Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Gdzieś daleko snuje się mgła...
PATRONUJEMY:
Morderstwo w alei RóżMorderstwo w alei Róż
Małe sprzątankoMałe sprzątanko
Martwy dla świataMartwy dla świata
Boska truciznaBoska trucizna
Sześć sekundSześć sekund
Inspektor Van Graaf, Adam UbertowskiInspektor Van Graaf, Adam Ubertowski
TopielicaTopielica
OstrzeOstrze
TrybunałTrybunał
Morderstwa w MidsomerMorderstwa w Midsomer
Ciężar milczeniaCiężar milczenia
JulJul
Krew nie wodaKrew nie woda
Miasto szkłaMiasto szkła
Panna mloda w snieguPanna mloda w sniegu
PograniczePogranicze
OrchideaOrchidea
Nocna zamiećNocna zamieć
Tajemnica domu ArandówTajemnica domu Arandów
Miasto PopiołówMiasto Popiołów
Rosyjska orchideaRosyjska orchidea
Poker z rekinemPoker z rekinem
Diabelskie KościDiabelskie Kości
Przynieście mi głowę wiedźmyPrzynieście mi głowę wiedźmy
Święta tajemnicaŚwięta tajemnica
PrzebierańcyPrzebierańcy
Dziewięć milimetrów do niebaDziewięć milimetrów do nieba
Martwy aż do zmierzchuMartwy aż do zmierzchu
Rytuał ostatniej nocyRytuał ostatniej nocy
Dla NikityDla Nikity
Miasto KościMiasto Kości
Manikiur dla nieboszczykaManikiur dla nieboszczyka
Dziewczyna, która igrała z ogniemDziewczyna, która igrała z ogniem
Zbrodnia niedoskonałaZbrodnia niedoskonała
JedenaścieJedenaście
Morderstwo w szabatowy poranekMorderstwo w szabatowy poranek
Ja jestem sądemJa jestem sądem
Pan SzatanPan Szatan
Śmierć w darkroomieŚmierć w darkroomie
Noc z czwartku<br />na niedzielęNoc z czwartku
na niedzielę
TrzynaścieTrzynaście
DwanaścieDwanaście

Szanowny Czytelniku! Zwróć szczególną uwagę na:

 

541
Gdzieś daleko snuje się mgła...
Jan Siwmir   
piątek, 06 lipca 2007
Budynek opleciony był imponującym bluszczem. Kaskada  napęczniałej deszczem zieleni pięła się omijając okna aż po sam dach. Stare mury nie nagrzewały się tak łatwo. Chłód jaki obiecywały zapraszał do środka. Wabił. Innego zdania byli pensjonariusze Domu Spokojnej Starości. Zimno jakie odczuwali w swoich pokojach nawet w najbardziej upalne dni, wyganiało ich na zewnątrz i powodowało, iż wracali niechętnie, z trudem akceptując konieczność spożywania posiłków w jadalni. O ileż przyjemniej byłoby na dworze!

ImageZ samego rana, jeszcze przed śniadaniem, młoda dziewczyna zbierała śmieci z otaczającego budynek parku. Resztki jedzenia, papierki po landrynkach, fragment czasopisma, butelki po sokach, papierowe kubki. Rodziny, które odwiedzały przebywających tu ludzi, przynosiły łakocie, dodatkowe jedzenie, nierzadko alkohol. Jak dzieci. Nie rozumieli, że starsi ludzie nie wszystko mogą zjeść i wypić. Tylko wieści ze świata były pożyteczne. Każdego dziadka, każdą babcię bardziej interesowało kto się urodził wnuczce Halinki, jaką sukienkę do ślubu miała Marysia, a czy ten średni chłopak Goździakowej wyszedł już z więzienia. Lustracja, deubekizacja czy aborcja to był tylko erzac.

Dziewczyna przykucnęła pod ławką i wyciągnęła stamtąd sztuczną szczękę. Schowała do fartucha. Co dzień to samo. Zastanawiała się, czy któregoś dnia nie znajdzie szczęki w łóżku a jej właściciela, miłego, wąsiastego Zygmusia, obok fontanny. Tu wszystko było możliwe. Jej matka, pracująca w Domu Starców od dwudziestu lat, opowiadała jak przy pełni księżyca zdarzało się spotkać lunatyków, jak w czasie burz kobiety krzyczały, bijąc rękoma i głowami w ściany. Jak znajdowano wisielców w ogrodzie, kiedy deszcz i słota zbyt długo nie odchodziły wyczekując ofiar.

Zbliżał się koniec posiłku wobec czego dziewczyna przyspieszyła. Należało zejść do kuchni, pomóc w sprzątaniu a przede wszystkim zejść z drogi rozgadanej, sapiącej czeredzie opuszczającej jadalnię.

Ochłodziło się potężnie. Dziewczyna popatrzyła na kilkuosobową grupę kobiet odłączających się od reszty towarzystwa. Krótkie rękawki, spódnice, lekkie cukierkowe, sweterki przewieszone przez ramię, wełna i druty do robótek wepchnięte niedbale w sizalowe torebki. Jedna, wstrząśnięta zimnym pazurem wiatru, zawróciła do budynku. Pozostałe poczłapały w kierunku altanki. Nie miały daleko. Kilkanaście metrów. Nikt tam ostatnio nie lubił chodzić, bowiem budowla zarosła niemiłosiernie i trzeba było przedzierać się przez zieloną ścianę pokrzyw. Ogrodnik od trzech tygodni leżał w szpitalu.

Kobiety jednak się uparły. Laskami wygniotły przed sobą przejście. Rozłożyły gazety na ławkach, rozejrzały się dookoła, ponasłuchiwały trochę aż w końcu jedna z nich, z małego, obdartego woreczka, wyjęła łup. Pozostałym zaświeciły się oczy. Pomasowały sobie ramiona wstrząśnięte dreszczem podekscytowania. Na umiejscowionym pośrodku pomieszczenia stoliku leżało pięć widokówek. Właściwie zdjęć, kolorowych, wykonanych na błyszczącym papierze. Każda z nich chciała chociaż przez chwilę dotknąć lśniących prostokątów.

Powietrze zwilgotniało. Sapanie stało się bardziej przejmujące. Od pola sunęła mętna, brejowata, gęsta mgła zatykająca łapą oczy wszystkiemu co żyje. Lizała po drodze płot, liście na ścieżkach, gałązki krzaków. Wsysała małe żuczki, czające się pod resztkami kory gąsienice, ledwie oddychające tłustym, skraplającym się powietrzem jeże.
Do altany doszła niepostrzeżenie. Wdarła się tam powoli, kapiąc do środka jak trucizna. Ale kiedy już się pojawiła szybko spowiła w swą mglistą suknię cztery, przyciskające do piersi zdjęcia, postacie.

Oziębiło się jeszcze bardziej. Chmury poczerniałe jak spalona trawa schodziły coraz niżej. Ptaki oniemiały na chwilę. Cisza dźwięczała w uszach, krew przejmująco łomotała w skroniach, wyrywając się na wolność.

Mgła nieznacznie zmieniła kolor, westchnęła i poczęła odpływać. Dalej i dalej...

Gdzieś znienacka zakukała kukułka. Odpowiedział jej przerażony krzyk pawia.

Czerwona rosa skropliła się na podłodze altany. Trzy ludzkie, bezwładne postacie zastygły w jej wnętrzu na wieczność.
Czwarta kobieta wytarła drut do dziergania o spódnicę, przykucnęła zbierając swoje szczęście. Podniosła do góry widokówki. Na lśniącym, gładkim papierze odcisnęła ślad swoich mocno umalowanych, pomarszczonych ust. Potem drąc zdjęcia na maleńkie kawałeczki zjadała je, delektując się smakiem i dygocząc z rozkoszy. Z każdego strzępu patrzył na nią inny fragment wysmarowanych oliwką mężczyzn. Blondyni, bruneci, łysi...

Wszyscy byli nadzy.


Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się.

 

Komentarze
Dodane przez kniemcze w dniu 2007-09-07 23:40:38
Stara, perwersyjna modliszka! Bardzo dobre, mocne uderzenie w zakończeniu, winszuję!
Dodane przez Werra w dniu 2007-09-07 22:10:32
Wyjątkowo wciągający fragment, głównie za sprawą bardzo, ale to wręcz nieprzyzwoicie soczystego, pełnego opisów języka. Oczy bez zbędnej zachęty wsysają kolejne słowa, gdyż dawno nie czytałam tak obficie okraszonego opowiadania. Jeżeli zaś chodzi o samą fabułę to jest niezwykle intrygująca- niby zwykły dom spokojnej starości (jeżeli grupkę zboczonych degeneratek można nazwać spokojnymi), szokująca końcówka... Doskonałe budowanie napięcia, gdyby tekst był dłuższy musiałabym porzucić niejedno zajęcie by się dowiedzieć co było na \'prostokątach\' o które walczyły staruszki. Już zabieram się za czytanie kolejnego Twojego opowiadania i muszę Ci pogratulować Simirze, bo odciągnąłeś mnie od codziennego \'grzebania w necie\' dosłownie kawałkiem tekstu co rzadko się zdarza, mimo, że czytam niemało...
Dodane przez Ray Charles Junior w dniu 2007-07-16 12:31:13
Bardzo zabawny i groteskowy fragmencik! Obleśne babule, a niech je! ;)
A niech to!
Dodane przez Jarro w dniu 2007-07-07 09:26:50
Dostałem gęsiej skórki. Inaczej teraz będę patrzył na staruszki. Brrr