Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Nic nie widzisz, Piotr Pochuro cz.2
poniedziałek, 26 października 2009

Gdy dotarliśmy na komendę, było już ciemno. Demony budziły się ze snu. Patrzyłem na pyskującego Filusia i czułem zimną nienawiść. Najchętniej rozwaliłbym skurwysyna. Niestety, nie mogłem. Prawo zabrania. Szkoda.
- Grucha, weź tego gadułę, zanim go zabiję i wyrozmawiaj go porządnie – ciemnowłosy, zwalisty Grucha położył swe łapska na ramionach Filusia, bredzącego coś o prawach człowieka, i wciągnął w czeluście swojego pokoju. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, nieco przytłumiły Filusowie wywody o prasie, co się po nas przejedzie, o braku dowodów i związanym z tym skandalem. Kacperek tymczasem zachowywał się zupełnie inaczej. Był cichy i wyraźnie przestraszony całą sytuacją, choć usilnie starał się to zamaskować bezczelnym wyrazem twarzy.
- Co się kurwa gapisz? – wrzasnąłem na niego.
- A co nie wolno? – ostatnie słowo wypiał prawie na sopranowym, wysokim „C”, skutecznie zmrożonym moim żądnym mordu spojrzeniem.
- Nie! – ponownie wrzasnąłem. Przez moment pomyślałem, że staję się zbyt przewidywalny w moich reakcjach
- A to przepraszam – cichutko wyszeptał Kacperek. Co za cipa. Aż mi żal dupę ścisnął. Brutalnie wepchnąłem go do swojego „gabinetu”. Celowo nie zapalałem jarzeniówek świecących martwą, mrugającą, ostrą jasnością. Włączyłem lampkę na biurku. Jej światło tylko podkreśliło ciemność panującą w pokoju i za oknem. Ta otulająca zewsząd klaustrofobiczna czerń potęgowała wrażenie nierealności. Chciałem, aby obudziła się we mnie bestia. Bo tylko bestia może pokonać bestię. Tylko bestia nie czuje współczucia. A ja współczułem Kacperkowi. Był młody, trochę popił i sytuacja zupełnie wymknęła mu się  spod kontroli. Jego bestia objawiła się raz feralnego wieczoru i dawno już sobie poszła. Teraz siedział nieszczęsny Kacperek skuty kajdankami w ciemnym pokoju na rozdygotanym krzesełku. I zupełnie nie wiedział, co teraz z nim będzie. Bał się i potrzebował pomocy. Dlatego łaknąłem ciemności, aby moja bestia zbudziła się ze snu. Tylko żebym zdołał utrzymać ją na wodzy. Tylko żeby nie zerwała się z łańcucha .

- No to jak Kacperek było? Opowiedz wszystko po kolei – znów te same pytania, wiedziałem, jakie będą odpowiedzi. Ale byłem jak bokser testujący przeciwnika w pierwszych rundach walki. Aby po rozpracowaniu reakcji rywala runąć i znokautować go definitywnie. Byłem jak tygrys czający się w mroku do śmiertelnego skoku na ofiarę.
- A z czym?
- Nie mówi się „szczym” tylko siusiamy – to zdanie wymówiłem spokojnie, przemieszczając się za jego plecami. Gdy ponownie usiadłem na krześle, nagle walnąłem pięścią w stół, by wrzasnąć – z gówszczym, kurwa! – Kacperek wzdrygnął się i zamknął oczy. Pomału miał dość. Zaczynał się denerwować.
- Ale ja naprawdę nie wiem – jęknął.
- Nie wiesz? To ci przypomnę. Ty, Filuś i Płomienny napiliście się piwa ...
- To chyba wolno mi się napić piwa? Żyjemy w wolnym kraju – przerwał mi w pół zdania. Próbował się odszczekiwać.
- Zamknij się! – wrzasnąłem. – Teraz ja mówię! Nażłopaliście się ty i twoi kolesie, a potem zakatowaliście człowieka !
- Ale ja ...
- Morda w kubeł! Skakaliście mu po klatce piersiowej! Skopaliście go! A potem zostawiliście na mrozie, aby zdechł jak pies! Facet całe życie ciężko harował, nikt o nim złego słowa nie powiedział. Pomagał swojej samotnej córce wychować wnuka! Dzieciak wciąż chodzi zapłakany i pyta gdzie dziadek? A dziadek w piachu gnije, bo pan Kacperek raczył sobie zrobić worek treningowy! Kacperek, popatrz na mnie. Spójrz mi w oczy i powiedź, że to cię nie rusza. – Skąd ja wytrzasnąłem tego wnuka? Powinienem chyba książki pisać.
- Ja naprawdę ...
- Popatrz mi w oczy i powiedz, że to cię wcale nie rusza. Ty przecież nie jesteś taką gnidą. Zaplątałeś się, po pijaku głupotę strzeliłeś. Czasu nie cofniesz. Ale chciałbym od ciebie usłyszeć, że jest ci przykro z tego powodu
- Nie, no bo...
- Do kościoła chodzisz ? – Kacperek zamrugał nerwowo oczami.
- Wierzysz w Boga?
- Wierzę.
- I do kościoła chodzisz?
- Chodzę.
- Komunię przyjmujesz?
- Ale dlaczego mnie pan o to pyta?
Nachyliłem się do niego, był blady a na czole perlił mu się pot. Od dłuższego czasu zaprzestałem spacerów za jego plecami, które rozwalały go nerwowo. Usiłował dostrzec mnie, odwracając głowę. Zmuszałem go do kręcenia się na chybotliwym krzesełku i do udzielania odpowiedzi w przestrzeń. Nikt nie lubi gadać do ściany. A on musiał. I nie widział, jaka będzie moja reakcja. Czy wysłucham go spokojnie, czy też się wydrę, czy przerwę mu w połowie zdania. A on cały czas musiał się kontrolować, aby z niczym się nie zdradzić. Był już zmęczony.
- Dlaczego mnie pan o to pyta? – ponowił pytanie.
- I nie przeszkadza ci?
- Co?
- Sumienie. Chodzić do kościoła, słuchać grzecznie mszy, odmawiać paciorki. Nie gryzie cię? Nie masz w nocy koszmarów? Nie śni ci się stary Macialewicz? Nie widujesz w snach jego udręczonej twarzy? – Kacperek skulił się w sobie. Nie odzywał się. Chyba go trafiłem w czuły punkt. Każdy ma jakiś czuły punkt. Nie przeszkadzałem mu kruszeć. Sączyłem nadal jad do jego duszy.
- Słuchaj, ty nie jesteś jakiś bandzior. Nie poradzisz sobie z tym. Będzie cię ten robal gryzł i gryzł. Ześwirujesz albo coś sobie zrobisz. Lepiej wyrzuć to z siebie. Opowiedz, jak było. Od razu będzie ci lepiej.
- To chyba panu będzie lepiej, jak się przyznam. Jak może mi być lepiej, jak wyląduję w więzieniu?
- Wylądujesz, to fakt. Nic ci nie pomoże. Ale jeśli się przyznasz, będzie to dla ciebie okoliczność łagodząca i sąd weźmie pod uwagę twoją skruchę. – Pitu, pitu. Pitoliłem tak, choć dobrze wiedziałem, że jeżeli Kacperek nie pęknie, to sprawa się rozleci, bo nie było żadnych dowodów. Nie było żadnego świadka, który chciałby zeznawać przed sądem. Bo lepiej jest nic nie widzieć, nic nie słyszeć i nic nie mówić. A jak Filuś i Kacperek zostaną zwolnieni, to można mieć czyste sumienie, bo i tak ich policjanci puścili, bo są nieudolni i nie potrafią postawić przed sądem gości, o których całe osiedle wie, że zabili starego. Policja też wie, tylko sąd to taka dziwna instytucja, że potrzebuje dowodów. W odróżnieniu od sprawiedliwych mieszkańców osiedla. Piłat był jeden, a ich jest bez liku. Łatwo jest umyć ręce. A ja muszę się przez nich tarzać w brudach. Jak każdy gliniarz zajmujący się zabójstwami. Ktoś musi robić porządki. U mnie w domu robi je żona. Otworzyły się drzwi na korytarz, wpuszczając smugi świetlówek. W obramowaniu futryny stanął Grucha, wypełniając sobą praktycznie ją całą.
- Co jest? – warknąłem w jego kierunku. Byłem zły, bo dużo serca wlałem w budowanie nastroju. Gdybym tyle samo energii wkładał w budowanie nastroju podczas wyrywania lasek, to sława Don Żuana przy mojej byłaby jak ratlerek przy koniu. Wszystkie byłyby moje.
- Choć na moment, chcę pogadać. Robcio przypilnuje tego twojego.
- Kacperek, przemyśl sobie to, co ci powiedziałem. Bo do więzienia pójdziesz. Pytanie tylko, na ile. Nie przyjechaliśmy do ciebie, bo przeczytaliśmy sobie twoje nazwisko na liście lokatorów – zostawiłem na moment Kacperka z jego niewesołymi myślami.
- Słuchaj, nie mam już siły do tego gamonia- mówił Grucha.- Nie ma z nim żadnej gadki. Dwie godziny już się z nim męczę i mam dość. On jest coraz bezczelniejszy, wyczuł, że nic nie mamy. Kawał cwanego kutasa z niego. Wrzucę go do klatki, bo dalsze gadanie z nim jest bez sensu.
- Gadaj z nim cały czas, proszę cię.
- No ale o czym? Nie ma z nim żadnej rozmowy, mówię ci.
- Jak go wrzucisz do klatki, to odpocznie sobie. Nie chodzi mi, abyś go teraz złamał, chodzi mi o to, żebyś go tą rozmową zmęczył. Jeszcze trochę
- No dobrze. Ale lojalnie uprzedzam, że długo nie wytrzymam. – weszliśmy do pokoju. Filuś siedział rozparty na krzesełku z bezczelnym uśmiechem na ustach.
- No i co? Długo mnie jeszcze będziecie trzymać? Głodny jestem i chciałbym wreszcie pójść do domu
- Jakie do domu Filuś? Oszalałeś? Ty już tutaj zostajesz – chyba nie byłem przekonujący, bo Filuś buchnął szyderczym śmiechem.
- Nic na mnie nie macie! Nic ! – darł się. Grucha spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa. Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do Kacperka. Gdy zamykałem drzwi, usłyszałem jakąś kotłowaninę i łoskot. Uchyliłem je ponownie. Filuś leżał na resztkach połamanego krzesła, a Grucha stał nad nim unosząc nad głową ciężką jak diabli książkę telefoniczną miasta stołecznego Warszawy w miękkich okładkach.
- Zabiję go, po prostu zabiję gnoja – Grucha naprawdę miał dość.
- No to macie przerąbane! Jak wyjdę, złoże na was skargę! – Filuś gramolił się niezdarnie z podłogi. Sytuacja naprawdę była poważna. Trzeba było natychmiast przejąć inicjatywę, bo sprawa wymykała się spod kontroli.
- Grucha, jebnij mu jeszcze raz! – Filuś tym razem wylądował na pysku.
- Pobiliście mnie – był nieco przytłumiony, bo już się nie darł, w jego tonie dało się odczuć lekkie zdziwienie
- Kto cie pobił? – spytałem grzecznie.
- No, wy – wciąż to niedowierzanie w głosie.
- My? A masz jakieś ślady? Siadaj grzecznie na dupie i przestań się drzeć, bo ja ci jeszcze dowalę. Kolega ma do ciebie jeszcze kilka pytań, więc proszę nie denerwuj go więcej.
No tak. Wszyscy byliśmy już zmęczeni. Trzeba to kończyć. Wszedłem do pokoju, gdzie siedział Kacperek.
- No jak, przemyślałeś sobie wszystko? – Kacperek milczał.
- No dobra, słuchaj. Tytułem wyjaśnienia. My tutaj wykonujemy swoją pracę. Musimy wyjaśnić sprawę zabójstwa i kropka. Dlatego z tobą rozmawiamy. Nie wiem jak ty, ale my mamy za sobą tysiące takich rozmów. Taka rozmowa ma trzy etapy. Pierwszy, to taka sobie zwykła rozmowa – nie przestając mówić, podszedłem do szafy pancernej i uchyliwszy drzwi zacząłem grzebać w jej wnętrzu.
- Drugi etap wygląda nieco gorzej – mówiłem, wykładając przed Kacperkiem na biurko kij bejsbolowy, wiertarkę, jakieś zardzewiałe imadło i stary popsuty akumulator. Na klemach majtały się przewody. Wyglądało to naprawdę groźnie. W budowaniu nastroju jestem naprawdę niezły. Szkoda tylko że cholerna, gliniarska pensja zmusza mnie do życia w monogamii.
- Podczas drugiego etapu posługujemy się tym sprzętem – Filuś głośno przełknął ślinę.
- Do trzeciego etapu nie dotarł jeszcze nikt.
- Mogę o coś zapytać? – Co za postęp. Kacperek pyta, czy może się spytać. Dobre.
- Słucham.
- A my na jakim jesteśmy etapie?
- My właśnie skończyliśmy etap zerowy. I mam do ciebie ogromna prośbę ...
- Tak? – Kacperek uśmiechał się przymilnie.
- Proszę cię, oszczędź mi tego. Ja bardzo nie lubię przechodzić do tych dalszych etapów. Oszczędź sobie i mnie cierpienia. Przyznaj się lepiej od razu. Tak będzie lepiej.
- Mogę zapalić? – Bez słowa wyjąłem z szuflady paczkę papierosów i zapalniczkę. Poczęstowałem go i podałem ognia. Po chwili jego twarz zniknęła za smużkami dymu. Siedzieliśmy w milczeniu, on palił a ja siedziałem z rękami opartymi za głowę. Po chwili zgasił niedopałek i wydmuchując pod sufit dym spytał:
- Pamięta pan, gdy mnie się pan pytał o wyrzuty sumienia?
- Pamiętam.
- Miał pan rację. Śni mi się. Śni mi się co noc. Ja naprawdę bardzo żałuję tego co się stało. Nie boję się więzienia. Ja się bałem każdego dnia tej chwili. Chwili, kiedy po mnie przyjdziecie. Ale teraz jest już mi wszystko jedno. I miał pan rację. Ulżyło mi.
Patrzyłem później, jak pisał oświadczenie z opisem wydarzenia osnuty papierosowym dymem, niczym panna młoda tiulem. Rozmawialiśmy swobodnie, niczym para przyjaciół. Nikt by nie powiedział, że to siedzi policjant z zatrzymanym podejrzewanym o zabójstwo. Gdy Kacperek postawił na kartce ostatnią kropkę po swoim podpisie, ponownie zakułem go w kajdanki i sprowadziłem na dół do oficera dyżurnego. Nie był zadowolony, że wyrwałem go z drzemki, ale na szczęście zgodził się wezwać załogę mundurową, która miała zabrać Kacperka do jego nowego życia.
- Powodzenia, Kacperek. Trzymaj się. Jakoś przetrwasz w tym pudle.
- Przetrwam. Dziękuję, że pomógł mi pan się przełamać. Chyba faktycznie bym sobie z tym nie poradził.
- No to trzym się wiatru Kacperek.
- Proszę pana, pan naprawdę by użył tego sprzętu?
- Jakiego sprzętu?
- Tego na górze, do pierwszego i drugiego etapu rozmów? Nie użył by pan, prawda? Jest pan glina, ale dobrze panu z oczu patrzy. Nie zrobił by pan tego...
- Nigdy się tego nie dowiesz. Zakończyłeś rozmowy na etapie zerowym.
Więcej go już nie zobaczyłem. Wróciłem na górę z kacperkowym oświadczeniem w garści i wparowałem do Filusia.
- No jak tam Filuś?
- W porządku. Długo jeszcze będę tu gnił?
- Mówiłem ci już, że stąd nie wyjdziesz.
- Wyjdę, wyjdę. Mam masę planów, szkołę kończę, mam na oku fajną robotę ...
- Widzisz Filuś, jest mały problem. Kacperek wykorzystał swoją szansę. Przyznał się i dokładnie wszystko opisał. Będzie miał łagodniejszy wyrok. Ty już nic nie musisz mówić. Grucha, kuj go i na dołek z nim. Koniec, szlus i do domu.
- Ale jak to, koniec. Ale ja nic nie powiedziałem i ...
- Ty już nic nie mów. Nie chcemy, abyś cokolwiek mówił. Zobacz która godzina, zagadaliśmy się. Czas do domu, żony czekają. I kochanki ...
- A co ze mną będzie?
- Ty do pierdla.
- A jak się przyznam, to też będę mógł liczyć na przychylność sądu?
- Przestań, Filuś. Twój kolega walnął skruchę i naprawdę jest mu przykro. A ty co, szopki odwalasz, a teraz ci się pisać zachciało? My już chcemy do domu. Po co masz opisywać coś, o czy wszystko doskonale wiemy? Odmówiłeś jakiejkolwiek rozmowy i współpracy, trudno. Twój wybór. Chyba, że możesz powiedzieć coś, co nam pomoże w sprawie.
- Nie wiecie, gdzie jest Płomienny, nie ma go w domu. Kacperek tego nie wie. A ja wiem, gdzie on jest. I co wy na to?
- Jak na lato. Wali mnie, gdzie jest Płomienny. Bo jest już późno i nie mam czasu siedzieć i czekać, aż wystękasz z siebie oświadczenie – gdyby za każde kłamstwo wypowiedziane dziś wydłużał mi się nos, jak obywatelowi Pinokio, to w żadnym pomieszczeniu nie mógłbym się obrócić. Wręcz płonąłem z żądzy dowiedzenia się, gdzie jest Płomienny. Dlatego kontynuowałem dalej subtelnie swoja wypowiedź. - Miałeś naprawdę dużo czasu, ale on już minął. Prokurator jutro wyda za nim list gończy i każdy patrol w tym kraju będzie miał jego namiary. Za miesiąc, dwa czy pół roku wyląduje tutaj - Filuś siedział zbaraniały, z otwartą ze zdziwienia szczęką. Tego się nie spodziewał. Myślał, że kontroluje sytuację, a tu nagle taki myk. Grucha poderwał gnojka do góry, skuł go kajdankami rękami do tyłu, po czym ruszyliśmy wszyscy szybko ku schodom wiodącym na parter do siedziby oficera dyżurnego. Kacperek pochylony do przodu, a my z Grucha po jego bokach, prowadzący banalna gadkę, pozornie nie zwracając uwagi na Filusia. Gwałtownie zatrzymałem się przed krawędzią schodów, wyczułem, że Filuś napiął mięśnie w obronnym geście. Nie mogłem sobie tego darować.
- Ty, Grucha, a może nam się jeniec potknie na schodach? Oni tak fajnie lecą na ryje. Pamiętasz tego z napadu na bank z zeszłego tygodnia, co ochroniarza i kasjerkę postrzelił? Fajnie miał mordę opuchniętą na zdjęciach. Wyglądał, jak księżyc w pełni.
- Pamiętam. Prokurator też pamięta. I tym razem nie uwierzy. Wiesz, jak goście raz za razem spadają ze schodów, można się wkurzyć. Bo to on się potem z kwitami buja, z tymi skargami i w ogóle. Daj spokój.
- No, co wy, panowie, dajcie spokój. Ja naprawdę chcę się przyznać! Ja nie chcę spaść ze schodów!!! – darł się Filuś.
- Zamknij się, kutafonie!
- Ja nie chcę! – chwilę później notowałem tymczasowy adres Płomiennego. Sprowadziliśmy gnojka do radiowozu i odwieźliśmy do Policyjnej Izby Zatrzymań do Pałacu Mostowskich. Te kilka minut jazdy umiliłem nam muzyką puszczoną z magnetofonu. Szansonista śpiewał w rytm skocznej piosenki o tym, że miała matka syna i że chciała go wychować na wielkiego pana, ale trochę jej nie wyszło. I ten radosny refren: Niech żyje wolność, wolność i swoboda. Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda! Gdy dojechaliśmy na miejsce, Filuś ryczał jak bóbr a łzy niczym grochy lały mu się po policzkach. I usmarkał sobie koszulę.
- Co wyście mu zrobili? Pobiliście go?– jęknął funkcjonariusz aresztu przejmujący od nas zatrzymanego.
- A skąd. Puszczaliśmy mu tylko piosenki.

Patrzyłem zza szyb mknącego samochodu, jak resztki nocy umykają do swych siedzib, ustępując budzącemu się ze snu dniowi. Promienie słoneczne wydobywały z mroku przesuwające się w pędzie lasy, łąki i pola, wybuchające wczesnowiosenną zielenią liści. Patrzyłem, jak wiją się srebrzystymi skrętami polne strugi. Witałem budzący się dzień. Kładłem spać mroczną część swojej duszy. To niebezpieczna broń. Ale teraz po nocnych zmaganiach jechałem z tym trzecim. Było warto. Po to abyś ty mógł bezpiecznie nic nie widzieć, nic nie słyszeć i nic nie mówić.

Warszawa 29.07.2009