Wywiad z Jenny Blackhurst

Autor: materiały wydawcy Data publikacji: 24 października 2019

Rzeczywistość trzeba trochę podkręcić 

Polskie czytelniczki pokochały ją za głębię psychologiczną jej thrillerów,  niezliczone zwroty akcji i zakończenia, które nie sposób przewidzieć. Jenny Blackhurst właśnie po raz pierwszy odwiedziła Polskę, promując najnowszą powieść „Noc, kiedy umarła”. O swoich inspiracjach i tajemnicach warsztatu specjalnie dla Portalu Kryminalnego rozmawiała z Martą Guzowską – archeolożką, autorką kryminałów, laureatką nagrody Wielkiego Kalibru w 2013 za debiut literacki „Ofiara Polikseny“.

Marta Guzowska: „Domestic noir” to teraz bardzo modny i popularny podgatunek thrillera psychologicznego. Czy Twoje książki wpisują się w ten nurt?

Jenny Blackhurst: Zdecydowanie tak. W Wielkiej Brytanii królową „domestic noir” i pisarką, która ukuła to określenie, jest Julia Crouch. Nie wszystkim się ono podoba, ale ja uważam, że Julia idealnie ujęła istotę tego, co piszę ja i spora grupa innych autorów i autorek thrillerów. Chodzi o powieści, które skupiają się na rodzinie albo związku (towarzyskim lub uczuciowym) dwojga lub więcej ludzi, a zagrożenie nie przychodzi z zewnątrz, tylko czai się w najbliższym otoczeniu, a nawet w ich własnym domu. Małżeństwo, grupa przyjaciół, dzieci znajdują się w centrum opowieści i to wokół nich narasta groza i mrok.

Czy naprawdę wierzysz – bo takie odniosłam wrażenie, czytając twoje książki – że najstraszliwsze zło kryje się właśnie w rodzinie lub w grupie bliskich przyjaciół – wśród ludzi, którzy znają się bardzo dobrze lub którym przynajmniej wydaje się, że tak jest?

Moim czytelnikom wydaje się, że muszę mieć okropne doświadczenia – straszną rodzinę i okropne przyjaciółki…

Albo że miałaś trudne dzieciństwo…

Właśnie. Na całe szczęście tak nie jest. Ale jestem zdania, że ci, którzy są nam najbliżsi, potrafią skrzywdzić nas najmocniej, bo dokładnie wiedzą, gdzie uderzyć, by zadać celny cios. Poza tym, że są tymi, których kochamy i którym ufamy, są też tymi, którym zdradzamy nasze najskrytsze tajemnice. W otaczającym nas stadzie zawsze może ukrywać się jakaś czarna owca, która wykorzysta to, co wie, przeciwko nam i skrzywdzi nas bez mrugnięcia okiem. Pomyśl też, ile tak naprawdę wiemy o innych? Ja na przykład wiem o moim mężu z czasów, zanim go poznałam, tylko tyle, ile mi powiedział. Ale przecież nie musiał powiedzieć mi prawdy. My akurat poznaliśmy się dość młodo, ale gdybyśmy poznali się jako trzydziestolatkowie, mógłby mieć już naprawdę wiele do ukrycia. Z łatwością mógłby udać kogoś, kim nie jest i nigdy nie był, a ja byłabym tego kompletnie nieświadoma. Czy nie jest tak, że zakochując się, tworząc związek, powierzamy tak naprawdę obcej osobie nie tylko swoje serce, ale i swoje życie i dajemy jej narzędzia, by... całkowicie nas zniszczyła?

Uważasz, że zbyt łatwo otwieramy się przed innymi? Kiedy ktoś się zakochuje, raczej nie zakłada od razu, że nowo poznana osoba jest seryjnym mordercą.

Oczywiście każdy z nas jest inny, ale z reguły jednak dostrzegamy w ludziach to, co najlepsze, i myślimy o nich dobrze, nawet jeśli pojawiają się przesłanki, że powinniśmy zachować ostrożność. Sami też chcemy być kochani i akceptowani, więc łatwo zakładamy, że ktoś, kogo lubimy, kto nas bawi i wzbudza ciepłe uczucia, jest dobrym człowiekiem i w żadnym wypadku nie chcemy myśleć o nim źle. 

W Polsce mamy takie powiedzenie: „Dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło”. Mam wrażenie, że zło w twoich książkach jest trochę dziełem splotu okoliczności, a nie chłodnej, wyrachowanej kalkulacji. Na przykład w twojej ostatniej książce „Noc, kiedy umarła” przyjaciółka głównej bohaterki jest przecież dość zwyczajną sympatyczną dziewczyną, a nie geniuszem zbrodni...

Zdecydowanie nie jest geniuszem zbrodni. Uważam, że to okoliczności czynią nas takimi, jakimi jesteśmy, i to okoliczności w dużej mierze kształtują nasze czyny i nasz los. W moich powieściach żaden z bohaterów nie ma od samego początku złych intencji. Ale, jak wszyscy ludzie, moi bohaterowie łatwo ulegają emocjom, które wyzwalają w nich to, co najgorsze. Oczywiście pojawiają się u mnie postacie z gruntu złe, jak choćby Jack z „Tak cię straciłam”, ale to rzadkość. Mnie interesują ci bohaterowie, którzy zostają popchnięci w niewłaściwym kierunku i schodzą na złą drogę.

Bardzo mi się podoba, że świat w twoich książkach nie jest czarno-biały. Nie ma u ciebie podziału na tych złych i tych dobrych. Są po prostu zwykli ludzie, którzy potem, z biegiem wydarzeń, staną się tymi, którymi będą na końcu książki. 

Jeśli spojrzy się na policyjne statystyki, bardzo niewiele zbrodni popełnianych jest przez morderców, rozumianych jako ludzie z gruntu źli i zabijający wyłącznie dla przyjemności pozbawienia kogoś życia. Oczywiście w telewizji mówi się najczęściej o seryjnych zabójcach, bo to jest świetny news przyciągający publiczność. Ale tak naprawdę większość morderców to osoby z najbliższego otoczenia ofiar, które ofiary znały i którym ufały. Każdy z nas może stać się ofiarą, ale też każdy z nas może być mordercą...

Podczas czytania twoich książek mam wrażenie, że sekretów najpilniej strzeże się w rodzinie. I że te rodzinne tajemnice są najbardziej mroczne, a ich wyjście na jaw może mieć największy wpływ na rzeczywistość i na życie – nasze i innych.

Oczywiście. To są sekrety, których najbardziej się boimy i które zawsze nam towarzyszą. Nieustannie mamy je z tyłu głowy – na spacerze, w sklepie, podczas spotkań z przyjaciółmi. Wydaje nam się, że możemy zostawić przeszłość za sobą i stać się kimś innym, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto pozna prawdę i kto łatwo nas namierzy, choćby przez media społecznościowe.

A ci, którzy są nam najbliżsi, stanowią największe zagrożenie...

Oczywiście, wiedzą o nas najwięcej i znają nasze słabe punkty. Im bardziej im ufamy, tym bardziej stajemy się bezbronni. To dlatego thrillery psychologiczne są tak niesłychanie popularne – pokazują nasze największe lęki: że zaufamy niewłaściwej osobie, że skrzywdzi nas ktoś, kogo najbardziej kochamy.

Mam wrażenie, że budując realia w swoich powieściach, wykorzystujesz to, co znasz, ale oczywiście wszystko trochę ubarwiasz... 

Oczywiście, bo kto chciałby czytać o zwyczajnym życiu. Rzeczywistość trzeba trochę podkręcić. Ale faktycznie, uważnie obserwuję przyjaciół, sąsiadów i ich życie. Ale także swoje własne – to, co dzieje się w moim domu, to, jak zachowują się i o czym rozmawiają moje dzieci. No i jaki mają wpływ na nas, dorosłych. Jako matka myślę o nich ciągle, a nawet myślę za nie. Kiedy chłopcy byli mali, zdarzało się, że byłam tak wyczerpana, że nie wiedziałam, jak się nazywam ani co się wokół mnie dzieje.

No właśnie, dzieci. W twoich książkach nie są całkiem niewinne. Weźmy choćby powieść „Czarownice nie płoną”...

Rzeczywiście, nawet nie sama Ellie, ale jej szkolni koledzy zachowują się naprawdę wrogo, aż w pewnym momencie zdaje się, że naprawdę zrobią dziewczynce krzywdę. Pamiętajmy jednak, że znów wynika to z pewnych konkretnych okoliczności. Uważają Ellie za zagrożenie, nie znają jej i uważają za inną. Izolują ją i są dla niej niemili, bo dzięki temu czują się silniejsi i lepiej radzą sobie z lękiem, który w nich budzi. Wszyscy pamiętamy takie sytuacje z naszego dzieciństwa i choć wiemy, że powinniśmy byli się zachować inaczej, wtedy nic się nie dało na to poradzić. Jako dzieci jesteśmy częścią grupy i nie chcemy się z niej wyłamać, chcemy być tacy jak inni.

Tak rodzi się mentalność grupy prześladowczej...

Zaczyna się od jednej osoby, a pozostali to podłapują. Wszyscy się przyjaźnią i chcą być cool. W powieści „Czarownice nie płoną” mamy do czynienia z czymś, co przypomina histerię, która ogarnia również dorosłych. Jest jak wirus, którego nic nie może powstrzymać. Nawet nauczyciele Ellie zaczynają uważać, że coś jest z nią nie w porządku. Ta dziewczynka z ofiary tragedii staje się podejrzaną o straszliwą zbrodnię, a właściwie uznaną za winną, bez możliwości obrony.

To się wydaje takie realne. Mogłoby się wydarzyć właściwie wszędzie...

Dlatego akcję powieści osadziłam w małym miasteczku. Żeby jeszcze bardziej uwiarygodnić to, co się dzieje. W zamkniętej grupie plotki bardzo szybko się rozchodzą, stąd tylko krok do podejrzeń, fałszywych oskarżeń, niechęci i nienawiści. Ta urocza mała społeczność szybko przestaje nam się wydawać taka miła. Przerażające, że wszystko to dzieje się za sprawą małej dziewczynki.

Czy po napisaniu takiej książki zdarza ci się patrzeć na swoich chłopców podejrzliwie i zastanawiać się, co też dzieje się w ich głowach?

Staram się im tłumaczyć, że zawsze lepszym wyborem jest okazywanie innym dobroci niż udowadnianie za wszelką cenę, że ma się w jakiejś sprawie rację. Dzieciom świat wydaje się znacznie mniej zniuansowany. Od razu odrzucają to, co uznają za złe, i nie trafiają do nich żadne argumenty. Świat jest dla nich po prostu czarny albo biały. Trzeba też pamiętać, że to, co mówimy dzieciom w domu, to nie wszystko, bo dzieci spędzają większość czasu w dość klaustrofobicznym środowisku szkolnym i to ono ma na nie największy wpływ. Trudno oprzeć się presji rówieśników, nawet jeśli w domu słyszy się coś zupełnie przeciwnego. I nie ma od tego ucieczki.

Zarówno w „Czarownice nie płoną”, jak i w „Tak cię straciłam” sporo dzieje się w głowach bohaterów, a właściwie bohaterek, sporo też dzieje się poza nimi, ale nie zawsze do końca wiemy, co z tego jest prawdą, a co tylko grą wyobraźni czy zmyśleniem. Czyżby prawda obiektywna nie istniała?

Oczywiście. Przecież każda z nas postrzega rzeczywistość inaczej. I każda z nas przedstawiłaby wydarzenie, którego obie byłybyśmy świadkami, w zupełnie inny sposób. Nasze punkty widzenia są odmienne ze względu na osobiste doświadczenia, a także stosunek do danej sytuacji czy osoby, ale różnią nas też drobiazgi, jak choćby nastrój czy chwilowe samopoczucie. W książkach zawsze staram się ukazywać rzeczywistość widzianą z różnych perspektyw, bo jedna prawda nie istnieje. 

W mediach społecznościowych wszyscy funkcjonujemy w bańkach, które łączą nas w grupy osób podzielających te same poglądy, ten sam punkt widzenia...

Bo media społecznościowe doskonale odzwierciedlają rzeczywistość. Zamykamy się w swoich bańkach, by uchronić przed tym, co obce, inne. Nie interesują nas poglądy różniące się od naszych. To bardzo wygodne – okopać się na swojej pozycji i otoczyć ludźmi, którzy wspierają nas w przekonaniach. No i stworzyć grupę innych, wykluczonych, tych, którzy są wszystkiemu winni. W mediach społecznościowych mamy to wszystko w pigułce. Gdy Imogene z „Czarownice nie płoną” przydarza się coś strasznego, sama zwraca się przeciwko Ellie, choć wcześniej jej broniła i choć brzydziła ją wrogość mieszkańców miasteczka i wyssane z palca oskarżenia wysuwane wobec dziewczynki. Ale kiedy traci upragnione dziecko, jest tak rozżalona, że musi kogoś obarczyć winą za to, co się stało. Bo przecież każde nieszczęście musi mieć swoją przyczynę. Wybór jest prosty, bo to Ellie jest w tej historii kozłem ofiarnym.

Tworzysz bardzo współczesne powieści. Twoje thrillery są nowocześnie skonstruowane, dynamiczne, idą z duchem czasu. Mają jednak sporo wspólnego z klasycznymi zagadkami w stylu Agathy Christie. Czy to dla ciebie ważna autorka?

Uwielbiam Agathę Christie! Znam wszystkie jej książki i chętnie do nich wracam. Bardzo cenię u niej dwa elementy: zagadkę i tajemnicę. To stanowi dla mnie serce dobrego kryminału i dobrego thrillera.

Wymienię podobieństwa, jakie między wami dostrzegłam, a ty powiesz mi, czy mam rację. Zgoda?

Pewnie, zaczynaj.

Po pierwsze, obie opisujecie angielską prowincję – wiejskie krajobrazy i małe miasteczka. Obie wiecie, jak toczy się życie małych społeczności. I choć bohaterami jej książek są najczęściej ludzie z uprzywilejowanej klasy wyższej, a u ciebie – z klasy średniej, to obie wiecie, jakie mechanizmy rządzą zamkniętą grupą, odseparowaną niejako od wielkiego świata.

Zgadzam się. Agatha Christie doskonale znała się na ludzkich zachowaniach i potrafiła je przewidzieć i umotywować. Kiedy, tak jak ja, dorastasz w małym miasteczku, po prostu masz je we krwi. Znasz tam każdego. To dość jednorodna i stała liczebnie grupa ludzi, którym na ograniczonej przestrzeni możesz przyglądać się jak pod mikroskopem. Możesz obserwować ich zachowania i reakcje, a potem wykorzystać swoje spostrzeżenia w czasie pisania powieści. Tak właśnie robię, i przypuszczam, że podobnie postępowała Agatha Christie, bo jej postaci wydają się bardzo prawdziwe, a ich czyny i reakcje – prawdopodobne.

 Po drugie, bohaterowie waszych książek, czyli bohaterowie rozgrywającego się dramatu, pozostają ze sobą w bardzo bliskich związkach – uczuciowych lub towarzyskich.

Zgoda. Zwróć uwagę, że kiedy wyłania się grupę podejrzanych i są oni ze sobą w bliskich relacjach, jeszcze trudniej jest zgadnąć, kto z nich stoi za przestępstwem. Rozwiązanie zagadki staje się wtedy jeszcze mniej oczywiste.

Po trzecie, obie wykorzystujecie motyw sekretów z przeszłości, które wychodzą na jaw i burzą zastaną rzeczywistość.

O tak! Sekrety z przeszłości to przyjaciele pisarzy, ale też czytelników, którzy je uwielbiają. „Sekret” to hasło, które od razu wzbudza zaciekawienie i zaangażowanie obydwu stron. Dziennikarz Will Storr w swojej książce The Science of Storytelling porównuje tajemnice, które pojawiają się w powieści do pudełek, które otwierasz, by dowiedzieć się, co ukryto wewnątrz. Kiedy otwierasz jedno z nich, pojawia się kolejne i kolejne i kolejne, aż wreszcie po otwarciu każdego z nich wszystko układa się w całość i zagadka zostaje rozwiązana. Tak właśnie powinna wyglądać powieść – trzeba mieć więcej niż jedno tajemnicze pudełko. Otwarcie jednego nie rozwiązuje tajemnicy, nic nie jest od razu oczywiste, trzeba wciąż angażować uwagę odbiorcy, aż wszystkie pudełka zostaną otwarte, a zagadka znajdzie w końcu rozwiązanie.

I wreszcie po czwarte, ukryte tropy. Drobne wskazówki, które uważnego czytelnika naprowadzą na rozwiązanie zagadki.

To prawda. Zostawiam okruszki, niczym Jaś i Małgosia zagubieni w lesie. Uwielbiam też zwodzić czytelnika. Podrzucam mu mylne tropy, w taki sposób, by kompletnie zdezorientowany szedł w zupełnie inną stronę, niż powinien. Rzucam cień podejrzenia na osobę zupełnie niewinną albo wspominam o czymś z przeszłości bohaterów, co sugeruje, że to może właśnie on lub ona mogą być zamieszani w spisek lub zbrodnię… Stosuję też gry słowne, choć obawiam się, że mogą one umykać w tłumaczeniu na języki inne niż angielski. Czytając moje powieści, trzeba zwracać uwagę na kontekst i mieć na względzie wieloznaczność niektórych wyrazów. To ekscytujące, że tylko ja znam rozwiązanie zagadki, więc zawsze trzymam jakiegoś asa w rękawie i wyciągam go dopiero na samym końcu, by ostatecznie zaskoczyć czytelnika.

Pomiędzy twoimi książkami i książkami Agathy Christie widzę jednak pewną różnicę. Twoje książki są pełne emocji, Christie pisała na chłodno, więc jej powieści nie angażują nas tak bardzo. Nie przejmujemy się losami jej bohaterów, nie kibicujemy im.

To bierze się z mojej ciekawości oraz fascynacji ludzką naturą i różnorodnością ludzkich zachowań w określonych sytuacjach. Zawsze wybieram sobie inny temat przewodni powieści. Na przykład w „Czarownice nie płoną” chodziło o strach, niepokój i rozpacz, a także o to, co sprawia, że stajemy się prześladowcami zdolnymi do nienawiści i podłych czynów. W „Tak cię straciłam” chodzi o sytuację, którą fachowo nazywa się dysonansem poznawczym. Bohaterka tej książki wie, co się wydarzyło, ale jednocześnie wewnętrzny głos mówi jej, że to nie może być prawdą. To dla niej bardzo dezorientująca sytuacja, szczególnie że jej życie toczy się tak, jakby rzeczywiście była winna zbrodni, o którą ją oskarżono.

Masz sporą wiedzę z dziedziny psychologii…

Mam dyplom psychologa, ale nigdy nie pracowałam w zawodzie.

Mimo wszystko widać, że wiesz, co kieruje ludźmi, jakie są ich motywacje, do czego są zdolni.

Psychologia jest moją prawdziwą pasją. Zawsze ciekawiło mnie, dlaczego zachowujemy się tak, a nie inaczej. W „Tak cię straciłam” ważniejszy niż akcja książki był dla mnie motyw utraty tożsamości przez główną bohaterkę, to, jak sobie z tym radzi, jak docieka przyczyn, jak próbuje odkryć prawdę, rekonstruując wydarzenia z przeszłości.

Gdybyś nie była pisarką, kim chciałabyś być?

Gdybym mogła znów mieć szesnaście lat i podejmować decyzje odnośnie swojej przyszłości, znów zdecydowałabym się na psychologię, ale poszłabym w nieco innym kierunku. Najbardziej chciałabym być psychologiem sądowym. Czyli takim połączeniem kogoś, kto bada ludzkie zachowania, i detektywa, który rozwiązuje zagadki kryminalne i odkrywa sekrety.

Opowiesz nam o swojej kolejnej książce?

Tak. Powieść nosi tytuł Someone is lying i toczy się w małej społeczności zamieszkującej zamknięte osiedle domów gdzieś na prowincji. Jedna z mieszkanek tego osiedla umiera w tragicznych okolicznościach. Gdy po roku życie pozostałych mieszkańców osiedla wraca do normy, w sieci pojawia się podcast, którego autor twierdzi, że śmierć kobiety nie była wypadkiem tylko morderstwem. W sześciu kolejnych podcastach tajemniczy autor przedstawi sześciu kolejnych podejrzanych, a w końcu wyjawi, kto jest sprawcą zbrodni. Książka właśnie ukazuje się w Wielkiej Brytanii, Polscy czytelnicy przeczytają ją w przyszłym roku.

Udostępnij

PRZECZYTAJ TAKŻE

RECENZJA

Noc, kiedy umarła, Jenny Blackhurst

Czasami każdy z nas potrzebuje takiej właśnie lekkiej lektury.

26 września 2019

NOWOŚĆ

Noc, kiedy umarła, Jenny Blackhurst

To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu. Co więc sprawiło, że skoczyła? Premiera nowej powieści Jenny Blackhurst już dziś, pod naszym patronatem.

18 września 2019

RECENZJA

Tak cię straciłam, Jenny Blackhurst

Jenny Blackhurst w swojej najnowszej książce porusza bardzo ważny temat – depresji poporodowej kobiet.

17 czerwca 2019

NOWOŚĆ

Tak cię straciłam, Jenny Blackhurst

Powiedzieli jej, że zabiła własne dziecko. Odkupiła winy. Co, jeżeli kłamali..? Już dziś pod naszym patronatem premiera powieści „Tak cię straciłam”.

03 kwietnia 2019

RECENZJA

Czarownice nie płoną, Jenny Blackhurst

Blackhurst pod płaszczykiem powieści rozrywkowej przekazuje nieco refleksji o świecie.

19 października 2018

NOWOŚĆ

Czarownice nie płoną, Jenny Blackhurst

Pod naszym patronatem ukazała się dziś nowa powieść Jenny Blackhurst, zatytułowana „Czarownice nie płoną”. To doskonały thriller psychologiczny – pełen ...

03 października 2018

NOWOŚĆ

Zanim pozwolę ci wejść, Jenny Blackhurst

„Zanim pozwolę ci wejść” Jenny Blackhurst to opowieść o przyjaźni trzech kobiet, które mają swoje tajemnice.

08 maja 2018

RECENZJA

Zanim pozwolę ci wejść, Jenny Blackhurst

Nie mamy chyba jeszcze w Polsce odpowiednika angielskiego określenia „page turner”, oznaczającego książkę, którą czyta się błyskawicznie, tak właściwie, jak gdyby ...

07 maja 2018