Recenzje
Kino Venus, Marcin Wroński | PATRONUJEMY: |
|---|
|
| Kino Venus, Marcin Wroński |
| Robert Ostaszewski | ||
| piątek, 30 stycznia 2009 | ||
|
Na hasło: polski kryminał retro, najczęściej pada odzew: Marek Krajewski. Ale to się może niedługo zmienić, jako że końcówka cyklu o Mocku (przynajmniej dwie ostatnie powieści) nie jest już tak frapująca jak książki tenże cykl otwierające, a poza tym wrocławskiemu pisarzowi wyrósł groźny konkurent. Któż to taki? Marcin Wroński, piewca mroków i uroków przedwojennego Lublina. Powieść Kino Wenus jest drugą częścią cyklu, którego głównym bohaterem jest podkomisarz Zygmunt Maciejewski, najlepszy „pies tropiący” w Lublinie i okolicach (rozległych). Twardziel, niegdyś świetnie zapowiadający się bokser, niechluj, arogant z ciętym poczuciem humoru, skłonny do niesubordynacji wielbiciel prozy Franza Kafki – a przy tym niezwykle skuteczny śledczy, obdarzony „tym czymś”, co idealny glina mieć powinien. Akcja powieści rozgrywa się w roku 1931, kiedy to Polska coraz mocniej zaczyna odczuwać skutki ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego (czyż dzisiaj, kiedy szaleje kolejny kryzys nie jest warto poczytać, jak to drzewiej za czasów kryzysu bywało?!). Kryzys dopada także Maciejewskiego – i to na wielu płaszczyznach. Na skutek pewnych dramatycznych wydarzeń przedstawionych w końcówce historii z poprzedniej powieści, a także zmiana przełożonego, Zyga idzie w odstawkę. Zostaje odsunięty od pracy śledczej i mianowany kierownikiem jednego z miejskich komisariatów. Zamiast robić to, co lubi i co umie najlepiej, czyli ścigać morderców, grzęźnie za biurkiem, co z dnia na dzień frustruje go coraz bardziej. Frustrację pogłębia jeszcze fakt, że zamiast w swoich ulubionych pomiętych garniturach i płaszczach, musi paradować w podopinanym na ostatni guzik mundurze. Do tego dochodzą problemy z kochankami i kłótnie z bliskimi mu nie tak dawno temu kumplami w wydziału śledczego. Maciejewski coraz bardziej gnuśnieje, traci zapał do pracy. Sytuacja jednak powoli zaczyna się zmieniać. Najpierw prywatny detektyw ze stolicy próbuje namówić go współpracy przy poszukiwaniach zaginionej córki pewnego majętnego biznesmena, potem w rewirze Zygi ktoś zabija młodą żydowską prostytutkę a jej ciało wrzuca do rzeki, a pewna zaangażowana społecznie nauczycielka raz po raz śle pisma do policja, wskazując, że w Lublinie nagle pojawiają się i równie nagle znikają całe tabuny młodych, przyjezdnych kobiet. Maciejewski czuje, że wszystko to łączy się w całość. Zaczyna, początkowo niemrawe (w końcu to już nie jest „ten Zyga co dawniej”), śledztwo, które naprowadzi go na trop gigantycznej szajki handlującej kobieta. Zanim jednak doprowadzi je do końca, przyjdzie mu przełknąć wiele upokorzeń. Komuś może się zdawać, że pisząc, iż Wroński jest groźnym konkurentem Krajewskiego, chciałem jedynie retorycznie podkręcić własny tekst. Nic z tych rzeczy. Dlaczego? Wroński buduje ciekawe, precyzyjne intrygi, pewną ręką panując zarówno nad wątkiem głównym, jak i pobocznymi. Stworzył barwną, niebanalną postać głównego bohatera i wyraziste sylwetki postaci drugoplanowych (mam tu na myśli przede wszystkim kumpli Zygi ze śledczego, czyli Fałniewicza, Krafta i Zielnego). Kreśli w powieściach interesujący, pełen detali obraz przedwojennego Lublina (wyraźnie widać, że Wroński uwielbia swoje miasto, zresztą sam pisze o sobie, że jest „zdeklarowanym lublinianinem”). Fakt. Ale przecież Krajewski też buduje ciekawe, precyzyjne intrygi… i tak dalej. Jest jednak coś jeszcze. Wroński jest zdecydowanie lepszym stylistą niż Krajewski. Przynajmniej dla mnie. Tak, zdecydowanie większą „przyjemność tekstu” daje mi lektura cyklu o Maciejewski niż o Mocku.
Komisarz Maciejewski. Kino Venus, Marcin Wroński Wydawnictwo Red Horse, Lublin 2008 Stron: 378 Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
|
||













































