Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Nic nie widzisz, Piotr Pochuro cz.1
poniedziałek, 19 października 2009

 

Nic nie widzisz, nic nie słyszysz, nic nie mówisz


Było już dobrze po północy, gdy wyszli z baru. Zostawili za sobą przymglone światło, kłęby dymu tytoniowego z tanich papierosów i zapach kiepskiego piwa. Wszyscy mieli w czubie, śmieli się i poklepywali po ramionach z pijacką wylewnością. Czterech mężczyzn wyszło z baru w mroźną, wczesną, marcową ciemność. Przez moment szli spokojnie przez uśpione blokowisko. Weszli w czerń kamiennej dżungli, gdzie Strach i Zło wypełzają ze swoich jam.

Patrzyłem zza szyb mknącego samochodu, jak resztki nocy umykają do swych siedzib, ustępując budzącemu się ze snu dniowi. Promienie słoneczne wydobywały z mroku przesuwające się w pędzie lasy, łąki i pola, wybuchające wczesnowiosenną zielenią liści. Patrzyłem, jak wiją się srebrzystymi skrętami polne strugi. Witałem budzący się dzień. Kładłem spać mroczną część swojej duszy. To niebezpieczna broń. Ale teraz po nocnych zmaganiach jechałem po tego trzeciego. Tekturowe domki zamajaczyły na końcu wyboistej polnej drogi. Letni ośrodek dopiero szykował się do sezonu. Latem do tych lichych domków ze złuszczoną farbą na ścianach, pachnących pleśnią i wilgocią zjadą tłumnie mieszczuchy z równie lichymi portfelami. Będą napawać się przyrodą z dala od zgiełku miasta. Stłoczeni na małej przestrzeni, wśród jazgotu swoich latorośli, będą rozpaczliwie udawać, że są to wakacje ich życia. Tylko na tyle ich stać. Na trochę ułudy zanim znów wrócą do fabryk, magazynów i zajezdni tyrać w pocie czoła do następnych wymarzonych wakacji. Ale teraz ośrodek był jeszcze cichy. A w jednym z domków był on, ten trzeci. Był mój, choć jeszcze o tym nie wiedział. Wychynąłem z ciemności w brzask poranka po tego chłopaka, aby zabrać go z dotychczasowego życia i strącić tam, gdzie dnie są takie same a noce przepełnione rozpaczą. Tam, gdzie jego miejsce. Energicznie pchnąłem drzwi i weszliśmy do środka. Powitały nas zdziwione spojrzenia kilku młodych mężczyzn. Całe pomieszczenie zasłane było różnymi narzędziami i materiałami budowlanymi.
- Szukam Grzegorza Marczewskiego – rzuciłem w przestrzeń.
- A o co chodzi? – spytał zaczepnie jeden z młodych robotników. Niewiele brakowało, a odcisnąłbym policyjną odznaką piętno na jego policzku. Zdążył odskoczyć. Szkoda.
- Chcę go zabrać na małą przejażdżkę. Wszystkich proszę o dowody osobiste. Który to Marczewski?
- Rudy, wstawaj. Masz gości – jeden z robotników potrząsnął ramieniem śpiącego jeszcze pod ścianą w śpiworze mężczyzny.
- O co chodzi? – spytał tamten niezbyt jeszcze przytomnie, otrząsając się z resztek snu. Ostatniego snu na wolności.
- Gości masz – powtórzył tamten.
- Marczewski?
- Tak.
- Ubieraj się, jedziemy.
- Kim pan jest?
- Twoim koszmarem. Policja. Jazda, nie mam czasu tutaj sterczeć.
Marczewski niemrawo zaczął się ubierać. Reszta kolegów stłoczyła się po drugiej strony domku jak najdalej od nas. Dopijali poranne kawy i brali się za pracę.
- Dawaj, Marczewski ruchy! – ponagliłem go.
- Bo co? – odciął się znienacka.
- Bo jajco! Ząbki już umyłeś?
- Umyłem. Możemy już iść.
- Bardzo się cieszę. Weź ze sobą szczoteczkę do zębów, bieliznę na zmianę i dres. Przydadzą ci się.
- Jak to?
- Tak to. Już tu nie wrócisz. Pożegnaj się ładnie z kolegami.
Marczewski był wyraźnie wściekły. Aż się trząsł z tłumionej złości.
- Cześć chłopaki – na moment zatrzymał się w przejściu.
- Trzym się Rudy – krótkie, pożegnalne gesty. Marczewski wyszedł w towarzystwie moich chłopaków. Na moment zostałem sam
- Do widzenia – powiedziałem do pozostałych w budynku mężczyzn. Przez moment nikt mi nie odpowiedział, siedzieli ze spuszczonymi oczami i nosami - na kwintę. Przez moment zawisło nad nami milczenie, ciężkie jak praca jaką wykonywali. Jeden z chłopców w końcu podniósł na moment oczy i rzucił krótko:
- Oby już nie – gruchnął śmiech rozładowujący napięcie. Uśmiechnąłem się do nich szeroko i zamknąłem za sobą drzwi. Śmiech ustał.
- A teraz słuchaj – odezwałem się do zatrzymanego, który stał przy radiowozie – nie będę teraz strzępił sobie dla ciebie języka. Jesteś zatrzymany w sprawie o zabójstwo niejakiego Macialewicza. Twoi koledzy, Filuś i Kacperek, już siedzą za kratami. Ty ostatni raz popodziwiaj sobie świat bez krat za oknem, jak będziemy wracać do Warszawy. Po przyjeździe zadam ci tylko jedno pytanie: czy złożysz wyjaśnienia w tej sprawie, czy nie. Jeśli je złożysz i nie będzie to sprzeczne z naszymi ustaleniami, być może sąd uwzględni to podczas ferowania wyroku. Jeśli zaprzeczysz, położysz na szali nasze dowody z ich brakiem z twojej strony i sąd na pewno weźmie to pod uwagę przy ferowaniu wyroku. To twój wybór. A teraz jedziemy.

Było już ciemno, gdy wyszli z baru. Czterech mężczyzn. Szli przez oszronione trawniki i śmiali się. Ale nie był to dobry śmiech. Starszy mężczyzna czuł to. Miał nadzieję, że mu już wybaczyli. Patrzył na szczerzących zęby w uśmiechu kompanów. Patrzył, jak nagle wrastają im kły, a twarze wydłużają się w wilcze mordy. Chciał uciec przed tą watahą, ale nie zdążył, bestie dopadły go. Powietrze przeciął skowyt. Po chwili wszystko ucichło. Trzech młodych mężczyzn radosnym krokiem odeszło w ciemność blokowiska. Na trawniku pozostał leżący czwarty, starszy mężczyzna. Bolały go potrzaskane żebra z każdym oddechem raniące płuca, z rozbitego nosa obficie płynęła krew. Czekał w mroźną, marcową noc, aż mu ktoś pomoże. Nie doczekał się. Choć kilka osób obserwowało zajście. Ale oddzieleni przeźroczystymi taflami okien od zła i ciemności udawali, że to nie ich sprawa. I że ktoś powinien się tym zająć.

Zająłem się ta sprawą miesiąc później. Wacuś siedział za swoim biurkiem, ćmiąc papierosa i jak zwykle coś pisał. Wacuś albo pisał, albo rozkręcał a potem skręcał, co mu wpadło w ręce. I o dziwo - to potem działało. Na ogół. Tym razem Wacuś miał bardzo zatroskany wyraz twarzy.
- Co jest Wacuś?
- A co ma być? Siedzę nad tą sprawą i nie wiem, no nijak mi nie idzie.
- A co to za sprawa? – spytałem, znając odpowiedź. Wacuś miał za sobą już dwadzieścia lat służby. Na starość nieco mu odbiło. Liczył na to, że jak dostanie sprawę i schowa ją głęboko do szafy, to ona się sama rozwiąże. Dziś znów przeżył bolesne rozczarowanie.
- Pamiętasz to zabójstwo, tego dziadka?
- Na osiedlu? Tego zakatowanego pod blokiem?
- O właśnie.
- I?
- Kierownik mnie się czepia. Chce, abym zamknął tę sprawę, a to mi się w ogóle nie klei.
- A co tam masz?
- Właściwie to nic. Gdyby nie ta głupia informacja, mógłbym sprawę dawno zamknąć.
- Jaka informacja?
- Dwa tygodnie temu ktoś dzwonił do oficera dyżurnego, wymienił ksywki tych, co załatwili tego gościa. Anonimowo.
- No to nie ma chyba problemu, prawda? A jak rozpoznanie na miejscu zdarzenia? Zrobiłeś? – Wacuś milczał, nagle bardzo zajęty zegarkiem. Usiłował odkręcić wieczko.
- Wacuś, zrobiłeś rozpoznanie? Czy w ogóle coś zrobiłeś? – Wacuś milczał. Podszedłem i odsunąłem szufladę w jego biurku, pokazując ze cztery rozbebeszone zegarki
- No tak. Byłeś ostatnio bardzo zajęty. - Nawet nie protestował, gdy zabrałem akta ze sprawą. Tylko mruknął, że i tak będzie z tego kicha, bo nie ma żadnych świadków. - Chyba, że sami się przyznają.

Dzielnicowy nie był specjalnie zdziwiony, gdy pojawiliśmy się u niego w komisariacie.
- Co tak późno? – spytał tylko. Nie wnikaliśmy w szczegóły. Gdy wymieniliśmy ksywki, które nas interesują, pokiwał smętnie głową i spytał:
- To jeszcze nie wiecie?
- A skąd miałem wiedzieć? – spytałem.
- Całe osiedle o tym huczy.
- To czemu nie napisałeś notatki dla nas?
- Pisać, pisać. Ciągle pisać. Nie chciało mi się.
Wiedza poczciwego dzielnicowego, wroga słowa pisanego, jak zwykle okazała się bezcenna, jak to zwykle z wiedzą starych dzielnicowych bywa. Znał swój rejon i ludzi na wylot. Według jego relacji panowie o wdzięcznych ksywkach Filuś, Kacperek i Płomienny to były osoby z krwi i kości posiadające znane mu adresy, nawyki i upodobania. A właściwie tylko dwóch z nich było mu znanych. Nie wiedział natomiast kto to jest personalnie Płomienny. Ale wiedział, że taka osoba pęta się po osiedlu. Wszyscy młodzi, po dwadzieścia lat. Nie notowani, nie utrzymujący żadnych przestępczych kontaktów. Normalni, młodzi ludzie. Ale, jak głosiła osiedlowa fama, w feralny wieczór chłopcy pili piwo w osiedlowym barze. Bar to może zbyt szumna nazwa na to miejsce. Taki barak obity sajdingiem, mikroskopijna lada i trzy stoliczki cudem poupychane na powierzchni nieco większej niż chusteczka od nosa. A w środku w piątkowe wieczory ścisk i tłok. Nic dziwnego, że stary Macialewicz niechcący potrącił Płomiennego, a ten pół zawartości swojego kufla wylał sobie na koszulę. Awantura wisiała na włosku, bo podchmielony Płomienny był agresywny. A tego wieczoru on i jego koledzy byli podchmieleni. No i zaczęli się szarpać z Macialewiczem. Ten próbował ich jakoś ułagodzić, przeprosił i zaproponował wypicie flaszki „na zgodę”, jak się wyraził. Nie był to, jak się okazało, najfortunniejszy pomysł w życiu starego Macialewicza. Ostatni raz widziano go, jak wychodził z baru razem z Filusiem, Kacperkiem i Płomiennym. Rano znaleziono zmasakrowane ciało starego. I to cała historia. Tylko nikomu nie chciało się o niej pisać, a już na pewno nie dzielnicowemu. Tłumaczyło go tylko to, że jak Wacuś miał za sobą dwadzieścia lat służby. Po takim okresie czasu nikt już nie jest normalny.

Kacperka wygarnęliśmy z baru. Próbował coś świrować, ale sprawnie wykręcone ręce i zaciśnięte mocno na nich kajdanki zdławiły jego wojownicze zapędy. Niestety na jęzor nie wynaleziono jeszcze kajdanek. Kacperek pyskował cały czas. Następny był Filuś. Ten był akurat w domu. Gdy weszliśmy do mieszkania, zasiadał do kolacji. Jego matka uderzyła w płacz, gdy skuwaliśmy mu ręce. Bardzo się trząsł i nic nie mówił. Ciekawa reakcja, prawda? Przyjeżdżają jakieś patałachy, zbierają cię prawie że razem z zastawą od rodzinnego posiłku, a ty nie mówisz nic. Tylko puszczasz smrodliwe wiatry. Ciekawa reakcja. Był już mój. Dosłownie to czułem. Nawet powiedziałbym, że zbyt dosłownie.

(…)