Advertisement
Image Dwaj  bohaterowie, Frankie i Roy, nie gardzą żadnym zarobkiem. A to naciągną studentów w grze w karty na 200 $, to znów „przekręcą” biznesmena na kilkanaście tysięcy. Są ładnie napisani. Roy to oszczędny pedant z lekką nerwica natręctw, łykający placebo, by móc funkcjonować. Zarobionych pieniędzy nie wydaje. Ukrywa je w porcelanowym koniu, a gdy ten się wypełni, zawozi do banku na Kajmanach. Frankie chodzi w butach za 1000 $, szasta forsą i korzysta z uroków świata.
Czytaj całość...
 
ImagePatronat PK już w sprzedaży.
Czytaj całość...
 
ImageBill Slider i... Napoleon!
Czytaj całość...
 
Image Temat masowych migracji Polaków, bez względu na wiek, choć najczęściej młodych, „za chlebem” na Wyspy, Simir opisał zapewne z własnych doświadczeń, bo z obyczajowym detalem i ironiczną, demaskatorską nutą. Ów finansowy raj maluje przed nami bez ogródek, jako mordęgę zamykającą się w bezdusznym, upokarzającym cyklu praca-posiłek-sen. Wychodzi zaś od sensacyjnej intrygi, nad którą po cichu pracować ma prokurator Erewański. Oto od pewnego czasu nasi rodacy pracujący w Walii giną bez śladu...
Czytaj całość...
 
Image Oto Hallerowi trafia się „klient z licencją”. Najkrócej mówiąc to taki gość, który może zapłacić każdą stawkę i którego można doić w nieskończoność. Klient ów zostaje oskarżony o szczególnie brutalną napaść na tle seksualnym i wszystkie dowody zdają się przemawiać przeciwko niemu. Haller rozpoczyna zarówno rozgrywkę z klientem, stosując sztuczki, mające mu zapewnić najwyższe w karierze honorarium, jak i z sądem, próbując przygotować linię obrony.
Czytaj całość...
 
Image Intrygi Małyszewej są pretekstowe wobec obyczajowej dominanty. Więcej nawet – Małyszewa ma predylekcję do bohatera raczej antykryminalnego, zwyczajnego, szarego człowieka. Zwłaszcza młodych, rozpoczynających dopiero zawodowe życie kobiet, które, przez życiowe zbiegi okoliczności, wplątane zostają w niejasne intrygi. Sam trzon policyjny (czy częściej – milicyjny) występuje służebnie, śledztwo pozostawiając protagonistkom, przez co proza ma w sobie więcej z THRILLERa niż gatunkowego kryminału (świadczy o tym także regularne tytułowanie z rasowego klucza dreszczowców).
Czytaj całość...
 
Image Rodriguez zapomniał, ze z założenia miał przywołać uroczego ducha kina retro, które, wówczas tanio rozrywkowe, dziś wzbudza rzewny sentyment samo przez się, spuszczając zasłonę milczenia na sztampę. Tarantino zagrał po mistrzowsku, jego filmowy kolega chybił. Bo nie dodał od siebie autokomentarza gatunku, pomieszał kilka zombie-schematów, i przyozdobił całość o parę slapstickowych rozwiązań… Powstał, jak dla mnie, film pusty, żenujący i – nie wart nazywania hołdem kina klasy B. Bo tamto było szczere, a to jest udawane.
Czytaj całość...
 
ImagePremiera - 18.X.
Czytaj całość...
 
Image Mock trafia do celi, gdzie siedzą dwaj dewianci, odpowiedzialni za śmierć pewnego więźnia. Ten był niegdyś informatorem Mocka, w Dżumie… zaś istotnie znów stanie się mu potrzebny… Ginie jednak, wcześniej zmaltretowany psychicznie i fizycznie, pozostawiając bohaterowi wyrzuty sumienia i – ostatnią wolę. Wolę, która wzbudzi w Mocku prawdziwą naturę Ubermenscha, co zresztą będzie przygrywką do szerszych morałów powieści… Mock w karcerze… brata się z karaluchami, przed upodleniem i szaleństwem uratuje go – klasyczna poezja, klasyczny umysł, wreszcie - klasyczne poczucie honoru. Mock zaciśnie zęby, i, zamknięty w klatce z bestią… sam, wstrząsająco, obudzi ją w sobie…
Czytaj całość...
 
Stanął w otwartym oknie. Na paczce marlboro przeczytał napisy, że twój farmaceuta ci pomoże oraz że palenie może spowodować powolną i bolesną śmierć. Zapalił. Pomyślał, że zapach, który zostawili ci dwaj gówniarze, jest nie do zniesienia. Znał go, to się nazywa paczula. Buteleczki z takimi zapachami sprzedawano pod rondem Kaponiera. Często bywał pod rondem, a nawet lubił to miejsce. Nie lubił tylko bębniących tam gówniarzy. Nie lubił bębnów. Po co komu bębny? Bębny to gówno. Zapach paczuli kojarzył mu się z gówniarzami spod ronda. Spojrzał na paczkę papierosów, na papiery. Nie znosił listopada. Postał chwilę w oknie.
Czytaj całość...
 
Stali na Szewskiej, mijani przez hordy rozwrzeszczanych, odprasowanych, błyszczących wielbicieli lokali, gdzie muzyka jest koszmarna, a dziewczęta chętne. Większość dzierżyła w dłoniach kebaby i przystawała co kilka metrów w rozkroku, aby ugryźć bułę i przypadkiem nie zabrudzić skórzanej kurtki i wyglansowanych mokasynów. Jeden szczególnie intensywnie pracujący na siłowni mięśniak trzymał w ręku wielką zapiekankę, a że olbrzymie bicepsy i cinkciarska skóra nie pozwalały mu zgiąć zanadto ręki w łokciu, wyciągał głowę jak mógł, by gryźć swoją zapiekankę i przeklinał głośno, gdy keczup ciekł mu na eleganckie, sportowe obuwie.
Czytaj całość...
 
Image Robert Wilson napisał swoją najlepszą książkę. Jest drobiazgowy i dokładny, jak przystało na autora powieści kryminalnych. Mnoży tropy fałszywe, korzystając z klasycznej narracji, w której czytelnik nie wie więcej niż główny bohater. Doskonale dokumentuje styl pracy hiszpańskiej policji, co godne jest szczególnego uznania, nie jest wszak Hiszpanem. Bezwzględnie osacza swojego bohatera, pozwala mu opadać na dno psychiczne i fizyczne, i nie pozwala go żałować. Jest znakomitym spadkobiercą tradycji chandlerowskiej.
Czytaj całość...
 
<< « start < wstecz 491 492 493 494 495 496 497 498 499 500 dalej » > koniec » >>