Advertisement
Strona główna arrow Newsroom arrow Miłosierna siekiera, R.S. Morris - fragment
poniedziałek, 04 czerwca 2007
R.S. Morris, Miłosierna siekiera (fragment)



— Tyś pan! — mówili mu. — Czyż to dla ciebie — iść z siekierą? Nie pański to interes.


Fiodor Dostojewski, „Zbrodnia i kara”,
tłum. Czesław Jastrzębiec-Kozłowski.

PODZIĘKOWANIA

Pragnę podziękować członkowi Towarzystwa Historycznego w Petersburgu, Jarosławowi I. Tregubowowi, który nauczył cudzoziemca sztuki poruszania się po dziewiętnastowiecznym Petersburgu.
Jeśli idzie o Fiodora Dostojewskiego, to mogę go tylko przeprosić.

GRUDZIEŃ, 1866


Opisane poniżej wypadki mają miejsce mniej więcej w półtora roku po słynnej sprawie studenta Raskolnikowa, w której tak ważną rolę odegrał sędzia śledczy, Porfiry Pietrowicz.



1.


W PIETROWSKIM PARKU


Mrok zaczął się rozpraszać dopiero w późnych godzinach rannych.
Zoja Mikołajewna Pietrowa przemierzała przez Park Pietrowski z bezmyślną determinacją. Ponieważ była tęga i miała na sobie kilka warstw grubej odzieży, przypominała nieco ciemnego żuka. Ścieżki, które latem roiły się od przechodniów, były teraz ukryte pod śniegiem. Ale jej nie robiło to różnicy. Zoja Mikołajewna posuwała się własnym szlakiem. Szła na północ, oddalając się od zamarzniętego jeziorka. Jej kroki były powolne i nierówne. Przy każdym ruchu odczuwała w stawach biodrowych ostre ukłucie reumatyzmu. Gdy pochylała się, by dorzucić do swego kosza kolejną gałązkę, powrót do pozycji pionowej był dla niej trudny i bolesny. Ale dodawała jej sił myśl o małej istotce, drżącej w domu z zimna, i o ofiarach, jakie musiała ponosić Lilia, więc szła naprzód, pochylając się i prostując co kilka kroków.

Kobieta dźwiga ciężkie brzemię. Jej los nie był nigdy lekki, choć niektórzy oskarżali ją niegdyś o to, że wybrała łatwą drogę. Ale co oni wiedzieli o tym, jak wiele ją to kosztowało, o łzach, które przelała na przestrzeni lat? Łzach na samym początku, kiedy po raz pierwszy poczuła na sobie zaborcze spojrzenia obcych mężczyzn. Zawsze trudniej było znosić dotyk ich spojrzeń niż rąk. Co wiedzieli o łzach przelewanych pod koniec, kiedy widziała w lustrze swą pobrużdżoną wiekiem twarz oraz groteskowo toporną, odrażającą figurę, i czuła się kompletnie wyczerpana. Tak, łzy, kiedy wszystkie drogi ucieczki były dla niej niedostępne. Dlaczego nie miała przelewać łez? Znała tylko jeden sposób życia, który przynosił czasem odrobinę radości.

Teraz w jej oczach znów pojawiły się łzy. Ale były wywołane dotkliwym mrozem. Nie czuła ani tęsknoty za utraconym życiem, ani żalu z powodu nieskończonej ilości poronień, nawet tych, do których doszło przypadkowo. Kapało jej z nosa, ale nie zwracała na to uwagi. To był jeden z drobnych przywilejów, jakie zapewniała samotność.
Nie odczuwała tej samotności, dopóki myślała o pozostawionej w domu dziewczynce i o Lilii, która nazywała ją matką i pozwalała nazywać się jej córką.

Kto by pomyślał, że aby wybrnąć z dotychczasowych kłopotów, weźmie na swe barki nowe?
Zoja poczuła, że teren opada w dół. Patrzyła prosto pod nogi, szukając kawałków drewna. Była pewna, że dziewczynka śpi, więc chciała jak najszybciej wrócić do domu. Nie mogła znieść myśli o tym, że dziecko obudzi się w pustym mieszkaniu. Ale mała Wiera potrafiła w tym chłodzie spać przez wiele godzin. Zoja myślała czasem, że już nigdy się nie obudzi.
Wysiłkiem woli opanowała niepokój. Wiedziała, że musi zebrać tyle drewna, ile jest w stanie udźwignąć. To, czego nie zużyją na własne potrzeby, będzie mogła sprzedać. Powrót do domu bez przywiązanego do pleców naręcza patyków i pełnego kosza byłby po prostu zbrodnią. Musiała więc dla wspólnego dobra chodzić po parku tak długo, jak będzie trzeba.

Przypomniała sobie, że Lilia nie wróciła ubiegłej nocy do domu i znów poczuła niepokój. Potem doszła do wniosku, że dziewczyna musiała spędzić pracowitą noc, co stanowiło powód do radości. Zjedzą dziś coś dobrego. Lilia była hojna i wzruszająco wdzięczna. Nigdy nie zapominała o tym, że to właśnie Zoja nauczyła ją różnych rzeczy, dzięki którym nie cierpiała głodu.

Schyliła się, by podnieść powykręcaną gałązkę. W poszukiwaniu opału nie mogła pominąć ani kawałka drewna. Poczuła, że ziemia przyciąga ku sobie jej nadmiernie obładowane ciało i przycisnęła pięść do obolałego kręgosłupa, by przeciwstawić się tej sile ciążenia. Prostowała plecy powoli i odzyskała równowagę niemal półprzytomna z powodu ostrych szarpnięć bólu.

I wtedy zobaczyła tuż przed sobą jego wyrzucone do przodu ramiona i przechyloną w bok głowę. Zdawał się czekać właśnie na nią. Był potężnie zbudowanym, wysokim mężczyzną z gęstą, wielką brodą. Miał na sobie stary wojskowy szynel. Jego uszy osłaniały klapy futrzanej czapki. Miał obrzmiałą twarz pijaka. Jego stopy były ukryte w masywnych butach, których szpice unosiły się o kilka centymetrów nad zamarzniętą ziemią, więc wyglądał jak komiczny tancerz, zastygły w bezruchu podczas wykonywania trudnego piruetu.
Podtrzymująca go gałąź sosny wygięła się w łuk. Nagły powiew wiatru poruszył całym drzewem. Stado śnieżnych płatków zatańczyło w powietrzu, jakby pod wpływem jakiejś magnetycznej siły. Wiszący mężczyzna zaczął się obracać wokół własnej osi.

Ujrzała na ziemi, obok jego stóp, na wpół zagrzebany w śniegu brązowy przedmiot.

* * *

Zoja zrobiła dwoma palcami znak krzyża i zawahała się. Gęste płatki śniegu zbiły się w tuman i uderzyły ją w twarz. Wiszący mężczyzna budził przerażenie. Ale czuła instynktownie, że może dzięki niemu zyskać coś cenniejszego niż drewno na opał.

Opuściła wzrok i wolno, powłócząc nogami, podeszła bliżej.
Potrąciła nogą leżący na ziemi przedmiot. Był twardy i nawet nie drgnął. Ryzykując kolejne ukłucie bólu, nachyliła się i odgarnęła śnieg. Ujrzała dużą skórzaną walizkę.

Była zbyt ciężka, by Zoja mogła ją podnieść. Odciągnęła więc od wiszącego ciała, zostawiając w śniegu szeroki ślad.
Drżącymi palcami dotknęła zamków, które okazały się sztywne od mrozu, ale nie zamknięte. Pokrywa walizki odskoczyła nieco do góry, jakby pchnięta od środka. Zoja otworzyła ją.
Był zwinięty jak płód, oczekujący w łonie matki na moment narodzin. Natychmiast spadły na niego płatki śniegu, delikatnie przykrywając jego wystający bark.
Głowa, która wydała się Zoji nienaturalnie duża, była rozłupana na pół. Po obu stronach ciemnej, lśniącej tajemniczo rany, rosły kępki włosów.

Leżał na boku. A jego lewe oko patrzyło na nią z wyrzutem. Przeżegnała się po raz drugi.
Unikając spojrzenia wytrzeszczonego oka, zaczęła się uważnie przyglądać.
Zdała sobie sprawę, że jest bardzo mały. Nie miała pojęcia, jak w tym drobnym ciele mogły się zmieścić wszystkie niezbędne organy: serce, płuca, nerki, wątroba... Ale nie był dzieckiem, lecz mężczyzną. Jego twarz zdobiła starannie przycięta, szpiczasta broda.
Miał na sobie wytarte ubranie. Rękawy i nogawki spodni były niedbale obcięte i zaobrębione.
Nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co robi, przeszukała jego kieszenie. Manipulując palcami, odwracała oczy.

Palce natrafiły na niewielki, twardy przedmiot — pudełko, zawierające talię kart. Obejrzała kilka z nich. Były to pornograficzne obrazki; miejsce dam zajmowały nagie dziewczęta, miejsce królów — rogaci satyrowie, a miejsce waletów — hermafrodyty. Wiatr porwał ukryty między nimi skrawek papieru. Zoja nie zwróciła na to uwagi. Karty były stare i zużyte, ale miała pewność, że zdoła je sprzedać jakiemuś głupcowi. Na razie odłożyła je na bok.
Wsunęła końce palców do wszystkich kieszeni zmarłego, ale nic w nich nie znalazła. Nie czuła już lęku. Powodowało nią uczucie silniejsze niż strach.

Przedzierając się przez gęsto padający śnieg, podeszła do wiszącego mężczyzny. Bała się, że ktoś ją zauważy. Ale wiedziona posępną determinacją zmusiła się do działania.
Rozwarła poły sztywnego szynela i wydała okrzyk przerażenia. Za pasek od spodni mężczyzny wetknięta była siekiera z krótkim trzonkiem. Zoja miała wrażenie, że jej ostrze uśmiecha się do niej szyderczo. Przypominało jej język, oblizujący zakrzepłą na nim krew.

Uniosła wzrok i spojrzała w twarz wisielca. Malowała się na niej brutalna siła. Musiał być pozbawionym litości okrutnikiem, żeby tak bestialsko zabić tego małego człowieczka, którego zamknął w walizce. Nic dziwnego, że targnął się na własne życie. Musiał zrobić to pod wpływem wyrzutów sumienia.
Zaczęła obmacywać jego odzież, przypominając sobie wszystkich mężczyzn, których w życiu rozbierała. Doprowadzili ją do ruiny, ale teraz mogła im się za to zrewanżować. Zachichotała.
— Ten się śmieje kto się śmieje ostatni — pomyślała z rozbawieniem.
Zanurzyła rękę w kieszeni jego bryczesów i dotknęła małego metalowego przedmiotu o nieregularnym kształcie. Był to klucz. Sam w sobie nie miał żadnej wartości. Ale kto mógł wiedzieć, czy nie otwierał drogi do skarbów? Schowała go wraz z talią kart w tajemnym zakątku swej sukni.
Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni szynela i natychmiast namacała dwa przedmioty o podobnych rozmiarach. Jeden był miękki, z papieru, drugi twardy. Wyciągnęła pierwszy z nich. Okazał się liliową, nie zaklejoną i nie zaadresowaną kopertą.

Zawierała plik banknotów.

Kobieta rozejrzała się czujnie wokół siebie, by zdobyć pewność, że nikt jej nie przeszkodzi. Potem wyjęła pieniądze, które na tle zimowego krajobrazu zalśniły w jej oczach wszystkimi barwami tęczy, i starannie je przeliczyła.
Jej dłonie zaczęły drżeć, ale bynajmniej nie z zimna. Liliowa koperta spadła na ziemię. Zoja uniosła do nieba twarz, nie zwracając uwagi na gęsto padający śnieg. Sześć tysięcy rubli! Z topniejącymi na policzkach płatkami mieszały się teraz prawdziwe łzy wzruszenia. Ukryła pieniądze pod warstwami odzieży i śmiejąc się głośno ruszyła w drogę.

2.


„WSZYSTKO JEST W PORZĄDKU”


Porfiry Pietrowicz wetknął sobie papierosa do ust i przeżył chwilę radosnego oczekiwania. Miał nadzieję, że zaciągnięcie się dymem zapewni mu nie tyle przyjemność, ile jasność myślenia. Zawsze twierdził uparcie, że pali z racjonalnych — a nawet zawodowych — powodów.

Zamknął z cichym trzaskiem emaliowaną papierośnicę i odłożył ją do wewnętrznej kieszeni swego surduta.
Na biurku leżał otwarty egzemplarz zawodowego periodyku. Wygładził jego strony w taki sposób, jakby chciał pogłaskać słowa, które miał za chwilę przeczytać. Otwarte były na artykule zatytułowanym: Dlaczego oni to robią?. Podtytuł brzmiał: Uwagi na temat motywacji wykształconych, utytułowanych i utalentowanych przestępców i ludzi, którzy dopuszczają się naruszenia prawa. Autor podpisał się tylko literą „R”.
Porfiry zapalił zapałkę i pochylił się, żeby płomień dotknął papierosa. Kiedy się zaciągnął, krew zaczęła mu płynąć szybciej, poczuł, że lepiej panuje nad swym ożywionym procesem myślowym i percepcyjnym.
Wkrótce poznał tajemnice napisanego wyszukanym językiem artykułu. Wydał mu się chaotyczną i niepogłębioną zbieraniną koncepcji. Zmarszczył brwi, nie dlatego, żeby był zdezorientowany, lecz dla samej przyjemności marszczenia brwi. Był człowiekiem bardzo nieśmiałym.
Coś zaczęło zakłócać jego błogi nastrój.
Salitow.

Poczuł, że katalizator, jakim był dla niego papieros, traci swoją moc. Strony czasopisma przestały przyciągać całą uwagę. Zaczął dostrzegać zielony blat biurka, na którym leżał periodyk. A potem całą resztę swego gabinetu. Typowe dla urzędów państwowych biurowe sprzęty, wykonane z tego samego, czerwonawego drewna: kanapę ze sztucznej skóry, krzesła, blat do pisania i regał na książki. Ale najsilniej odczuwał przytłaczającą obecność drzwi.
Salitow wrzeszczał. Znowu.

W skromnym pokoju, zajmowanym przez Porfirego Pietrowicza w Wydziale Spraw Śledczych, a zwanym szumnie „gabinetem”, były dwie pary drzwi. Jedne prowadziły do jego służbowego mieszkania, przydzielonego mu, podobnie jak wszystko inne, przez władze. Drugie — do Dzielnicowego Komisariatu Policji na ulicy Stolarnej.
Drzwi symbolizowały dylemat Porfirego. Mógł wziąć czasopismo oraz papierosy i schronić się w swym prywatnym sanktuarium (jako że dawno już minął wymagany czas urzędowania w charakterze sędziego śledczego), albo wkroczyć w chaos panujący w holu komisariatu i stanąć twarzą w twarz ze swym kolegą, Ilią Pietrowiczem Salitowem.
Porfiry zgniótł niedopałek papierosa w kryształowej popielniczce.

* * *