządku. Linka wystawała z wody nie pionowo, tylko ukośnie pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a to zwykle sygnalizowało zaczepienie o coś.

Cokolwiek to było, zbliżało się do powierzchni wody przed koszem, co nie wróżyło dobrze. Jeśli linka owinęła się wokół dużej kępy wodorostów lub leżącej na dnie starej kotwicy, trzeba będzie ją od tego uwolnić. Może się skończyć tym, że będzie musiał ją odciąć i straci kosz z całą zawartością. I żegnajcie, planowane zyski.

Raz jeszcze pociągnął, czując ból wszystkich mięśni. Krople potu spływały z czoła i zalewały mu oczy, a on potrząsał głową, próbując się ich pozbyć. W końcu pod powierzchnią wody zarysował się kształt pułapki na kraby. Była ledwo widoczna, ale wydała mu się kwadratowa. Jego kosz był ośmiokątny. Albo linka splątała się z linką innego kosza, albo pomylił pławy i wyciągnął cudzy kosz.

Uwiązał linkę i ostrożnie przesunął się na ławeczce.

Wysięgnik żurawika pochylił się ku wodzie o następne kilkanaście centymetrów. Schill ostrożnie chwycił naprężoną linkę i uważając, by nie przewrócić łodzi, zaczął ciągnąć kosz do burty. Udało mu się złapać jego krawędź i przyciągnąć go jeszcze bliżej. Drugą ręką sięgnął po latarkę i oświetlił wnętrze kosza.

Wyglądał na pełny, tylko czego?

Dostrzegł kępę wodorostów, rozgwiazdę, ale także kilka żerujących krabów.

 

A potem zobaczył rękę.

Udostępnij

Sprawdź, gdzie kupić "Umiera się tylko raz" Robert Dugoni

PRZECZYTAJ TAKŻE

RECENZJA

Na polanie wisielców, Robert Dugoni

„Na polanie wisielców” jest w gruncie rzeczy opowieścią o tym, że człowiek nie zawsze potrafi żyć z brzemieniem popełnionego przez siebie grzechu.

02 lipca 2018

NOWOŚĆ

Na polanie wisielców, Robert Dugoni

„Na polanie wisielców” to trzeci tom cyklu o detektyw Tracy Crosswhite. Powieść ukazała się dziś pod naszym patronatem.

20 czerwca 2018

RECENZJA

Jej ostatni oddech, Robert Dugoni

Jeśli lubicie dopracowane, klasyczne thrillery o pościgu policjantów za seryjnym mordercą – i silne kobiece postaci jako dodatek – „Jej ostatni oddech” Roberta ...

17 listopada 2017

NOWOŚĆ

Jej ostatni oddech, Robert Dugoni

„Jej ostatni oddech” Roberta Dugoniego to klasyczna historia o pogoni za seryjnym mordercą. Czy nieustraszonej policjantce uda się schwytać Kowboja? Powieść ukazała się ...

25 października 2017

RECENZJA

Pan ławy przysięgłych, Robert Dugoni

Krótkie, pozbawione zbędnej narracji rozdziały dają wrażenie szybkiego montażu, ot, amerykańska szkoła gatunkowa sprawdza się jak należy.

07 grudnia 2007