Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Piętno, Krzysztof Dąbrowski
Piętno, Krzysztof Dąbrowski
poniedziałek, 06 października 2008
1. Andżelika

Maurycy - idealne imię dla kota. Niestety Maurycy to nie kot, tylko oszust matrymonialny, który przylepił się do Marty - mojej siostry bliźniaczki. Z wyglądu podobne jak dwie krople wody, z charakteru zupełnie różne - może dlatego to ja wyczułam, że z tym facetem jest coś nie tak. Na dzień dobry zaserwował przesadny uśmiech, taki sztuczny. W pierwszej chwili winę zrzuciłam na ewentualną nieśmiałość. Gdyby się nie przedstawił, myślałabym, że pewnie niemowa, ale ponoć introwertycy już tak mają. Bardziej podejrzane były inne rzeczy. Facet był dużo młodszy od Marty, na dodatek ciacho pierwsza klasa - mógł, jak to się mówi, wyrywać laski na lewo i na prawo.
 
Gdy poszliśmy do restauracji zwróciłam uwagę na to, że Maurycy wcale nie zachowywał się jak zakochany facet. Nie robił maślanych oczu. Nie odprowadzał tęsknym wzrokiem, gdy szła do toalety. Za to bardzo tęsknym wzrokiem odprowadził grupkę lolitkowatych nastolatek wychodzących z lokalu. Niemalże ślinił się na ich widok. Gdy przyszło do płacenia rachunku słowem się nie zająknął, że płaci - jeszcze pół biedy gdyby zapłacił tylko za siebie (ot, takie nowoczesne podejście do sprawy) - ale nie, za wszystko zapłaciła Marta.

Gnojek tak ją omotał, że po trzech miesiącach znajomości stanęli na ślubnym kobiercu. Maurycy, biedny jak mysz kościelna. Marta, bogata właścicielka dobrze prosperującego interesu. Maurycy wiecznie był w potrzebie. Marta zaspokajała wszelkie jego zachcianki. Prawda, że idealnie się uzupełniali?

Jestem sprytną kobitką, w razie potrzeby potrafię powęszyć tu i ówdzie, a że potrzeba była - to i powęszyłam. Maurycy, co jakiś czas, przysysał się, jak wampir, do upatrzonej ofiary. Omotywał nieboraczkę do tego stopnia, że po paru miesiącach kończyła jako autentyczna biedaczka. Oczywiście, powiedziałam mu co wiem, i co o nim myślę. On OCZYWIŚCIE odparł, że owszem, w jego życiu było kilka kobiet, lecz żadna nie okazała się być tą jedną jedyną. Potem dodał, że to Marta (OCZYWIŚCIE!) nią jest. Co za kłamliwy kutas! Omotane kobiety nie mogły być tymi jedynymi. Nie były wystarczająco bogate. Za to siostra była na tyle majętna, że przy niej mógł żyć w luksusie do końca swych dni. Gnój pokochał jej pieniądze. Dobrze wiedziałam, co będzie dalej. Urobi ją na tyle, że biedna Martuś cały majątek przepisze na tego krwiopijcę, a wtedy on znajdzie sposób na to, by się z nią rozwieść... Nieraz próbowałam ostrzegać moją naiwną siostrzyczkę, jednak trzeba to przyznać - zakochana kobieta, to ślepa kobieta. Niestety!

Jak łatwo przewidzieć Maurycy za mną nie przepadał. Ja za nim też. Dla niego Marta była tą dobrą (brzdęk, brzdęk, brzdęk, "Money, money, money..."), a ja tą złą - tą, która go rozgryzła. Gdy przyjeżdżałam do Tusi, zawsze kręcił się gdzieś w pobliżu, jakby obawiał się, że będę podjudzać siostrę przeciw niemu. Tymczasem temat Maurysia - jak go nazywała Marta - stał się tematem tabu. Pokłóciłyśmy się kilka razy i widząc, że nic nie wskóram i żadną siłą nie otworzę siostrze oczu, w końcu odpuściłam.

Od ślubu minęły już dwa miesiące, najwyższy czas by wpaść do siostry i sprawdzić czy wszystko OK. Jak zwykle rzuciłyśmy się sobie w objęcia. Ciekawe jak Tusia radzi sobie z Kutafonem? Oczywiście Kutafon nie wyszedł z czeluści mieszkania, by się przywitać (ale byłam pewna, że mocno strzyże uchem). Wniosłyśmy bagaże na piętro i zeszłyśmy do kuchni na babskie pogaduchy. Dziwiłam się, że Kutafon nie węszył - w końcu kuchnia była na drugim krańcu domu i na mur beton nas nie słyszał. A może cwaniaczek uznał, że skoro Marta została zaobrączkowana, to już nie stanowię żadnego zagrożenia? Mogę truć i jątrzyć, i na nic się to nie zda.
 - Tusia, a gdzież ten twój mężczyzna się podziewa? Nawet się nie przywitał.
 - Głowa go boli.
Acha, główcia Kutafona boli? A to ciekawostka - pomyślałam - wiedział, że dziś przyjadę i nagle się rozchorował.
 - Chorowite to to.
 - Przestań - odfuknęła i ryknęłyśmy śmiechem.
Marta zaczęła majstrować nasz ulubiony drink. Bajecznie prosty, a na dodatek przepyszny, miks żołądkowej ze spritem i kilkoma plasterkami świeżego ogórka. Pyszota!
 - A on w ogóle coś robi? - spytałam, choć podejrzewałam, że raczej jest typowym pasożyto-nierobem.
 - Wiesz jak ciężko teraz o pracę - wymijająco potwierdziła moje obawy.
 - No to go u siebie zatrudnij - zaproponowałam.
 - Coś ty! - gwałtownie zaoponowała. - Wiesz jaki to dla mężczyzny musi być dyshonor? Mieć żonę za szefową...
 - A tu, w domu, pomaga ci choć trochę ten cały Dyshonor?
 - Ej, no wiesz jak to jest z tymi facetami - zażartowała.
Dla niej wszystko, co dotyczy tego nieroba, sprowadza się do żartobliwego machnięcia ręką. Pozwala robić z siebie niewolnicę, a z niego świętą krowę - a to zdecydowanie mi się nie podobało.
 - Dba o ciebie? - nie dawałam za wygraną.
 - Nie no, pewnie. Zawsze mogę się wygadać, wychlipać, czasem przytulić.
"Czasem przytulić"? Tak na odwal się, żeby żonka nie domyśliła się, dlaczego z nią jest? Oj, ta Martusia - takie duże dziecko... Nagle wpadłam na pomysł, jak zrzucić jej klapki z oczu.
 - A są seksiki? - rzuciłam niby żartem i zauważyłam, że na ułamek sekundy jej twarz jakby stężała w nieprzyjemnym grymasie.
A, tu cię mam! - pomyślałam.
 - To moja słodka tajemnica - szybko się pozbierała i dalej grała rolę szczęśliwej żony. Wiedziałam, że coś tu zgrzyta, i to ostro. Nie chciałam jednak drążyć tematu, żeby na dzień dobry nie doszło do sprzeczki o dobre imię mości pana Kutafona.

Jak za starych dobrych czasów - pomyślałam zadowolona, gdy lekko zawiane wracałyśmy do domu. Kutafon zamknął się w kutafońskim królestwie. Tusia co prawda chciała go ciągnąć z nami, ale na szczęście wymigał się tą nagłą migreną. Miałyśmy święty spokój (to znaczy, ja miałam) i cały dzień dla siebie. Poszłyśmy na grób rodziców. Byłam pewna, że im Maurycy też by się nie spodobał. Później wspomnień czar, czyli ulubiona pizzeria, do której kiedyś chadzałyśmy na wagary i godzinami rozprawiałyśmy o naszych pierwszych miłościach (gwiazdorach kina i piosenkarzach) - a że te miłości zmieniały się jak w kalejdoskopie, to zawsze było o czym gadać. Gdy trochę podrosłyśmy i stać nas było na dwie pizze, rozmowy zboczyły na bardziej "przyziemne" tematy, czyli chłopców ze szkoły. Nie było chyba żadnego, którego byśmy nie przeanalizowały pod kątem ewentualnego chodzenia na randki. Nasze podboje kończyły się na tych długich rozmowach. Niestety nie byłyśmy szkolnymi pięknościami i nie ustawiały się do nas kolejki adoratorów, ale pomarzyć dobra rzecz. Ach, to były czasy!

Objadłyśmy się tak, że można by nas nazwać siostry-rozpuknięty-wytrzeszcz. Po kulinarnym szaleństwie przycumowałyśmy w pobliskim pubie. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym; jedynie przy "Maurysiowych" wynurzeniach Tuśki musiałam się mocno gryźć w język, by nie popsuć tej sielanki. Za to w głębi duszy postanowiłam nieco dokładniej przebadać biografię pana M. - byłam niemalże pewna, że podejrzany musi mieć na koncie coś więcej niźli tylko oszustwa matrymonialne. Może wypłyną jakieś grzeszki z czasów młodości? Postanowiłam wynająć prywatnego detektywa. Czas prześwietlić życiorys Kutafona.

Do domu wróciłyśmy wieczorem. Na stole leżała kartka od Pana Humorzastego. Bardzo urażony tym, że nie doczekał się ciepłego obiadu, postanowił, że (Ach i och, bez łaski!) tym razem zje na mieście, i byśmy na niego nie czekały, bo skoro tak został potraktowany (Ojeju jeju, koniec świata!), to potem pójdzie z kumplami na kilka piwek. Nagryzmolił też, że jest duże prawdopodobieństwo, że wróci dopiero jutro (Tak, tak, oby jak najpóźniej kutwo, a najlepiej zachlaj tego urażonego dzioba na śmierć!). Tusia machnęła ręką, tłumacząc to tym swoim żartobliwym: "Ach, mężczyźni". Byłyśmy totalnie skonane. Ostatni raz tak szalałyśmy przed pojawieniem się Maurysia vel Kutafona (Kij mu w ryj!). Udałam się prosto do łóżka. Nie chciało mi się rozpakowywać bagaży, ani myć zębów. Baa, nie chciało mi się nawet rozbierać. Padłam na łóżko jak kłoda i momentalnie pogrążyłam się w głębokim śnie. Byłam pewna, że żadna siła nie będzie w stanie postawić mnie na nogi. Myliłam się.

Obudzona wołaniem Tusi otworzyłam oczy. Panowały egipskie ciemności. W pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem. Znowu wołanie. Skojarzyłam.  
Może ma problemy z tym łazęgą? - zaniepokoiłam się. - Może jest nalany w trupa i chce ją skrzywdzić?
Wstałam, zapaliłam lampę i otworzyłam drzwi. Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie, a jednocześnie miałam wrażenie, jakbym oglądała film puszczony w zwolnionym tempie. To był prawdziwy HORROR. Czas rozciągnął się, jakby był z gumy. Ujrzałam...
...Tusię spadającą ze schodów.
Musiała być tuż przy drzwiach. Gwałtownie je otwierając, potrąciłam ją. Spadała głową w dół. Z rozłożonymi ramionami, jak szmaciana lalka. Leciała w ciemność. Skamieniałam. Krzyk zamarł na ustach. Usłyszałam głuche łupnięcie i suchy trzask - dźwięk łamanych kości. Bez namysłu zbiegłam po schodach. Pędziłam jak szalona, modląc się w duchu, by to był sen. Mało brakowało a podzieliłabym los siostry. Uklęknełam obok nieruchomego ciała.
 - Tusia, Tusiątko! - krzyczałam przez łzy, mając nadzieję, że jest tylko nieprzytomna, że może jakimś cudem przeżyła ten upadek.
Ale cudu nie było. Nie żyła.
 - Tuśkaaaa! - ryczałam jak bóbr, tuląc martwe ciało. Nie wiem, ile czasu tak trwałam, w bliskiej obłędu rozpaczy.
Nie jestem w stanie oddać tego, co działo się w mej głowie i duszy - zresztą, nikt by chyba tego nie zrozumiał. To tak jakby część mnie umarła. Błagałam Boga o przebudzenie. Policzkowałam się! Szczypałam po rękach, niemal do krwi. Lecz to była prawda.
MORDERCZYNI! -  usłyszałam krzyk wewnątrz głowy.
 - Nie, nie, nie! - łkałam. - Przecież za Tuśkę ja życie bym oddała! Nigdy bym jej nie skrzywdziła. NIGDY!
 - A co powiesz na to? - kontynuował niewzruszony głos. - Jutro zakują cię w kajdanki i do końca życia będziesz gniła w więzieniu! A nawet jeśli zostaniesz wypuszczona za dobre sprawowanie, to do końca życia będziesz żyła z tym piętnem.
Nie miałam siły protestować. Byłam tak otępiała, że wszystko było mi już obojętne. Chciałam tylko umrzeć. Ale jakaś część mego umysłu nie zamierzała odpuścić:
 - Nie wybronisz się. Gazety będą huczały, że uboga siostra zabiła bogatą, zepchnęła ze schodów, by przejąć jej majątek. KOBIETA POTWÓR! - będą krzyczały nagłówki! A pan Kutafon zadba o to, byś poszła do pierdla. Wymyśli historyjki o burzliwych kłótniach, o groźbach. Będzie łgał jak z nut. Zobaczysz!
 - Odpierdol się! – wykrzyczałam, łkając, ale wiedziałam, że głos ma rację, że muszę coś zrobić, że dopiero potem będzie mi wolno lamentować.
Ale, co zrobić? Co?!

Nie doczekałam się odpowiedzi, za to wpadłam w jakiś dziwny trans. Otępienie umysłu i ciało działające samo z siebie - jakby ktoś na ten okropny czas przejął nad nim kontrolę. To było tak realne, i zarazem nierealne, aż chwilami myślałam, że to sen. Paskudny koszmar, obłapiający umysł oślizgłymi mackami. Byłam jak pod odgradzającym od rzeczywistości grubym szklanym kloszem. Dziś z tamtej nocy pamiętam zaledwie urywki.
Ciało zawinięte w koc.
Piec. Buzujące płomienie.
Ozdobne, blaszane pudełko.
Ogród. Krzaki. Łopata wbita w ziemię. Krzyż z patyków.
A potem czerń, czerń i jeszcze raz czerń - zupełnie jakby się film urwał.
Musiałam wziąć prysznic i przebrać się do snu, ale tego już nie pamiętam. Następnym wspomnieniem było uporczywe brzęczenie dzwonka. Półprzytomna zerwałam się z łóżka. Rozległ się chrobot przekręcanego klucza.

                                                         
 2. Maurycy

Ojciec nie był złym człowiekiem. Nie mogę też powiedzieć, że mnie kochał. Kiedy matka przepiła wątrobę, zostałem mu niczym garb na plecach. Jak to się mówi - robić musiał, a syna samopas też nie chciał zostawiać. Znalazł opiekunkę. Tatianę.

To właśnie pierwszego dnia jej urzędowania zdarzyło się coś, co sprawiło, że w mym sercu zrodziła się nienawiść do kobiet. Tatiana była Rosjanką. Ojciec płacił jej jakieś marne grosze; dla niej to była forutna. Ta pieprznięta sucz była najbrzydszym babsztylem jakiego w życiu widziałem - chyba, że struta jadem nienawiści pamięć, aż tak wykoślawiła wspomnienia.

Kazała się rozebrać. Nie chciałem. Spoliczkowała mnie. Płonąc ze wstydu, wypełniłem polecenie. No to kazała usiąść na fotelu. Usiadłem. Wtedy się zbliżyła. Chwyciła brudnym łapskiem za siusiaka. Zesztywniałem z przerażenia, dosłownie skamieniałem. Zbliżyła pryszczatą gębę do mojego przyrodzenia i zaczęła ssać. Czułem ukłucia jej nadpsutych, żółtawych zębów. Pokryty białawym nalotem jęzor szurał swą szorstkością po żołędzi. Chciało mi się wymiotować, ale byłem przerażony - przekonany, że zabiłaby mnie za to. Siusiak stwardniał (tak, pamiętam to dokładnie, wtedy pierwszy raz mi stanął), tyle tylko że wbrew mej woli.
Stała przede mną. Tłusta, spocona i z obwisłym brzuchem. Jej gębę wykrzywiał w obleśny uśmiech!
Do dziś śni mi się po nocach, że za plecami chowam nóż - taki długi z zakrzywionymi ząbkami.
Pamiętam, że błagałem. Jakieś pieprzone: "Prosze pani, prosze pani, prosze tego nie robić. Błagam prosze mi nic nie robić".
Usadziła się na mnie, zalewając otłuszczonym bebechem. Rozprawiczyła, nabijając się na penisa. Gwałciła.

W snach, gdy tylko zaczyna kucać, wyciągam nóż i wbijam go w jej cielsko. Widzę rozszerzone przerażeniem oczy. Grymas bólu. Słyszę błaganie o litość. Płonę czystą nienawiścią. Mszczę się powoli, wsuwając i wysuwając ostrze. Ofiara stała się katem!

W rzeczywistości gehenna trwała prawie dwa lata. Dzień w dzień ojciec był w robocie, a syna gwałcono i zastraszano. Straszono do tego stopnia, że bałem się choćby pisnąć. Bałem się do tego stopnia, że Tatiana przestała się dla mnie jawić jako ludzka istota - odbierałem sukę bardziej jak jakiegoś demona z czeluści piekieł!

Pewnego dnia zniknęła, zapewne wróciła do Rosji. Zniknęła, lecz koszmarne wspomnienia i nienawiść pozostały, kiełkując we mnie jak trująca roślina. Rozrastały się, sięgając pędami ku najgłębszym zakamarkom duszy. Z początku tylko nienawidziłem, i nieważne, czy to była kobieta, czy rowieśniczka z klasy. Koledzy chodzili na randki. Ja nie. Śmiali się, wyzywając od pedałów i dokuczając. Czasami chciałem zdusić to w sobie, bo te naprawdę piękne dziewczyny podobały mi się i mimo pokładów drzemiącej nienawiści wzbudzały jakąś taką podskórną fascynację... podniecały na swój sposób. Bałem się ich; bałem, nienawidziłem, a jednocześnie pragnąłem - jakby piękna kobieta mogła być antidotum, jakby piękno mogło zmyć brzydotę żyjącą we wspomnieniach.

Problemy z kobietami. Problemy ze sobą. Alienacja, niezrozumienie, odrzucenie. Złośliwi rówieśnicy. Nienawiść do szkoły, w której nauczyciele nie reagowali na to, że codziennie byłem poniżany. Skończyłem jako robol codziennie rano zapierdalający z łopatą do kopania rowów. Czasami fantazjowałem, że kopię groby dla tych, którzy mnie skrzywdzili. Brzydziłem się tym i brzydziłem się sobą. Moje życie stało się koszmarem, ale...
    JA NA TO PRZECIEŻ NIE ZASŁUŻYŁEM!
...to przez kobietę tak się stało!
Ktoś musiał za to zapłacić. Spłacić dług.

Ponad dwadzieścia złociszy zainwestowałem w godziny spędzone w kafejce internetowej. Portal randkowy. Kobiety. Jedna, druga, trzecia... powoli spłacały dług; dług, który na dobrą sprawę był nie do spłacenia.

Zazwyczaj podrywałem niezbyt urodziwe panie w średnim wieku. Sączyłem im do uszu słodkie słówka. Serwowałem zmyśloną historyjkę, w której byłem ofiarą kobiety; nie gwałcicielki, lecz okrutnej żony, która porzuciła męża i zabrała dziecko.
Ja, zrozpaczony ojciec, latami szukający potomka - tylko po to, by móc mu powiedzieć: To ja jestem twoim tatusiem! Tym prawdziwym! Prawda, że chwytliwa bajeczka?
I taka była. Topiła serca jak ogień świecę. Topiła też oszczędności wybranek - poszukiwania syna to przecież kosztowna sprawa, ale... czegoż nie zrobi rozkochana kobieta?

Żyłem w miarę wygodnie. Seksu unikałem jak ognia, bojąc się uśpionego demona wspomnień. Z drugiej strony, widząc piękne kobiety... cóż, postanowiłem się przełamać. Zacząłem chodzić do burdelu. O dziwo nie miałem problemów z erekcją. Może dlatego, że byłem tam
PANEM.
Dominowałem. Łapałem je za włosy, każąc ssać fiuta. To ja decydowałem! To ja stałem, a one klęczały. Podniecały mnie młode piękne twarze, a z drugiej strony nienawidziłem, gdy we wspomnieniach pojawiały się przebłyski z przeszłości - gęba Tatiany. Ciągnąłem wtedy za włosy z całej siły, by zadać jak największy ból (oczywiście dodatkowo opłacony) - to przynosiło ukojenie.
Bo to jej,
TATIANIE!,
zadawałem ból.
Potem je pieprzyłem. W żyłach buzowała mieszanka podniecenia i nienawiści. Podniecająca uległość - karałem je. Każde pchnięcie było coraz silniejsze. Chwilami byłem jak zwierzę. Jakbym każdym pchnięciem chciał przerżnąć sucz na pół. Zabić!
Taki byłem. Tak odreagowywałem. A w domu? W domu udawałem potulnego wrażliwca, czułego, nieśmiałego... impotenta, gdy tylko miało do czegoś dojść. Siłą rzeczy, każda, prędzej czy później, próbowała zaciągnąć mnie do łóżka. W takiej chwili zawsze kłamałem, że nie mogę, bo mi nie staje! Jednocześnie podejmowałem też decyzję, że trzeba zwijać żagle, ewakuować się. Wyjechać gdzieś daleko i zacząć wszystko od nowa, z kolejną kobietą (Tatianą).

Ale ile można? Człowiek się starzeje. Poza tym taki tryb życia robił się coraz bardziej męczący, bo to ja musiałem szukać, kombinować i zalecać się - zmuszać się do czegoś, co nie sprawiało przyjemności. Uznałem, że muszę być jak wytrawny włamywacz, trzeba usiąść i na spokojnie pomyśleć. Chciałem mieć swój ŻYCIOWY SKOK. Zamiast drobnych kradzieży, pozwalających przez pewien czas wegetować, obłowić się raz a porządnie - tak, by starczyło do usranej śmierci, bym mógł nareszcie żyć! W końcu należy mi się coś od życia, choć odrobina spokoju! Nieprawdaż?

Znalazłem! Po kilku miesiącach poszukiwań udało mi się ustrzelić bardzo bogatą babkę, Martę. Fakt faktem, była wkurzająca a i urodą nie grzeszyła, ale te wszystkie zera na jej koncie... Niestety miała też siostrę bliźniaczkę, Andżelikę. Ta głupia picza zawsze mnie wnerwiała. Nie wiem jakim cudem, ale wyniuchała, co jest grane i mało brakowało a wszystko by zniszczyła. Na szczęście Marta straciła dla mnie głowę, więc postarałem się o to, byśmy się jak najszybciej ohajtali.

W miesiąc po ślubie zacząłem ją delikatnie podtruwać. Wiedziałem, że w takich okolicznościach zacznie się zastanawiać nad popełnieniem testamentu. Byłem pewien, że Marta nie pominie w nim ukochanej siostry. A jednak myliłem się, i to bardzo!
Ta nudna jak flaki z olejem kwoka naprawdę straciła dla mnie głowę - wszystko przepisała NA MNIE!
Po tygodniu od napisania dokumentu była już zdrowa; zacząłem zmniejszać dawki trucizny. Nie trudno się chyba domyślić, że stara krowa chciała iść do lekarza, lecz pogłaskałem ją po otłuszczonym policzku, spojrzałem w cielęce oczy i jak najdelikatniej powiedziałem:
 - Kochanie, nie powinnaś. Sprowadzę doktora do domu.
I sprowadziłem niejakiego Józka - typka, który dla pieniędzy zrobi wszystko. Przyszedł, ubrany w kitel, z okularami na nosie i zawieszonym na szyi stetoskopem. Odstawił szopkę i oznajmił, że jest zdrowa, a takie stany w jej wieku są normą.
Józek kosztował mnie trzy stówy, ale pies je drapał - w końcu to inwestycja, hehehe!
Dlaczego jej nie otrułem? Dobre pytanie! A odpowiedź jeszcze lepsza - bo sprawcą zgonu postanowiłem uczynić, panie i panowie, ależ oczywiście, do roli morderczyni została wybrana... ANDŻELIKA! Czyż mogła być inna kandydatka?

Jak dobrze, że w Polsce najstarszy zawód świata został w końcu zalegalizowany. A co ma piernik do wiatraka? Piernik zapewnił sobie dzięki wiatrakowi mocne alibi - tak na wszelki wypadek. Ale zacznijmy od początku. Aby plan się powiódł, musiałem spędzić tę noc poza domem. Wszystko, co było potrzebne, schowałem w szafce przy wejściu. Tylko ja miałem do niej klucz.

Do obrzeży miasteczka najszybciej można dotrzeć, idąc polną drogą. Zajęło mi to niecałą godzinę, gdy dotarłem na miejsce była piętnasta, czyli zbyt wcześnie by pipy wracały do domu - tym bardziej, że przecież dałem im dziś wolne od swojej osoby. Ale aby być w stu procentach pewnym, postanowiłem zadzwonić na domowy. Odczekałem dobre dwie minuty i wyszło na to, że "miszczu" jak zwykle ma rację - wciąż balowały.

Znajdowałem się na zaniedbanym placu. Na którego jednym krańcu była zajezdnia autobusowa, a na drugim postój taksówek. Dwie podpite baby, aby dotrzeć do domu, prędzej czy później, musiały się tu pojawić. Oczywiście nie mogłem obserwować, stercząc na widoku - zwłaszcza, że w pobliżu znajdował się punkt obserwacyjny - pijalka "U Zdzicha".

Pub "U Zdzicha" to typowa mordownia, w której całymi dniami przesiadują osiedlowe pijaczki; spowita gęstą papierosową zawiesiną, z podłogą klejącą się od brudu i porozlewanego alkoholu. Mekka frustratów. Mimo wewnętrznych oporów, zmusiłem się i wszedłem tam - w końcu trzeba się czasem poświęcić. Nie licząc trzech bełkoczących pierdzieli i wymizerowanego barmana o spojrzeniu cocker-spaniela, było praktycznie pusto. Z bzyczących głośników wylewało się tandetne disco. Zamówiłem browarka i duże frytki, w końcu nie zamierzałem przegapić powrotu siostrzyczek, skwiercząc z głodu w kolejce pełnej śmierdzących pijusów. Przezorny zawsze zaopatrzony.

Czekało mnie wiele godzin siedzenia przy gumiastych frytach i rozcieńczonym wodą browarku, wiele godzin wpatrywania się w strategiczne miejsca przez otłuszczoną szybę. Blat stolika cały się lepił. Starałem się go nie dotykać. Ostrożnie odsunąłem popielniczkę, w której wznosiło się chybotliwe kiepowe Kilimandżaro, i zająłem punkt obserwacyjny.

Na początku "Piernik zadzwonił do wiatraka", a inaczej mówiąc do night-clubu "Extasy". Załatwianie alibi poszło jak z płatka, dobrze być stałym klientem. Potem pozostało już tylko czekać i obserwować, obserwować i czekać. Pierwsze dwie godziny były jeszcze całkiem znośne - w głębi duszy upajałem się czekającym na mnie bogactwem, robiłem plany: co kupię, gdzie wyjadę i generalnie, jak się urządzę w tym posranym życiu. W pewnym momencie uznałem, że koniec z marzeniami. Złapałem się na tym, że raz i drugi odpłynąłem myślami hen daleko. Zamiast obserwować okolicę, podziwiałem oczyma wyobraźni złocistą plażę i błękitne morze. Skupiłem się na tym, co było do zrobienia - na ob-ser-wo-wa-niu.

W oddali siedziała grupka dresiarzy. Palili fajki i oglądali się za dziewczynami. Na osłoniętych drzewami ławkach tuliło się kilka zakochanych par. Jakaś kobieta wojowała z wrzeszczącym na cały regulator bachorem. Aż się wzdrygnąłem - chyba nigdy nie mógłbym mieć dzieciaka, nie starczyłoby mi cierpliwości. Chodnikiem, parę metrów od knajpy, dreptała staruszka. Niosła pełne zakupów, wielgachne, wysłużone torbiszcze. Zastanawiałem się, jakim cudem te staruszki są w stanie dźwigać takie ciężary.
I tak sobie siedziałem, lustrując okolicę i ludzi. Pogryzałem, od czasu do czasu, gumiastą frytkę, przepijając łyczkiem piwa.
Z rozbawieniem stwierdziłem, że pewnie należę do tak zwanych Wolnosączycieli-Nadmiernie-Rozmyślających. Znienawidzonych klientów. Weźmie taki jedno piwo i siedzi godzinami, gapiąc się gdzieś w dal. Do knajpy schodzą się starzy bywalcy. Wkrótce zabraknie miejsc dla Naprawdę-Dużo-Spożywających, a tu nie ma jak takiego pasożyta pogonić. Ciekawe. Jakbym był barmanem, to pomyślałbym, że oto przypałętał się żałosny typek, któremu stara zrobiła w domu awanturę. Że koleś, nie potrafiąc się postawić, z braku laku, dla świętego spokoju ewakuował się na tereny neutralne, do knajpy. Taki gość najczęściej jest spłukany. Żonka trzyma kasę na klucz, a bidulek z trudem wyściubił marne drobniaczki, by wykupić sobie prawo do pobytu w tej "oazie spokoju".
Poczułem, że czas na sikanko. Wkurzyłem się. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem! Mogłem od razu iść do klopa i zmusić się do wyszczania. Ech, diabli nadali!

Toaleta? Nie. Kibel? Nie. Klop? Też nie. Zafajdany sracz! Gdy tam wszedłem, uderzył mnie smród gówna, starych szczyn i Bóg wie czego jeszcze. Mało brakowało a bym zwymiotował. Wciągnąłem powietrze i wstrzymałem oddech. Bałem się dotykać czegokolwiek, więc wziąłem chusteczkę i przez nią zasunąłem blokadę drzwi. Następnie uniosłem nogą brudną klapę sedesową. Wtedy dopiero zrobiło mi się naprawdę niedobrze. Ktoś nawalił kupsko i nie spuścił wody. Sięgnąłem do kieszeni po kolejną chustkę, ale niestety, okazało się, że tamta była ostatnią. Wiedziałem, że długo na bezdechu nie wytrzymam. W akcie desperacji naciagnąłem rękaw kurtki na dłoń i sięgnąłem do spłuczki. Woda chlusnęła jak pieprzona Niagara - z taką siłą, że aż chlapnęła na nogawkę. Zastygłem zdjęty falą obrzydzenia. Po chwili w końcu zmobilizowałem się. Nim zacząłem sikać, poczułem, że dłużej bez oddechu nie wytrzymam. Spanikowany naciągnąłem sweter na nos. Wypuściłem powietrze i wciągnąłem przefiltrowane - śmierdziało, ale gdyby nie materiał swetra, to pewnie już dawno puściłbym pawia. Czym prędzej się wylałem i z uczuciem ogromnej ulgi opuściłem to piekło. Tak, to było prawdziwe piekło! Gdybym był pisarzem i miał napisać powieść o bohaterze, który po śmierci trafia do piekła, to zdecydowanie piekłem byłby ogromny zasyfiony sracz!

Wychodząc, niemal wpadłem na pijaczka czekającego na swoją kolej. Trochę mu współczułem, choć pewnie był zahartowany. Gdy wreszcie dotarłem do stolika, wlałem w siebie pół kufla piwa - musiałem przepłukać gardło, w którym wciąż czułem paskudny posmak sraczowego smrodu. Ograniczenie się do jednego piwa było dobrą decyzją, nie zniósłbym kolejnej sesji w klopie. Ponownie przedzwoniłem na domowy. Znowu nikt nie odbierał. Nawet mnie to ucieszyło. Jak trochę popiją, to będę miał ułatwione zadanie, a z drugiej strony miałem nadzieję, że nie nawalą się do nieprzytomności, bo wtedy wszystkie męki i cały plan szlag trafi.

Czas wlókł się niemiłosiernie. Przybywało bywalców, dymu z petów i głośnej gadaniny. Miałem nadzieję, że żaden z tych żuli nie będzie próbował się ze mną bratać, gdy zbyt dużo wypije. Niestety nadzieje były płonne. Z czasem ta podrzędna melina zapełniła się na tyle, że ostatnimi wolnymi miejscami były te przy moim stoliku. Mogłem się założyć o grubą kasę, i wygrałbym, że zaraz ktoś się przysiądzie. I przysiadł się, żul jeden. Wymamrotał coś pod nosem, chyba zapytanie czy nie przeszkadza, i nie czekając na odpowiedź, rozgościł się.

Całe szczęście, że stolik był przymontowany do ściany przy oknie, bo gdyby było inaczej, to z czasem zaistniałoby poważne ryzyko, że typ siądzie naprzeciwko mnie, jednocześnie zasłaniając widok, który i tak był już utrudniony przez zapadający zmierzch. Wiedziałem, co się wydarzy. Będzie się bratał! Zwierzał. Przechwalał zawszonym pijackim życiorysem. Ech!
 - Zrówko koleoo – wybełkotał, wznosząc kufel.
Tylko tego mi tu kurwa brakowało - pomyślałem rozdrażniony.
Ignorowałem gostka, obojętnie wpatrując się gdzieś w dal.
 - Eee, co pan taii, ten nooo - ewidentnie próbował mi coś zakomunikować, ale nie miałem (i nie chciałem mieć) pojęcia co. Poczułem za to nieświeży oddech. Wkurwił mnie! Jakby nie mógł se chlać w milczeniu! Nie, oczywiście musiał rozdziawić tą śmierdzącą gębę, musiał się przypieprzyć!
 - Szzo ważasz, że taae paniskoo jeszsześś, taa? - Moje olewanie wyprowadziło typka z równowagi.
Gdyby nie to, że musiałem obserwować okolicę, to ćwok już by leżał i kwiczał z przestawionym nosem. Na szczęście w końcu się odczepił. A to tylko dlatego, że przylazł jakiś jego kumpel i zajęli się sobą. Coś tam o mnie bełkotali, ale miałem ich w głębokim poważaniu.

Tkwiłem tak jeszcze dobrą godzinę, aż w końcu... Alleluja! Tak, ujrzałem je! Chwiejnym krokiem zmierzały do taksówek. Gdy taryfa z pipami zniknęła z zasięgu wzroku, wyszedłem wreszcie z mordowni "U Zdzicha". Wsiadłem do kolejnej taksy i zajechałem pod "Extasy". Zapłaciłem z góry za całą noc. Wybrałem Swietłanę, najbardziej potulną i łasą na kasę. Za dodatkowych kilkadziesiąt złociszy gotowa była na wszystko, nawet na realizację najbardziej perwersyjnych fantazji.

Wybrałem pokój na parterze. Wręczyłem dziewczynie pięć stówek i obiecałem, że nad ranem dostanie drugie tyle. Miała tylko czekać i gdy wrócę, otworzyć okno. A jakby kto potem pytał, kazałem mówić, że całą noc spędziliśmy, pieprząc się jak króliki. Oczywiście o nic nie pytając, zgodziła się na wszystkie warunki. Zresztą, jej chyba już nic nie zdziwi - dostatecznie dużo dziwactw się naoglądała. Pewnie pomyślała, że mam jakiegoś chorego fetysza. Ale nie moja sprawa co sobie myślała. Nie płaciłem jej za myślenie. Otworzyłem okno i wyskoczyłem. Potem ruszyłem do najbliższej taryfy i kazałem się wieźć z powrotem na plac. Stamtąd pieszo ruszyłem do domu, tą samą trasą, którą kilka godzin wcześniej przybyłem.

Maszerowałem oblepiony ciemnością, czasami rozcinaną księżycowym promieniem, jak skalpelem chirurga. Gdy doszedłem do domu, wszystkie światła były już pogaszone. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że upojone drinkami pipy chrapią w najlepsze. Teraz wszystko zależało tylko i wyłącznie ode mnie. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, poczułem lekki niepokój. Wiedziałem, że jeśli coś spieprzę, to drugi raz taka okazja szybko się nie powtórzy. Zakradłem się do najbliższego okna, było uchylone. Przystanąłem i zacząłem nasłuchiwać. Morfeusz mi sprzyjał - w domu było cicho jak w grobowcu. Zakradłem się do drzwi wejściowych. Przez chwilę czekałem, aż księżyc znowu wyjrzy zza chmur. W jego bladym świetle wyszukałem w pęku kluczy ten właściwy.

Zbliżał się najtrudniejszy moment, w którym było najwięcej niewiadomych. Zdałem sobie sprawę, że nie mogę przewidzieć pewnych wydarzeń. Mogły zaskrzypieć drzwi. Równie dobrze w  przedpokoju mogły leżeć rzucone byle jak buciory, o które mógłbym potknąć się i narobić hałasu. Alkohol mógł sprawić, że babsztyle będą miały zbyt lekki, albo zbyt mocny sen.

Ręce zaczęły lekko drżeć. Pot ściekał z czoła, a serce kołatało się jak wściekłe. Ściskając oburącz klucz, przekręcałem go, bardzo powoli, ostrożnie, spodziewając się w każdej chwili głośnego trzasku zapadki. Na szczęście wszystko poszło gładko. Zamek ustąpił bez protestów. Klamka nie zgrzytnęła. Drzwi nie zaskrzypiały.
 
W środku panowały egipskie ciemności. Delikatnie przymknąłem drzwi i ukucnąłem, jedną ręką badając przestrzeń przed sobą. Powolutku, na czworakach, zacząłem zmierzać w kierunku szafki. Miałem nieprzyjemne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, ale wiedziałem też, że może to być tylko naturalna reakcja na otaczającą mnie nieprzeniknioną czerń. Kaseciak, buteleczka i szmatka, wszystko czego potrzebowałem było w szafce. Dwie ostatnie rzeczy wylądowały w mojej kieszeni. Teraz pozostało jedynie zabawić się w Indianina. Czarna Stopa zakradnie się do blada twarz i zrobi jej kuku!

Zdjąłem buty i postawiłem obok szafki - w końcu nie chciałem zostawić żadnych śladów na schodach. Na czworaka dopełzłem do schodów, cały czas mając wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle zapaliło się światło. W końcu, któraś z pip mogła mieć problem z zasypianiem. Cóż, udawałbym wtedy zdrowo zalanego. Fakt, wypiłem raptem jedno piwko, ale czy się wyżłopie jedno czy dziesięć, zapach jest taki sam. Gorzej gdybym nagle dostał czymś ciężkim po głowie, bo wzięłyby mnie za włamywacza.

Z góry rozległo się przeciągłe chrapnięcie. Trochę się uspokoiłem. Już miałem ruszyć na górę, gdy usłyszałem szelest i mamrotanie. Lodowate ciarki przebiegły mi po kręgosłupie. Żołądek stał się ciężki jak kamień. Czując w skroniach silne pulsowanie, intensywnie wpatrywałem się w ciemność. Okazało się, że jedna z pip zaległa na kanapie w salonie. Pozostawało tylko pytanie, która? Przecież są identyczne. Z góry rozległo się kolejne chrapnięcie.
Ty bęcwale chędorzony - wnerwiłem się na siebie - przecież ta twoja pinda nigdy nie chrapie. - Już się miałem ucieszyć, gdy dopadły mnie wątpliwości: - A co, jeśli po pijaku chrapie? Przecież nigdy nie widziałeś jej wstawionej.
Zacząłem uważnie nasłuchiwać, czekając na kolejne chrapnięcie. Gdy w końcu się rozległo, nie miałem już wątpliwości, kto jest kim i gdzie leży. Dźwięk dobiegł wprost z pokoiku gościnnego. Znaczy, tam śpi ta pinda Andżelika, a moja najwyraźniej czekała na dole aż wrócę. O dzięki wam bogowie, jest sprawiedliwość na tym świecie!

Z duszą na ramieniu zakradłem się do śpiącej. Zadanie nie było trudne, pod stopami miałem miękki dywan. Ostrożnie wyciągnąłem buteleczkę i nasączyłem szmatkę chloroformem. Pipa była zalana jak ta lala, jednak nie na tyle, by nie było ryzyka, że się przebudzi - lecz już po chwili miałem stuprocentową pewność, że nawet bombardowanie by jej nie obudziło. Pozostało jeszcze wtaszczyć głupią krowę na górę. Fakt faktem, trochę pokomplikowała mi plan, ale wiedziałem, że i ta przeszkoda jest do pokonania. Przerzuciłem Martę przez ramię, tak po strażacku, i ruszyłem w kierunku schodów. Wiedziałem, że czeka mnie teraz najtrudniejsza część zadania: wejść ostrożnie na górę - tak, by żaden stopień nie zaskrzypiał i oprzeć żonkę o drzwi tak, by przedwcześnie nie zaliczyła gleby.

Nie wiem, jak tego dokonałem. Czasami człowiek, gdy bardzo mocno się skupi, wpada w taki dziwny trans. Zdaje mi się, że wtedy miałem ten stan: wyostrzone zmysły, precyzyjne ruchy, wewnątrz ciała rozlewa się ciepła fala uspokojenia i pewności, że wszystko będzie dobrze - wszystko się uda.
I udało się! Na dole chybcikiem założyłem buty, nawet ich nie wiążąc. Wziąłem magnetofon i wyszedłem, zamykając drzwi na klucz. Udałem się ku uchylonemu oknu. Skierowałem kaseciaka głośnikami do wnętrza i włączyłem go:
"Andżela! Andżeluuuuś Andżeeelaaa!"
Hahaha, spryciarz ze mnie! Nie ma to jak nagrać żoneczkę, gdy woła swoją niedopchniętą siostrunię na obiad. Wyłączyłem sprzęt i niemal w tym samym czasie usłyszałem zgrzytnięcie gwałtownie otwieranych drzwi, głuche łupniecie i łoskot bezwładnie spadającego ciała. Goodbye żoneczka!
Nie czekałem na to, co będzie dalej. Pobiegłem w ciemność. Usłyszałem jeszcze tylko rozpaczliwy krzyk i na mą duszę spłynął balsam spełnienia; słodycz zemsty, rozkosz bogactwa, wolność i niezależność! Dokonało się!

"Piernik rusza do wiatraka", czas wracać do "Extasy". W końcu alibi musi być! Nim doszedłem do miasteczka, w lesie, w krzakach, zostawiłem magnetofon. Wyciągnąłem tylko kasetę, którą natychmiast wybebeszyłem. W ruch poszła zapalniczka. Jedyny dowód zbrodni został bezpowrotnie zniszczony. Reszta to już pikuś była! Taryfa. Nocny. Gorzałka - ćwiarteczka żołądkowej. Taryfa. „Extasy”.
 
Zastukałem w okno. Swietłana grzecznie otworzyła - w końcu panienka z okienka miała w perspektywie kilka dodatkowych stówek. Przez resztę nocy kurewka dopieszczała mnie, swego dobrodzieja, najlepiej jak potrafiła. Nad ranem otworzyłem flaszkę. Wypiłem ją do dna! W końcu na zostawionej wczoraj kartce wyraźnie pisałem, że będę się alkoholizował.
Teraz pozostał tylko powrót do domu. Pan na włościach! Owszem, trzeba będzie poudawać rozpacz i ten teges, ale kto powiedział, że nie mam zapędów aktorskich? Taa, odegram życiową rolę!

                                                          
3. Andżelika

Minął tydzień od śmierci siostry. Nie przeżyłabym go, gdyby nie silne tabletki uspokajające. Byłam jak wypruty z uczuć manekin. Otumaniona, otępiała.

Maurycy, który z Kutafona awansował na Jebanego Skurwysyna, właśnie jadł zupę. Przed chwilą sama mu ją przyrządziłam. Usiadłam na fotelu, udając, że czytam gazetę - obserwowałam gnoja. Pałaszował aż miło! Nagle wyprężył się jak struna, wręcz zesztywniał. Poczerwieniał na twarzy i ciężko dysząc, rozdziawił jadaczkę, złapał się za pierś. Wstając, obrócił się w moją stronę. Oczy, gdyby mogły, wyskoczyłyby mu z oczodołów jak piłeczki pingpongowe. Padł na kolana i wydyszał:
 - Serce.
 - Zgadza się! Jesteś bez serca gnoju! - wysyczałam lodowatym tonem.
 - Aandż...? - domyślił się, po czym padł bez tchu. Na dywan, wprost do moich stóp - jakby chciał błagać o przebaczenie.
Sprawiedliwości stało się zadość - pomyślałam z satysfakcją.
Upewniłam się, że naprawdę zdechł. Nie, nie umarł, właśnie ZDECHŁ! Nie było wątpliwości - Kutafon już nigdy nikogo nie skrzywdzi. Teraz pozostało tylko udawać świeżo upieczoną, zrozpaczoną wdowę. Postanowiłam, że odstawię tabletki i na pogrzebie Jebanego Kutasa będę ryczała jak bóbr - ale to nie jego będę opłakiwać.
Zadzwoniłam na pogotowie i oznajmiłam przerażonym głosikiem, że jaśnie pan chyba dostał zawału (ach i och). Czym prędzej przyjeżdżajcie i ratujcie jaśniepana, Hahaha! A oni przyjechali i oznajmili, że imć Kutafon zszedł ze sceny życia.

Dlaczego posunęłam się do morderstwa? Czemu po prostu nie wykopałam gnoja na zbity pysk, nie rozwiodłam się?
Tamtego ranka w końcu wtoczył się, do mieszkania. Spojrzał na mnie - żałosną parodię silnej, zaradnej kobiety: włosy w nieładzie, oczy podpuchnięte, zaczerwienione od płaczu, pod nosem rozsmarowane zaschnięte smarki - i zrobił zatroskaną minę. Gdy się dokładniej przyjrzałam, zauważyłam fałsz - spod maski zaniepokojenia i troski przebijała inna, ledwie widoczna... Skurwiel się cieszył! Zrozumiałam, że prawdopodobnie to on za tym wszystkim stoi.
 - Na Boga, co się stało?
Nie umiesz kłamać gnoju, oj, nie umiesz - pomyślałam.
 - Andżelika spadła ze schodów.
Twarz Kutafona nagle stężała, wyraźnie pobladł. Tak, teraz autentycznie zaczął się niepokoić, a w mojej głowie coraz głośniej rozbrzmiewało to jedno słowo: M O R D E R C A!
Wewnętrzny głos powtarzał je z taką mocą, jakby pragnął, by wydostało się z ciasnej klatki samokontroli, dotarło do strun głosowych i zostało wykrzyczane! Zmusiłam się do tego, by je zdusić, stłamsić w sobie. Nie mogłam zdradzić się z tym, czego byłam już prawie pewna.
 - To straszne - jęknął. Wyglądał jakby miał zaraz dostać zawału. - Nic jej się nie stało? – spytał, podchodząc.
 - Złamała nogę.
 - Och! - znowu zaczął dramatyzować, chcąc się wcielić w rolę pocieszyciela. Wyciągnął ręce w moim kierunku.
 - Zostaw, cuchniesz gorzałą.
 - To ja..., to ja... - zacinał się jak płyta gramofonowa.
 - Tak, idź pospać - nakazałam - ja też muszę - dodałam i pomaszerowałam na górę, obawiając się, że gnój zaraz za mną polezie. Na szczęście zamiast zgrzytania stopni usłyszałam tylko głuche puffff - uwalił się na kanapie.

Wpadłam do łazienki. W gardle narastała wielka gorzka gula. Przed oczyma wszystko się rozmazywało - wspomnienia z nocy wróciły z całą intensywnością. Ponownie zaczęłam przeżywać śmierć siostry. Czułam, że zaraz zacznę szlochać, a na to nie mogłam sobie pozwolić - wiedziałam, że gnój nie śpi, że strzyże uchem. W mojej duszy narastała rozpacz, w jego lęk. Chwyciłam pierwszy z brzegu ręcznik i docisnęłam do twarzy. Wytłumił płacz na tyle, na ile było trzeba.
Nie wiem ile czasu tak siedziałam - zwinięta w kłębek między wanną a umywalką, ściskając ten durny wypłowiały ręcznik - ale w końcu doszłam do siebie, a przynajmniej na tyle by zrobić rekonesans apteczki. Nie zawiodłam się, oczywiście były w niej tabletki uspokajające. Łyknęłam trzy, popijając wodą z kranu. Kilka minut później usnęłam.

Tej nocy zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Przebudziło mnie uczucie zimna, tak przenikliwego, że odniosłam wrażenie, jakbym miała kości z lodu. Gęsia skórka i nieodparte wrażenie czyjejś obecności zmusiły mnie do otworzenia opuchniętych powiek. Pokój zalewała delikatna księżycowa poświata. Blade światło wydobywało z ciemności kontury mebli i przedmiotów, przez co sypialnia sprawiała wrażenie, jakby wypełniła się mrocznymi istotami. Jednak nie one wywołały dziwne uczucie - tak, jakby to, co mnie obserwuje było poza zasięgiem mojego wzroku. Niepewnie usiadłam na łóżku i odruchowo zerknęłam za siebie. Oczywiście nikogo nie zobaczyłam, co wcale nie pomogło. Wręcz przeciwnie, dziwne uczucie jeszcze bardziej się nasiliło. Zupełnie jakby ktoś (lub coś) nie chciał mi pozwolić na powrót w ciepłe pielesze. Rozglądałam się, próbując odkryć źródło niepokoju i nagle ujrzałam coś na szybie. Wstałam i w martwym, księżycowym blasku zobaczyłam, że to coś, to napis, taki dziwny - jakby nasmarowany tłustym palcem. Poczułam dreszcze, a serce zabolało jakby wbito w nie maleńkich igiełek, napis głosił:
ON MNIE ZABIŁ   NIE TY   ON!

Co się działo potem? Kompletnie nie pamiętam. Wstał nowy dzień. Obudziłam się i nie byłam pewna czy to był sen, czy jawa. Prawda? A może halucynacja wywołana nadmiarem prochów? Przekaz z zaświatów czy projekcja udręczonej podświadomości - tego wszystkiego nie byłam pewna, ale co do jednej rzeczy nabrałam stuprocentowej pewności... TO MAURYCY zamordował moją siostrę!

Przebudzenie jak najkoszmarniejszy z kaców, łkałam struta smutkiem, spętana bezradnością, przykuta do łóżka paraliżującą depresją. Chciałam umrzeć. Nadludzkim wysiłkiem zmusiłam się, by łyknąć garść tabletek. Potem znowu stałam się bezdusznym automatem. Tylko wyprana z wszelkich uczuć zdolna byłam do jakiegokolwiek działania.
 
W łazience doprowadziłam się do stanu używalności, kamuflując poranną rozpacz. Gdy skończyłam, wzięłam walizkę i zeszłam na dół. Gnój krzątał się po salonie i nawet chciał coś powiedzieć, bo widziałam, że otwiera jadaczkę, lecz zgasiłam go, nim zdążył się odezwać:
 - Jadę do Andżeliki. Zamów sobie pizzę.
 - Ale...
 - Nie ma żadnych ale. Przez najbliższych kilka dni sam sobie musisz radzić. Będę jeździć do Andżeli. Potrzebuje mojej pomocy  - ucięłam jakąkolwiek dyskusję i wyszłam z domu.
Nie byłam w stanie sama prowadzić, nie teraz i nie na prochach. Zamówiłam taksówkę.
Boże, jakie to dziwne, zdałam sobie sprawę z tego, że rozmyślam o śmierci siostry i o tym, że niedługo zabiję człowieka - nieważne, że pieprzonego kutasa, ale jednak człowieka - i nic nie czuję! Nie mogłam wyjść z podziwu, co też te cholerne chemikalia mogą z człowiekiem zrobić - zupełnie jakbym dostała duchowego paraliżu!

Pojechałem popakować w pudła wszystko, co mam  - w końcu nie będę mogła funkcjonować jednocześnie jako Andżelika i jako Marta. Starą dobrą Andżelikę trzeba będzie wysłać gdzieś hen daleko, na drugi kraniec świata. Od dziś jestem swoją siostrą!
Ledwie dojechałam a spotkałam Jensa, mojego sąsiada. Jens przyjechał "do Polska", bo tutaj "tani ziemia i dobra ludzie".
 - Dżen dabry!
 - Witaj Jens - wystękałam zbolałym głosem.
 - Co pani taka smutny?
 - Chyba niedługo wyjadę... w podróż, taką dookoła świata.
 - To dobra taka podróź. To szczenszliwy nie szmutny powinna bycz!
 - Ale ja już raczej nie wrócę. Mam raka... - kłamałam jak z nut - Został mi rok, może dwa lata.
 - Boże! Duża szkoda! Pani taka dobra siatka! - westchnął przygnębiony.
 - Sąsiadka Jens, sąsiadka
 - Szonszatka – wymamrotał. - Druga taka z donica szukacz - dodał smętnie.
Nie chciałam go po raz kolejny poprawiać, pożegnaliśmy się i poszłam do domu. Lubiłam faceta, ale jak łatwo się domyślić, tego dnia byłam w nastroju "nieprzysiadalnym", niepogadalnym, i w ogóle cała byłam jednym wielkim NIE. Zabrałam się za pakowanie. Powyciągałam leżące na strychu pudła i zabrałam się do roboty. Najlepsze pomysły zawsze przychodziły mi głowy podczas robienia porządków. Teraz było tak samo. Przewertowałam w pamięci wszystkie znane mi kryminały i nic. Co dobre w książce, niekoniecznie musi być takie samo w życiu - żaden z pomysłów nie wydawał się bezpieczny. W końcu po dłuższym czasie wpadłam na ten jeden, jedyny, unikatowy pomysł. Dobrze, że studiowałam historię.

Z perspektywy czasu widzę, że okazałam się taką samą gnidą jak Maurycy. Nie, bynajmniej nie dlatego, że ukróciłam jego parszywy żywot. Niestety oprócz gnoja wyprawiłam na tamten świat jeszcze jedną żywą istotę... niewinną, bezbronną, która mi niczym nie zawiniła. Starałam się usprawiedliwiać, że byłam na prochach - w końcu zmieniły mnie w chodzący zbiornik - pełen krwi, mięsa i fekaliów, za to bez duszy; dusza została wyłączona. Chemiczna znieczulica robiła swoje. Marne wytłumaczenie. Prawda? Przecież miałam rozum, przytępiony bo przytępiony, ale jednak wiedziałam, co robię.

Próbowałam sobie nawet tłumaczyć, że przecież biedne stworzenie i tak z czasem wylądowałoby na czyimś talerzu - ale jakieś takie na siłę było to całe usprawiedliwianie. W końcu na moich rękach była krew, nie jakiegoś cholernego rzeźnika!
Tylko Kutafona nie było mi żal. Nie zmienia to jednak faktu, że od tamtego czasu... boję się. Boję się, co będzie po śmierci. Boję się potępienia. Piekła.
To była zemsta, wyrównanie porachunków - oko za oko, ząb za ząb - ale przecież nie do mnie należało wymierzanie kary. Nie miałam prawa decydować o życiu i śmierci. Cóż, teraz jest już za późno - będę musiała z tym żyć...

Kupiłam malutkie, rozkoszne prosiątko. Gdybym była w normalnym stanie, pewnie piszczałabym, rozpływając się z zachwytu nad przesłodkim stworzonkiem. Tym razem było inaczej. Miałam wrażenie, że niosę przedmiot. Element śmiercionośnej maszyny. Na dodatek ten element próbował się wyrywać. Mówią, że ponoć zwierzęta potrafią wyczuć swój los. Ten warchlaczek musiał wiedzieć, że jego dni są policzone. Działałam jak w odmiennym stanie świadomości - jak tej nocy, gdy skremowałam i pochowałam siostrę. Pamiętam, że wstawiłam klatkę do zagrody. Wylądowało w niej wystraszone prosiątko. Potem przyprowadziłam tam Pana Kubusia - moją starą poczciwą psinę. Jego też skrzywdziłam - biedak nie miał zielonego pojęcia, dlaczego pani go krzywdzi. Podprowadziłam psa jak najbliżej klatki i zaznaczyłam to miejsce. Podsunęłam ją, wraz z pokwikującym więźniem, na odległość kilkunastu centymetrów od zakreślonego punktu. Pan Kubuś, choćby się skichał, nie miał szans dosięgnąć do klatki.
Dwa obojętne sobie zwierzaki, które w normalnych warunkach może nawet by się polubiły, staną się śmiertelnymi wrogami.
w ciągu dwóch, trzech dni Pan Kubuś zmieni się w wygłodniałą bestię. Głód może wypaczyć nawet najłagodniejszy charakter. Nawet my, istoty kierujące się moralnymi nakazami i zakazami, jesteśmy gotowi zjeść drugiego człowieka, gdy w oczy zagląda nam widmo śmierci głodowej! Postąpiłam jak najgorsza suka - prosiątko w ciągu dwóch, trzech dni zdechnie ze strachu. W jego krwi będzie ogromne stężenie hormonu stresu. Utoczę ją. Posłuży mi do zrobienia zupy dla Maurycego. Oczywiście to, co zabiło prosiaczka, zabije też Kutafona - hormon stresu w tak ogromnym stężeniu zadziała jak trucizna. To samo, co przez lata zabija nerwusów, doprowadzając ich do ciężkich zawałów, sprawi, że Maurycy wyzionie ducha w trybie natychmiastowym - serce nie wytrzyma.
W średniowieczu ludzie nie wiedzieli nawet, że jest coś takiego jak hormon stresu, ale wiedzieli, że gdy padnie straszone przez dłuższy czas zwierzę, to jego krew jest doskonałą trucizną. Ta trucizna pozbawiła życia wielu przywódców, książąt i królów. Żaden patolog nie uzna tej substancji za truciznę. Wiedziałam, że nawet jeśli zrobią sekcję zwłok, to niczego nie wykryją - jedynie duże stężenie hormonu stresu we krwi. Uznają, że facet przez dłuższy czas prowadził bardzo nerwowy tryb życia. Napiszą w tych swoich papiurkach: "ZGON Z PRZYCZYN NATURALNYCH - ATAK SERCA". Finito, po sprawie!

Zrobiłam to, niemal zagłodziłam Pana Kubusia, który mi tego chyba nigdy nie wybaczy. Do dziś, gdy się do niego zbliżam, widzę lęk w tych smutnych oczach. Skazałam biedne małe prosiątko na niewyobrażalne męczarnie - było jak skazaniec z celi śmierci, godzinami trzymany na krześle elektrycznym, święcie przekonany, że lada moment czeka go okrutna śmierć.
A wszytko po to, by zabić człowieka. Pomścić śmierć siostry.
Czy było warto? Myślę, że jednak nie. Jestem inteligentną kobietą. Mogłam wymyślić coś innego, niekoniecznie kogokolwiek zabijając. Z drugiej strony nie byłam wtedy sobą. Działałam w amoku, w głębokiej rozpaczy; nafaszerowana uspokajaczami jak jakiś cholerny narkoman.
Cóż, teraz to już - jak to się mówi - po ptokach. Nie cofnę przecież czasu...