Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Jim Jarmusch i inni
Jim Jarmusch i inni
poniedziałek, 04 maja 2009

Prawdziwy mężczyzna pija tylko espresso. I to nie jedno a dwa z rzędu. Prawdziwy mężczyzna nie pokazuje uczuć. Prawdziwy mężczyzna nie mówi za dużo. W zasadzie wcale mógłby nie mówić, ale czasami zmuszają go do tego okoliczności. Gdy dla przykładu kelnerka podwójne espresso poda mu w jednej filiżance a nie dwóch. Poza takimi wyjątkami mężczyzna powinien się nie odzywać, zwłaszcza gdy wykonuje pracę, która wymaga od niego ciszy. A taką robotę ma główny bohater najnowszego filmu Jima Jarmuscha The Limits of Control. Nie ma imienia, przeszłości i przyjaciół, jedynie zlecenie które musi wykonać w Hiszpanii. W postać bezimiennego gangstera wciela się jeden z ulubionych aktorów Jarmuscha – Isaach De Bankole (między innymi: Ghost Dog: Droga samuraja, Kawa i papierosy), zaś na swojej drodze spotka on takie gwiazdy jak choćby Tilda Swinton (enigmatyczna dama w bieli) czy Bill Murray (grający Amerykanina).

O czym jest nowy film twórcy głośnych Broken Flowers? Otóż, to trudno stwierdzić. Bezimienny podróżuje od jednego hiszpańskiego miasta do drugiego, wykonując swoją misję. Nawet gdybym chciał streścić nowy film Jarmuscha scena po scenie, nie miałoby to sensu. The Limits of Control jest bowiem filmem, w którym fabuła ustępuje miejsca atmosferze, zaś akcja (jeśli takowa tu występuje) zostaje zastąpiona powolnymi kadrami pięknego hiszpańskiego nieba. W Ameryce krytyka zmiażdżyła ten film, nazywając go szczytem pretensjonalności. Owszem z tym zarzutem trzeba się zgodzić – film Jarmuscha jest pretensjonalny, a wyrwane z kontekstu dialogi często przypominają kiepskie sentencje z mądrych ksiąg dla kucharek.

Nie zmienia to jednak faktu, że The Limits of Control to także niezwykły hołd, jaki Jarmusch składa starym filmom o twardych gangsterach i bezwzględnych, acz kierujących się własnym kodeksem moralnym cyngli. Dosłownie roi się tutaj od cytatów z filmów Jean-Pierra Melville’a (reżyser kopiuje całe ujęcia z Gliny i Samuraja), Zbiega z Alcatraz Johna Boormana, Wykonać wyrok Stephena Frearsa czy filmów Briana De Palmy.  I chociaż z tej mozaiki odniesień i cytatów nie udało się Jarmuschowi stworzyć arcydzieła (a tak The Limits of Control było zapowiadane), to wciąż jest to sprawny (choć przerysowany i przeintelektualizowany) film o mordercy z poetycką duszą.

Image Nowy obraz Jarmuscha to jeden z wielu filmów o płatnych zabójcach, które powstały w ostatnim czasie. Niedawno swoją premierę w Stanach miała Adrenalina 2 – absurdalna komedia akcji z Jasonem Stathamem, w której wciela się on w twardego cyngla Chev Cheliosa. Film jest zamierzoną parodią kina gangsterskiego, zaś Statham daje w nim popis swoich zabójczych możliwości (wszak to już etatowy kinowy twardziel). Jeśli dorzucimy do tej wyliczanki wydane niedawno w Polsce na DVD Ostatnie zlecenie z Nicholasem Cage’em (gra płatnego mordercę, w którym odzywa się sumienie) oraz Wojenny biznes z Johnem Cusackiem – czarną jak smoła komedię, której głównym bohaterem jest pracujący dla amerykańskiego rządu zabójca – okazuje się, że płatni mordercy radzą sobie w ostatnich latach w kinie bardzo dobrze. Nawet więcej niż bardzo dobrze – wyśmienicie. Wszak trylogia przygód Jasona Bourne’a to nic innego jak cykl filmów o płatnym zabójcy a zarobiła ona w sumie w samych Stanach blisko 700 milionów dolarów.  

Jak to się stało, że publiczność pokochała płatnych morderców, czyli postacie z gruntu złe i działające poza przyjętymi w normalnym społeczeństwie moralnymi zasadami? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy cofnąć się w czasie do momentu, w którym płatni mordercy stali się pełnoprawnymi filmowymi bohaterami. (…)

 

Całość tekstu czytaj na stronie Newsweek.pl.