{mosimage}Philip Marlowe: z podręczną butelką burbona, papierośnicą, gotową do użycia bronią i stale aktualizowaną nieufnością do przeżartego od środka blichtru wyżyn Los Angeles.  Dziś przypominamy recenzję pióra nieżyjącego już Tomasza Daniela Dobka. "> {mosimage}Philip Marlowe: z podręczną butelką burbona, papierośnicą, gotową do użycia bronią i stale aktualizowaną nieufnością do przeżartego od środka blichtru wyżyn Los Angeles.  Dziś przypominamy recenzję pióra nieżyjącego już Tomasza Daniela Dobka. "> Żegnaj laleczko, Raymond Chandler - Portal Kryminalny

Żegnaj laleczko, Raymond Chandler

Autor: Redakcja
Data publikacji: 24 września 2007

Żegnaj laleczko

Autor: Raymond Chandler
Liczba stron: 344

Raymond Chandler

Raymond Thornton Chandler, ur. 23 lipca 1888 w Chicago, zmarł 26 marca 1959 w Los Angeles. Niekwestionowany król współczesnego,  “twardego” kryminału, odpowiedzialny za rewolucję gatunku. Jego główny protagonista, Philipe Marlowe, stał się wzorcową figura prywatnego detektywa, razem z Samem Sp...

czytaj więcej

To druga powieść mistrza czarnego kryminału, uważana przez krytyków za najlepszą – pomimo nieco bezładnej fabuły, lecz dzięki mistrzowskiej frazie i galerii dziwacznych, typowo chandlerowskich postaci.

Prywatny detektyw Philip Marlowe spotyka przypadkowo osiłkowatego, pstrokato odzianego gangstera, zwanego, adekwatnie do gigantycznej postury -  Myszką Malloyem. Malloy usycha z miłości do niejakiej Velmy, rudowłosej piękności, która za dawnych lat śpiewała w knajpie Floriana – w murzyńskiej dzielnicy, gdzie właśnie dochodzi do inicjującego powieść spotkania. Gangster, na skrzydłach miłości, zabija ochroniarza i okalecza właściciela lokalu, stawiając detektywa w niedwuznacznej roli świadka. Przesłuchiwany przez porucznika Nulty’ego zostaje namówiony do rozeznania się w sprawie tajemniczej Velmy, w międzyczasie zaś przyjmuje zlecenie od ekscentrycznego Lindseya Marriota. Ma mu asystować w przekazaniu szantażystom okupu za skradziony, bardzo cenny naszyjnik – podczas spotkania Marlowe zostaje ogłuszony, Marriot zabity, a na miejscu pojawia się jeszcze – najwyższy czas – kobieta, Anne Riordan, która doprowadzi naszego bohatera do nie mniej ekscentrycznego małżeństwa, państwa Grayle. A ci już – także najwyższy czas – w prostej linii powiążą intrygę z Malloyem i rudowłosą Velmą.


Marlowe, ikona nie tyle Chandlera, co całej historii kryminału, jest tu przedstawiony w pełnej krasie i z całym, jakże charakterystycznym  inwentarzem: przystojny, lecz mimo powodzenia u kobiet wiecznie samotny (czy raczej – trzymający się na bezpieczną odległość). Cyniczny, cedzący przez zęby przemyślane ping-pongi słowne, a z offu komentujący dla nas fabułę kwieciście i nieraz  osobliwie poetycko  (... za wstążką kapelusza tkwiło kilka farbowanych piór, i to już była przesada - wyglądał dyskretnie jak tarantula na biszkoptowym cieście). Z podręczną butelką burbona, papierośnicą, gotową do użycia bronią i stale aktualizowaną nieufnością do przeżartego od środka blichtru wyżyn Los Angeles. Uczciwy wedle własnych reguł i kodeksu pracy. Skuteczny stuprocentowo, przede wszystkim jednak przez wzgląd na siebie. Każda sprawa to dlań ponadto wyzwanie i dreszcz... poczucia życia.

Brzmi w tym swoisty romantyzm, „czarny” romantyzm, lecz de facto taki jest ów chandlerowski bohater; powiada się nieraz, iż lektura Chandlera warta jest poznania nie tyle dla rozwikłania kryminalnej zagadki, ile dla smakowania owego specyficznego klimatu, aluzji języka, wizji miejskiej dżungli, dla identyfikacji z tym, wiecznie mokrym od deszczu bohaterem, który czytelnika oczyszcza, bo bezpiecznie pozwala gardzić za nas wszystkim i wszystkimi. Marlowe nie gra dedukcją Holmes’a, a raczej prowokacją, flegmatycznym oczekiwaniem na rozwój wydarzeń, zerkaniem spod kapelusza na podejrzane tropy, które niejako same podpowiadają mu dokąd się udać, kogo śledzić, od kogo – dla sprawy, rzecz jasna – warto oberwać po łbie. Marlowe trafia w najmniej oczekiwany czas i w najmniej oczekiwane miejsce. I – robi swoje. Parafrazując finał powieści: a gdy z damskiej torebki wychynie dłoń z wycelowanym weń pistoletem, on – poprzestanie na tym, że nie zrobi nic.

Chandler w Żegnaj laleczko jest, jak się rzekło, pełen aluzji i autokomentarzy. Przytoczona tarantula na cieście jest wzięta żywcem z Karola  Dickensa, gdzie pająk wyłazi z weselnego tortu w Wielkich nadziejach. Gdy Marlowe mówi o swym szczególnym upodobaniu do  hard-boiled girls („dziewczyn gotowanych na twardo”, co gubi się w polskim przekładzie: Lubię sprytne, szykowne dziewczyny, kute na cztery nogi i grzeszne do szpiku kości), mamy tu wprost do czynienia z autokomentarzem gatunku hard boiled. A proza jego jest kopalnią jeszcze głębszą.

Pisarz, jako jeden z pierwszych, do rangi autonomicznego bohatera podnosi także miasto – ulice, zauły, wille i knajpy. To na ulicach „żyją” wszystkie sprawy Marlowe'a – Chandler często zatacza w tej powieści symboliczne, jakże eksploatowane potem przez filmy, fabularne koło: o ile u Hammeta to przeważnie intryga przychodzi do gabinetu Spade’a, o tyle to Marlowe „wychodzi do intyrygi”: wychodząc od fryzjera („dzień był ciepły”..) spotyka Maloya... W zakończeniu – wychodzi z ratusza („dzień był chłodny, choć pogodny...), a jego wzrok sięga daleko... ku kolejnej sprawie.

Żegna laleczko wielokrotnie adaptowano na film – do najważniejszych pozycji należą tu Murder My Sweet  (1944) Edrawda Dmytryka z Dickiem Powellem w roli Marlowe'a oraz bardzo literalny Farewell, My lovely (1975) Dicka Richardsa z Robertem Mitchumem.

 

 

ŻEGNAJ LALECZKO

/Farewell, my lovely/

Chandler Raymond

Tłum. Ewa Życieńska
Wyd.:Muza
ISBN: 8373191992
Liczba stron: 344
Oprawa: miękka

 

Udostępnij

Sprawdź, gdzie kupić "Żegnaj laleczko" Raymond Chandler

PRZECZYTAJ TAKŻE

RECENZJA

Żegnaj laleczko, Raymond Chandler

{mosimage} Z podręczną butelką burbona, papierośnicą, gotową do użycia bronią i stale aktualizowaną nieufnością do przeżartego od środka blichtru wyżyn Los Angeles. ...

24 września 2007