Strona główna arrow Stylus arrow Gdzies daleko leci ptak...
PATRONUJEMY:
Morderstwo w alei RóżMorderstwo w alei Róż
Małe sprzątankoMałe sprzątanko
Martwy dla świataMartwy dla świata
Boska truciznaBoska trucizna
Sześć sekundSześć sekund
Inspektor Van Graaf, Adam UbertowskiInspektor Van Graaf, Adam Ubertowski
TopielicaTopielica
OstrzeOstrze
TrybunałTrybunał
Morderstwa w MidsomerMorderstwa w Midsomer
Ciężar milczeniaCiężar milczenia
JulJul
Krew nie wodaKrew nie woda
Miasto szkłaMiasto szkła
Panna mloda w snieguPanna mloda w sniegu
PograniczePogranicze
OrchideaOrchidea
Nocna zamiećNocna zamieć
Tajemnica domu ArandówTajemnica domu Arandów
Miasto PopiołówMiasto Popiołów
Rosyjska orchideaRosyjska orchidea
Poker z rekinemPoker z rekinem
Diabelskie KościDiabelskie Kości
Przynieście mi głowę wiedźmyPrzynieście mi głowę wiedźmy
Święta tajemnicaŚwięta tajemnica
PrzebierańcyPrzebierańcy
Dziewięć milimetrów do niebaDziewięć milimetrów do nieba
Martwy aż do zmierzchuMartwy aż do zmierzchu
Rytuał ostatniej nocyRytuał ostatniej nocy
Dla NikityDla Nikity
Miasto KościMiasto Kości
Manikiur dla nieboszczykaManikiur dla nieboszczyka
Dziewczyna, która igrała z ogniemDziewczyna, która igrała z ogniem
Zbrodnia niedoskonałaZbrodnia niedoskonała
JedenaścieJedenaście
Morderstwo w szabatowy poranekMorderstwo w szabatowy poranek
Ja jestem sądemJa jestem sądem
Pan SzatanPan Szatan
Śmierć w darkroomieŚmierć w darkroomie
Noc z czwartku<br />na niedzielęNoc z czwartku
na niedzielę
TrzynaścieTrzynaście
DwanaścieDwanaście

Szanowny Czytelniku! Zwróć szczególną uwagę na:

 

515
Gdzies daleko leci ptak...
Jan Siwmir   
piątek, 06 lipca 2007
  Tylko nie to! – Pomyślał młody, zwalisty mężczyzna wtulając szyję w ramiona. Utkwił wzrok w iskierkach ognia wydobywających się z nielegalnie rozpalonego ogniska. Nielegalnie, bo przy trzecim tygodniu upałów zabronione było nie tylko rozpalanie ognia, ale też palenie papierów czy wyrzucanie pustych butelek. Sama obecność w środku Rezerwatu stanowiła powód do wymierzenia wysokiej grzywny.

ImageKilka siedzących przy ogniu osób pomyślało chyba to samo bo nagle wszyscy wykazali się przeraźliwą aktywnością. Aśka zaczęła grzebać w plecaku, Patryk wybrał się na mały spacer, Ala postanowiła obejrzeć swój profil w lustrze wody. Wszystko za sprawą dopiero co przybyłej kobiety z dzieckiem. Nie wiadomo jakim cudem Karolina dowiedziała się, że jej znajomi spędzą tu weekend, ale fakt pozostawał faktem – znalazła ich i pewnie zaraz zaczną się gorzkie wyrzuty. Żal o pozostawienie jej samej w mieście, wymówki.

Co mieli jej powiedzieć? Utop swojego bachora to przyjmiemy cię z powrotem do towarzystwa? Brutalna prawda nie przechodziła nikomu przez usta.

Gówniarz już z daleka zaczął swoje popisy.
-    Ty, ty, gruby, dołóż do ogniska. Ja chcę postrzelać z szyszek. Mamo, powiedz tej flądrze, żeby mi drewienek nazbierała!
-    Zaraz kochanie, ja ci nazbieram.
-  Nie chcę – czupryna siedmioletniego Adasia energicznie falowała w sprzeciwie. – Niech ona to zrobi. Jak się ponachyla to nie będzie taka obwisła – gnojek zarechotał.

Tomek i Grzesiek, najodporniejsi z paczki studentów, trzymających ze sobą od czasu liceum, też nie zdzierżyli. Zabrali swoje plecaki, krzyknęli „No to cześć. My pójdziemy tym drugim szlakiem” i znikli wśród drzew. Dzieciak pokazał za nimi środkowy palec.

Karolina nie czuła się najlepiej w taki upał. Nawet nie miała siły robić wymówek koleżankom i kolegom. Sprawiała wrażenie, że słońce wpełzło pod jej brwi i sącząc się w głąb mózgu przepalało traumatyczne tunele. Co chwila brała spazmatyczny oddech, z jednej strony bojąc się, że jej serce przestanie bić a z drugiej strony, że tlen nagle zamieni się w trujące opary gazu. Nie miała najmniejszej ochoty na tę eskapadę ale Adaś rozkazująco tupnął nogą. Trzeba było iść.

Usiadła przy ognisku licząc na odrobiną spokoju. Chłopak kopnął ją w nerki.
-    Idziemy krowo. Chcę na tamtą górę.
-    Za chwilę – słabo zaprotestowała.
-    Natychmiast, ja chcę natychmiast! – darł mordę szczyl okładając ją pięściami.

Kobieta podniosła się i westchnęła. Szli na odarte prawie z wszelkiej zieleni bezludne wzgórze. W taką pogodę nikt się nie zapuszczał w tamtym kierunku. Żadnego cienia.
-    Patrz, cholera, jaki śliczny ptaszek – dobiegło z przodu. – Złap mi go, słyszysz? Będę miał czerwone pióra w pióropuszu.

Ptak przycupnął na drodze, zrobił kilka kroków w kierunku dzieciaka i parę razy zakołysał dziobem. Adaśko dał się sprowokować. Podbiegł do niego i już, już miał go chwycić, gdy ptak odskoczył kilka metrów dalej. Znowu potrząsnął dziobem. Dzieciak ponownie podbiegł, wyciągnął rękę, a ptak jeszcze raz odfrunął. Ale tylko odrobinę. Z jego gardła dobiegł niski, chrapliwy dźwięk. Szydził z polującego.

Tym razem mały potwór podskoczył najszybciej, jak potrafił i wziął zamach nogą. Skopię bydlaka – pomyślał.
Karolina siedziała na olbrzymim głazie wpatrując się tępo w krajobraz. Było niezwykle cicho. Jakby wszystko, co żywe skryło się wypatrując burzy. Narastała w niej wściekłość. Na brak świeżego powietrza, na upał, na całe to przetrącone życie...
-    Miałaś mi go złapać – usłyszała wrzeszczącą pretensję. – Do niczego się nie nadajesz.

Ptak usiadł na rachitycznej gałęzi. Padające z wysoka promienie słoneczne nadawały krwisty wygląd nie tylko jego piórom, lecz także wyschniętemu badylowi, na którym siedział. Huśtał się powoli, hipnotyzująco. Adaśko spojrzał w jego oczy. Ptak oderwał się od krzaka i poszybował przed siebie. Nie za szybko, odwracając się i patrząc, czy ten dziwny, dwunożny stwór podąża za nim. Podążał.

Czerwonopióry usiadł na kamieniu. Takim zwykłym, polnym, ostro zakończonym z każdej strony. Nagle poderwał się z przenikliwym piskiem, załopotał maleńkimi skrzydłami i zaczął kołować nad głowami matki i dziecka. Coraz szybciej i szybciej. A pod nim, coraz szybciej i szybciej leciały krople krwi, wąską strużką, strumyczkiem, później całą rzeką. Aż utworzyła się wielka, czerwona plama. Nie powstrzymało to ręki Adaśka. Młócił kamieniem w głowę swej matki dopóki nie upadł zmęczony. Zobaczył lądującego przed swoimi oczyma ptaka. Ty skurwielu, jeszcze cię dopadnę - poderwał się i rzucił w pogoń za odlatującym stworzeniem. Miał go już w ręku. Śliskie pióra musnęły jego dłoń i wyśliznęły się spod palców. Nogi nie znalazły podpory. Stały grunt przepadł gdzieś w otchłani.
Ziemia, przerażona morderstwem, rozstąpiła się.

Z głębokiego, wilczego dołu raz po raz dobiegało rozpaczliwe wołanie:
-    Mamo, mamooo!

Czerwonopióry siedział na krawędzi rozpadliny i przekrzywiał dziób. Raz w jedną, raz w drugą stronę. Siedział tak przez kilka godzin. Kilka godzin palącego słońca, morderczego upału.

Aż wołanie ustało.

Potem rozwinął skrzydła i poszybował w kierunku wielkiej tarczy życiodajnej gwiazdy. Na niebie długo jeszcze było widać ciągnącą się za nim czerwoną smugę.



Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się.

 

Komentarze
Chcemy więcej!
Dodane przez justa21 w dniu 2007-10-15 16:10:34
Oryginalne i uskrzydlające. Jako zwyczaj składam hołd Mr. (Ms.?) Janowi Siwmir:-)