Strona główna arrow Recenzje arrow Jedenaście, Marcin Świetlicki
PATRONUJEMY:
PograniczePogranicze
OrchideaOrchidea
Nocna zamiećNocna zamieć
Tajemnica domu ArandówTajemnica domu Arandów
Miasto PopiołówMiasto Popiołów
Rosyjska orchideaRosyjska orchidea
Poker z rekinemPoker z rekinem
Diabelskie KościDiabelskie Kości
Przynieście mi głowę wiedźmyPrzynieście mi głowę wiedźmy
Święta tajemnicaŚwięta tajemnica
PrzebierańcyPrzebierańcy
Dziewięć milimetrów do niebaDziewięć milimetrów do nieba
Martwy aż do zmierzchuMartwy aż do zmierzchu
Rytuał ostatniej nocyRytuał ostatniej nocy
Dla NikityDla Nikity
Miasto KościMiasto Kości
Manikiur dla nieboszczykaManikiur dla nieboszczyka
Dziewczyna, która igrała z ogniemDziewczyna, która igrała z ogniem
Zbrodnia niedoskonałaZbrodnia niedoskonała
JedenaścieJedenaście
Morderstwo w szabatowy poranekMorderstwo w szabatowy poranek
Ja jestem sądemJa jestem sądem
Pan SzatanPan Szatan
Śmierć w darkroomieŚmierć w darkroomie
Noc z czwartku<br />na niedzielęNoc z czwartku
na niedzielę
TrzynaścieTrzynaście
DwanaścieDwanaście

Szanowny Czytelniku! Zwróć szczególną uwagę na:

 

546
Jedenaście, Marcin Świetlicki
Robert Ostaszewski   
wtorek, 28 października 2008

Dla czytelników, którzy polubili bohatera prozy kryminalnej Marcina Świetlickiego, nazywanego mistrzem, mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Zacznę od złej, żeby jak najszybciej mieć ponure klimaty z głowy – autor Dwanaście oficjalnie zapowiedział, że Jedenaście jest definitywnie ostatnią częścią cyklu z mistrzem (choć w rzeczywistości, jeszcze się z nim tak do końca nie żegna, bo przecież wraz z innymi krakowskimi pisarzami, Gają Grzegorzewską i Irkiem Grinem, pisze powieść w odcinkach, Orchideę, publikowaną na stronie Onet.pl, w której mistrz występuje). Dobra wiadomość zaś jest taka, że powieścią Jedenaście Świetlicki żegna się z mistrzem w iście mistrzowskim stylu.

Nie będę trzymał czytelników w niepewności: moim zdaniem Jedenaście jest zdecydowanie najlepszą częścią kryminalnego trójksięgu napisanego przez Świetlickiego, najbardziej spójną, zwartą, przemyślaną, z najciekawiej poprowadzoną intrygą kryminalną. By tak rzec – jest to cześć najbardziej kryminalna spośród tych, które do tej pory napisał autor Trzynaście, choć jest to oczywiście kryminalność, jak zwykle w przypadku prozy tego pisarza, mocno specyficzna. O ile w poprzednich powieściach cyklu mistrz, pozostający w nieustannym ciągu alkoholowym, właściwie jedynie pozorował prowadzenie śledztwa, o tyle w Jedenaście bardzo, jak na swoje możliwości, się stara: cierpliwie pyta, zbiera informacje i próbuje poskładać je w całość. Ale – oczywiście – wciąż ma problemy z zapamiętywaniem twarzy, z przywoływaniem faktów z przeszłości, często też, poddając się rozmaitym idiosynkrazjom, rezygnuje z niektórych działań śledczych, dla przykładu – z podsłuchiwania osoby, która, jak sądzi, może dostarczyć mu ciekawych informacji, bo jest zdania, że „podsłuchiwanie godne jest być może detektywa, ale na pewno nie dorosłego mężczyzny!”, a on przecież jest mężczyzną jak najbardziej dorosłym.

W Jedenaście mistrz próbuje wyjaśnić okoliczności śmierci swojego przyjaciela, Doktora, który wedle wersji przyjętej przez policję popełnił samobójstwo. Ex-narzeczona Doktora i mistrz podejrzewają jednak, że został otruty. Mistrz jeździ regularnie przez kilka miesięcy do oddalonej 11 kilometrów od Krakowa wiosczyny (to novum w prozie kryminalnej Świetlickiego, w Jedenaście gród Kraka pojawia się właściwie tylko w retrospekcjach), gdzie znajduje się domek letniskowy, w którym zmarł Doktor, przesiaduje w restauracji o wszystko mówiącej nazwie Stylowa, rozmawia z ex-narzeczoną Doktora i miejscowymi, z czego niespecjalnie wiele wynika. Akcja zdecydowanie przyśpiesza, gdy pewnego dnia pan Grzesio, „wyróżniający się pracownik niepublicznej telewizji”, w lasku przylegającym do wiosczyny zauważa zakrwawionego, słaniającego się na nogach człowieka. I to właśnie podczas tego dnia rozgrywa się akcja Jedenaście; „od zmierzchu do świtu” wszystko – albo prawie wszystko – zostanie wyjaśnione.

Wspominałem o – by tak rzec – wzmożonej w porównaniu z poprzednimi powieściami cyklu kryminalności Jedenaście, jednak zaryzykowałbym tezę, że w nowej powieści Świetlickiego wątek kryminalny wcale nie jest kluczowy. Z jednej strony jest to powieść komentująca nasze „tu i teraz” i jak zwykle u Świetlickiego jest to komentarz ironiczny, a momentami wręcz zgryźliwy: źle się dzieje w Krakowie („pod honorowym patronatem Prezydenta Jacka Majchrowskiego”), zadeptanym przez zapijających się tanim piwem turystów, fatalnie zarządzanym przez urzędników, równie źle dzieje się w całej Polsce („pod honorowym patronatem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego”). W Jedenaście znaleźć można wiele odniesień do rzeczywistości, dla przykładu: pojawia się choćby wątek ordynatora, którego próbuje się „wykończyć” oskarżeniami o alkoholizm, łapówkarstwo i błędy w sztuce lekarskiej, skutkujące śmiercią pacjentów, jako żywo przypominający doskonale znaną z mediów historię kardiochirurga, o którym swego czasu ex-minister Ziobro mówił, z właściwym mu dystansem i obiektywizmem, „że ten pan nigdy już nikogo życia nie pozbawi” (cytuję z pamięci, ale tak to chyba szło…). Parafrazując znany przebój Świetlików: nigdy nie będzie takiego Krakowa, już nigdy, i takiej Polski… I o tym właściwie jest Jedenaście – o zanikaniu, stracie, pustce i o próbach oswojenia egzystencjalnego dyskomfortu wywołanego zanikaniem, stratą i pustką, próbach w gruncie rzeczy tragicznych, bo z góry skazanych na niepowodzenie.

Ex-narzeczona Doktora, chcąc zaakcentować odmienność i wyobcowanie mistrza, nazywa go „innym światem”. Co więcej, zdaje się, że mistrza w ogóle już nie ma (w zamykającym powieść zdaniu znajduje się fraza tycząca głównego bohatera książki: „(…) od dawna podejrzewał, że już nie żyje”). Tani paradoks? Niekoniecznie. Mistrz wprawdzie chodzi na spacery z suką bokserką, wychyla kolejne szklaneczki kolorowych płynów o odpowiedniej zawartości procentów, od czasu do czasu prowadzi „całkiem udane życie płciowe”, próbuje nawet kontynuować coś w rodzaju śledztwa, ale na dobrą sprawę nie istnieje, albo istnieje ledwie, ledwie. I nie chodzi w tym przypadku o nieistnienie w sensie administracyjnym (mistrz nie ma przecież ani dowodu osobistego, ani zameldowania), ale egzystencjalnym. Przyjaciele mistrza nie żyją (choćby Mango Głowacki czy Doktor), miejsca, w których mistrz dobrze się czuł, nie istnieją (choćby Biuro), ludzie otaczający mistrza są dla niego coraz mniej zrozumiali i akceptowalni, Kraków, który kiedyś był miastem mistrza, już miastem mistrza nie jest… Z każdą stratą bohater Jedenaście tracił jakąś cząstkę siebie samego, a tych strat – dotkliwych – było już tak wiele, że istnienie jego samego stało się mocno problematyczne. Prowadzi już właściwie żywot nieomal widma, będąc właśnie kimś nie do końca z tego świata (nie przez przypadek raz po raz pojawiają się przed nim rozmaite widma, z którymi prowadzi brzemienne w skutkach konwersacje), kimś kto funkcjonuje jeszcze w rzeczywistości jedynie siłą inercji. Jak żyć po własnej śmierci – z takim paradoksalnym dylematem zdaje się przede wszystkim zmagać Świetlicki w nowej powieści.


Mógłbym pewnie w tym miejscu spróbować wywieść Jedenaście z tradycji czarnego kryminału albo pokazać, jak blisko tej powieści do prozy egzystencjalistycznej sprzed lat, ale – jak sądzę – nie ma takiej potrzeby. To po prostu proza świetlicka. I wszystko jasne…


Jedenaście, Marcin Świetlicki
Seria: Polska Kolekcja Kryminalna, tom VIII
Wydawnictwo EMG, Kraków 2008

Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się.

 

Komentarze
11 km
Dodane przez altonia w dniu 2008-11-06 20:33:48
- czyli z centrum Krakowa jedzie się ok. 20 minut i znajduje sie klimaty sprzed 50. lat i mozna wypic 50 a nawet 100 ml (ale to wszedzie mozna a nawet trzeba - strzemiennego z mistrzem)