Advertisement
Strona główna
Jedenaście, Marcin Świetlicki
wtorek, 28 października 2008

Dla czytelników, którzy polubili bohatera prozy kryminalnej Marcina Świetlickiego, nazywanego mistrzem, mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Zacznę od złej, żeby jak najszybciej mieć ponure klimaty z głowy – autor Dwanaście oficjalnie zapowiedział, że Jedenaście jest definitywnie ostatnią częścią cyklu z mistrzem (choć w rzeczywistości, jeszcze się z nim tak do końca nie żegna, bo przecież wraz z innymi krakowskimi pisarzami, Gają Grzegorzewską i Irkiem Grinem, pisze powieść w odcinkach, Orchideę, publikowaną na stronie Onet.pl, w której mistrz występuje). Dobra wiadomość zaś jest taka, że powieścią Jedenaście Świetlicki żegna się z mistrzem w iście mistrzowskim stylu.

Nie będę trzymał czytelników w niepewności: moim zdaniem Jedenaście jest zdecydowanie najlepszą częścią kryminalnego trójksięgu napisanego przez Świetlickiego, najbardziej spójną, zwartą, przemyślaną, z najciekawiej poprowadzoną intrygą kryminalną. By tak rzec – jest to cześć najbardziej kryminalna spośród tych, które do tej pory napisał autor Trzynaście, choć jest to oczywiście kryminalność, jak zwykle w przypadku prozy tego pisarza, mocno specyficzna. O ile w poprzednich powieściach cyklu mistrz, pozostający w nieustannym ciągu alkoholowym, właściwie jedynie pozorował prowadzenie śledztwa, o tyle w Jedenaście bardzo, jak na swoje możliwości, się stara: cierpliwie pyta, zbiera informacje i próbuje poskładać je w całość. Ale – oczywiście – wciąż ma problemy z zapamiętywaniem twarzy, z przywoływaniem faktów z przeszłości, często też, poddając się rozmaitym idiosynkrazjom, rezygnuje z niektórych działań śledczych, dla przykładu – z podsłuchiwania osoby, która, jak sądzi, może dostarczyć mu ciekawych informacji, bo jest zdania, że „podsłuchiwanie godne jest być może detektywa, ale na pewno nie dorosłego mężczyzny!”, a on przecież jest mężczyzną jak najbardziej dorosłym.

W Jedenaście mistrz próbuje wyjaśnić okoliczności śmierci swojego przyjaciela, Doktora, który wedle wersji przyjętej przez policję popełnił samobójstwo. Ex-narzeczona Doktora i mistrz podejrzewają jednak, że został otruty. Mistrz jeździ regularnie przez kilka miesięcy do oddalonej 11 kilometrów od Krakowa wiosczyny (to novum w prozie kryminalnej Świetlickiego, w Jedenaście gród Kraka pojawia się właściwie tylko w retrospekcjach), gdzie znajduje się domek letniskowy, w którym zmarł Doktor, przesiaduje w restauracji o wszystko mówiącej nazwie Stylowa, rozmawia z ex-narzeczoną Doktora i miejscowymi, z czego niespecjalnie wiele wynika. Akcja zdecydowanie przyśpiesza, gdy pewnego dnia pan Grzesio, „wyróżniający się pracownik niepublicznej telewizji”, w lasku przylegającym do wiosczyny zauważa zakrwawionego, słaniającego się na nogach człowieka. I to właśnie podczas tego dnia rozgrywa się akcja Jedenaście; „od zmierzchu do świtu” wszystko – albo prawie wszystko – zostanie wyjaśnione.

Wspominałem o – by tak rzec – wzmożonej w porównaniu z poprzednimi powieściami cyklu kryminalności Jedenaście, jednak zaryzykowałbym tezę, że w nowej powieści Świetlickiego wątek kryminalny wcale nie jest kluczowy. Z jednej strony jest to powieść komentująca nasze „tu i teraz” i jak zwykle u Świetlickiego jest to komentarz ironiczny, a momentami wręcz zgryźliwy: źle się dzieje w Krakowie („pod honorowym patronatem Prezydenta Jacka Majchrowskiego”), zadeptanym przez zapijających się tanim piwem turystów, fatalnie zarządzanym przez urzędników, równie źle dzieje się w całej Polsce („pod honorowym patronatem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego”). W Jedenaście znaleźć można wiele odniesień do rzeczywistości, dla przykładu: pojawia się choćby wątek ordynatora, którego próbuje się „wykończyć” oskarżeniami o alkoholizm, łapówkarstwo i błędy w sztuce lekarskiej, skutkujące śmiercią pacjentów, jako żywo przypominający doskonale znaną z mediów historię kardiochirurga, o którym swego czasu ex-minister Ziobro mówił, z właściwym mu dystansem i obiektywizmem, „że ten pan nigdy już nikogo życia nie pozbawi” (cytuję z pamięci, ale tak to chyba szło…). Parafrazując znany przebój Świetlików: nigdy nie będzie takiego Krakowa, już nigdy, i takiej Polski… I o tym właściwie jest Jedenaście – o zanikaniu, stracie, pustce i o próbach oswojenia egzystencjalnego dyskomfortu wywołanego zanikaniem, stratą i pustką, próbach w gruncie rzeczy tragicznych, bo z góry skazanych na niepowodzenie.

Ex-narzeczona Doktora, chcąc zaakcentować odmienność i wyobcowanie mistrza, nazywa go „innym światem”. Co więcej, zdaje się, że mistrza w ogóle już nie ma (w zamykającym powieść zdaniu znajduje się fraza tycząca głównego bohatera książki: „(…) od dawna podejrzewał, że już nie żyje”). Tani paradoks? Niekoniecznie. Mistrz wprawdzie chodzi na spacery z suką bokserką, wychyla kolejne szklaneczki kolorowych płynów o odpowiedniej zawartości procentów, od czasu do czasu prowadzi „całkiem udane życie płciowe”, próbuje nawet kontynuować coś w rodzaju śledztwa, ale na dobrą sprawę nie istnieje, albo istnieje ledwie, ledwie. I nie chodzi w tym przypadku o nieistnienie w sensie administracyjnym (mistrz nie ma przecież ani dowodu osobistego, ani zameldowania), ale egzystencjalnym. Przyjaciele mistrza nie żyją (choćby Mango Głowacki czy Doktor), miejsca, w których mistrz dobrze się czuł, nie istnieją (choćby Biuro), ludzie otaczający mistrza są dla niego coraz mniej zrozumiali i akceptowalni, Kraków, który kiedyś był miastem mistrza, już miastem mistrza nie jest… Z każdą stratą bohater Jedenaście tracił jakąś cząstkę siebie samego, a tych strat – dotkliwych – było już tak wiele, że istnienie jego samego stało się mocno problematyczne. Prowadzi już właściwie żywot nieomal widma, będąc właśnie kimś nie do końca z tego świata (nie przez przypadek raz po raz pojawiają się przed nim rozmaite widma, z którymi prowadzi brzemienne w skutkach konwersacje), kimś kto funkcjonuje jeszcze w rzeczywistości jedynie siłą inercji. Jak żyć po własnej śmierci – z takim paradoksalnym dylematem zdaje się przede wszystkim zmagać Świetlicki w nowej powieści.


Mógłbym pewnie w tym miejscu spróbować wywieść Jedenaście z tradycji czarnego kryminału albo pokazać, jak blisko tej powieści do prozy egzystencjalistycznej sprzed lat, ale – jak sądzę – nie ma takiej potrzeby. To po prostu proza świetlicka. I wszystko jasne…


Jedenaście, Marcin Świetlicki
Seria: Polska Kolekcja Kryminalna, tom VIII
Wydawnictwo EMG, Kraków 2008