Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Bękarty wojny, reż. Quentin Tarantino
Bękarty wojny, reż. Quentin Tarantino
czwartek, 03 września 2009

Quentin Tarantino z taką werwą i w tak wielkim stylu opowiada własną zmyśloną wersję II wojny światowej, że od ekranu trudno oderwać oczy.

 Image

Brad Pitt w Bękartach wojny

W otwierającej film sekwencji kamera pokazuje mężczyznę, który rąbie drzewo przy obejściu domu. W tle widać zbliżających się gości. W takiej samej scenie po raz pierwszy w słynnych Siedmiu wspaniałych pojawia się postać grana przez Bronsona. Tyle, że tutaj gościem nie jest próbujący zwerbować do akcji rewolwerowca Yul Brynner, a występny i zły „łowca Żydów” Hans Landa.

Cała ta sekwencja idealnie oddaje klimat filmu i stronę, w którą tym razem nieobliczalny Tarantino podążył. Jego Bękarty wojny to przewrotny spaghetti western, którego akcja toczy się podczas II wojny światowej. Żeby nie było wątpliwości, do jakiego gatunku nawiązywać ma film, Tarantino mnoży tu westernowe nawiązania. A to Niemcy grają w karty, na których pojawia się wizerunek Winnetou, a to jeden z nich krzyczy „jestem Old Shatterhand”. Oczywiście, twórca Kill Bill nie ogranicza się do słownych żartów. W Bękartach wojny dominuje muzyka z klasycznych włoskich westernów (z upodobaniem przewija się tu motyw z cyklu o Ringo) oraz sceny żywcem przeniesione z tamtych filmów (choćby po raz kolejny już w karierze reżysera cytaty z Death Rides a Horse).

Akcja Bękartów wojny koncentruje się dookoła zamachu na Hitlera, który to ma pojawić się wraz z najważniejszymi nazistowskimi notablami na specjalnym pokazie propagandowego filmu Duma narodu. Kino, w którym ma odbyć się pokaz, należy do pewnej młodej Francuzki. Ani Hitler, ani planujący na niego zamach tytułowe „bękarty wojny” nie wiedzą, że ta dziewczyna to tak naprawdę ukrywająca się od lat Żydówka, która także planuje swój zamach.

Uwielbiałem zarówno Kill Billa, jak i Death Proof, ale muszę szczerze przyznać, iż Bękarty wojny to film o dwie albo nawet trzy klasy lepszy od nich. Tarantino przede wszystkim udowadnia tu, że jak mało kto w kinie potrafi tworzyć postacie z krwi i kości. Tak było w Jackie Brown, tak jest i tu. Dialogi iskrzą się, ale nie ciętymi ripostami, a świetnie oddaną charakterystyką postaci. Bowiem postacie tu poznajemy po tym, co i jak mówią. Amerykański cwaniak Raine to twardziel i cynik, ale z zasadami. Od pierwszego pojawienia się głównego złego, czyli Landy wiemy, że jest to dwulicowy typ, który zdradzi nawet tych, dla których pracuje w imię własnego dobra. Zaś dajmy na to Hugo Stiglitz nic nie mówi, bo nie musi – wystarczy raz na niego spojrzeć, żeby wiedzieć, kim jest.

(...)

Całość tekstu dostępna jest na stronie Newsweek.pl - TUTAJ.