Strona główna
PATRONUJEMY:
Boska truciznaBoska trucizna
Sześć sekundSześć sekund
Inspektor Van Graaf, Adam UbertowskiInspektor Van Graaf, Adam Ubertowski
TopielicaTopielica
OstrzeOstrze
TrybunałTrybunał
Morderstwa w MidsomerMorderstwa w Midsomer
Ciężar milczeniaCiężar milczenia
JulJul
Krew nie wodaKrew nie woda
Miasto szkłaMiasto szkła
Panna mloda w snieguPanna mloda w sniegu
PograniczePogranicze
OrchideaOrchidea
Nocna zamiećNocna zamieć
Tajemnica domu ArandówTajemnica domu Arandów
Miasto PopiołówMiasto Popiołów
Rosyjska orchideaRosyjska orchidea
Poker z rekinemPoker z rekinem
Diabelskie KościDiabelskie Kości
Przynieście mi głowę wiedźmyPrzynieście mi głowę wiedźmy
Święta tajemnicaŚwięta tajemnica
PrzebierańcyPrzebierańcy
Dziewięć milimetrów do niebaDziewięć milimetrów do nieba
Martwy aż do zmierzchuMartwy aż do zmierzchu
Rytuał ostatniej nocyRytuał ostatniej nocy
Dla NikityDla Nikity
Miasto KościMiasto Kości
Manikiur dla nieboszczykaManikiur dla nieboszczyka
Dziewczyna, która igrała z ogniemDziewczyna, która igrała z ogniem
Zbrodnia niedoskonałaZbrodnia niedoskonała
JedenaścieJedenaście
Morderstwo w szabatowy poranekMorderstwo w szabatowy poranek
Ja jestem sądemJa jestem sądem
Pan SzatanPan Szatan
Śmierć w darkroomieŚmierć w darkroomie
Noc z czwartku<br />na niedzielęNoc z czwartku
na niedzielę
TrzynaścieTrzynaście
DwanaścieDwanaście

Szanowny Czytelniku! Zwróć szczególną uwagę na:

 

167
Śmiertelna dawka poezji, Jan Siwmir
Jan Siwmir   
piątek, 06 listopada 2009

- Nie dostrzegam żadnego punktu zaczepienia – Michał zastanawiał się na głos. – Dwie nauczycielki, jedna emerytowana, druga stawia dopiero pierwsze kroki w zawodzie. Panowie bardziej zróżnicowani. Właściciel pubu, biznesmen, były redaktor sportowy, działacz samorządowy i nauczyciel akademicki. Połączyła ich wspólna pasja, chociaż moim zdaniem każdy z nich wyciąga z tego Kółka Zainteresowań jeszcze inne korzyści. Niezaprzeczalnie prowadzący te zajęcia Steve – ma wynagrodzenie, wcale nie takie małe w porównaniu z pensją uniwersytecką. Tomowi mordownia zmieniła się w Dom Kultury, w dodatku dotowany, z radości to pisze pewnie same pieśni pochwalne. Autor masturbatyków wykazuje się jako działacz i zaspokaja potrzebę władzy. Wziął na siebie sprawy organizacyjne, a przy okazji umościł się, niby przypadkiem, na stanowisku samozwańczego prezesa. Była nauczycielka znów czuje się potrzebna, ma nowy cel w życiu. Do tej pory przekazywała wiedzę, teraz ma przekazać emocje, uczucia. Młoda natomiast, strzelając ciemnymi ślepkami, poluje. Obawiam się, że gdy trafi na odpowiednią osobę, dojdą do głosu gorące emocje i wybuchną z wielką siłą, niekoniecznie wyłącznie liryczną.
- A co sądzisz o George’u? – Katateka śmiał się, rozbawiony pasją z jaką Michał charakteryzował każdego z uczestników warsztatów.
- Co robi w tym towarzystwie George? Leczy rany. Po dwóch latach małżeństwa jego żona zabrała półtorarocznego synka i wyjechała do Stanów. Przez pół roku George się staczał – alkohol, narkotyki. Interesy zaczęły podupadać. Trafił w knajpie na Steve’a. Podobno ten namówił George’a, żeby się zajął poezją, zaczął pisać, to wtedy się otrząśnie. Wóda i dragi poszły w odstawkę. Uporządkował firmę, wziął krótko za pysk rozbisurmanione zarządy swoich spółek. Dla tych co ostro wykorzystywali czas bezkrólewia spotkanie z trzeźwym szefem z pewnością nie okazało się poematem – Michał zarżał. – Jakby nie patrzeć, nie dostrzegam niczego niesamowitego. Nawet w tym sprawozdawcy sportowym - Stanleyu, chociaż uczciwie mówiąc, facet jest takim wazeliniarzem, że aż korci, żeby sprawdzić, czy nie ma brązowego języka – chłopak wykrzywił się pociesznie, aczkolwiek z widocznym obrzydzeniem.
- No fakt, teoretycznie jest to grupa normalnych, zwyczajnych ludzi. Jeśli można tak ich określić, biorąc pod uwagę, że są mniej lub bardziej poetami. Są między nimi różne powiązania, animozje, ale trudno dostrzec jakieś przejawy przestępstwa.
- Śmierdzi może trochę ta fundacja. Ale może w Anglii jest na porządku dziennym to, że ktoś decyduje się wspierać artystów i nie szczypie się z forsą – Maryśka był świadkiem bojów, jakie prowadziła jego koleżanka z roku z urzędnikami Ratusza i Domów Kultury. Wolałby głową kamienie tłuc. – Dlaczego więc ta właśnie grupka ściągnęła na siebie zainteresowanie Interpolu?
- Na brytyjskim rynku narkotyków od pewnego czasu obserwujemy pewną prawidłowość. Tańszy, czysty towar ze Wschodu wypiera towar południowoamerykański. Podejrzewamy, że otworzył się nowy kanał dla dostaw. Prawdopodobnie surowce ze „złotego trójkąta” na terenie Polski są obrabiane chemicznie, a następnie przemycane na Wyspy. Zostało to zorganizowane z niezłym rozmachem i profesjonalizmem. Uznaliśmy za punkt honoru wykrycie tego nowego kanału. Pomógł nam przypadek. Szkocka rodzina wracała z pobytu w sanatorium w Krynicy Górskiej. Facet chciał jednym ciągiem przejechać pół Europy, ale na terenie Holandii przysnął i dziabnął w tył Opla Astrę, na jego nieszczęście polskiego. Miał ten Opel zainstalowany hak holowniczy, był to jakiś patent mechanika chałupnika, przypominający opancerzenie wojskowego transportera. Rozharatał poszycie samochodu Szkota, naruszając profile wzmacniające i okazało się, że w zamknięte profile zostało wtłoczone ni mniej, ni więcej tylko prawie 25 kilo heroiny. Biedny, Bogu ducha winny Szkot, by się oczyścić z zarzutów gotów był zjeść własne kapcie. Okazało się, że salon, w którym kupił Forda, zaproponował mu za pół ceny pobyt w sanatorium dla całej rodziny, pod warunkiem, że dojedzie własnym samochodem. Dodatkowo, pierwszy przegląd gwarancyjny po powrocie z wczasów byłby darmowy. Szkot jeszcze się wahał, lecz przekonał go mechanik, który podsunął pomysł, żeby nie dopłacać za zabezpieczenie antykorozyjne, bo w Polsce zrobi to za jedną trzecią ceny.
- Ha! – podekscytował się młody. – Pomagałem w tym warsztacie, ale tak mi się jakoś zdawało, że oni z jednej strony potrzebują pomocnika a z drugiej jakby jakiś patent chronili przed konkurencją.
- Sam widzisz. Całkiem sprytnie to było zmontowane. Niczego nieświadomy kurier nie musi mieć doli za przemyt, nie szantażuje potem, nie stawia wygórowanych żądań etc. Należało jedynie zorganizować stacje przeładunkowe w warsztatach. Oczywiście, zadbali by ktoś pilnował samochodów wiozących towar. Warsztat w Krynicy miał już nowego właściciela i pracowników. Salon Forda w Walii udowadniał, że dzięki polityce reklamowej udaje im się sprzedać o 10% samochodów więcej. Zespół mechaników był wymieniony. Sprawdziliśmy wszystkich mechaników, zarówno w Walii, jak i w Polsce. Okazało się, że jeden z nich zaproponował właścicielowi warsztatu, by poszerzył ofertę o zabezpieczenia antykorozyjne. Zaoferował profesjonalne wyposażenie w zamian za współudział. Sprzęt kupił od zlikwidowanego warsztatu w Krynicy.
-  Łebskie chłopaki. Zwłaszcza pomysłodawca – Michał niechętnie docenił ideę przerzutu.
- Natomiast na Wyspach początkowo ślad nam się urwał – kontynuował Katateka. – Kolega wpadł na pomysł, żeby prześwietlić również kadrę kierowniczą. Namierzyliśmy menadżera od marketingu i sprzedaży, który miał w Fordzie najlepsze wyniki i znienacka przeniósł się do Rovera. Zabłysnął na wstępie, podpisując ciekawą umowę z pewną walijską fundacją, polegającą na przetestowaniu trzech egzemplarzy nowego modelu, a następnie sprzedaży fundacji 20 samochodów. Do tej pory podpisał jeszcze 4 podobne umowy, a stowarzyszenia artystyczne wyrastają jak grzyby po deszczu. Poeci na wyspie są pierwszym rzutem. Jestem przekonany, że mózg tego przedsięwzięcia postanowił osobiście sprawdzić prawidłowość planów i naocznie ocenić ryzyko. Wobec tego przynajmniej jeden z poetów niezaprzeczalnie posiada błysk geniuszu... Obserwacja uczestnicząca.
- Nieźle ryzykuje szef taką obserwacją, a jak coś się nie uda?
- O tobie mówię, sierotku Marysiu. To ty masz przeprowadzić obserwację uczestniczącą. To będzie twoja właściwa praca. Masz zdobyć sympatię i zaufanie tego towarzystwa. I mieć oczy i uszy otwarte.

*

- To się popierdzieliło – stłumiony głos wydobywał się spod podniesionej maski dostawczego Forda Transita, którym właściciel zaopatrywał codziennie w świeże wiktuały i prasę. – Trzeba odebrać pozostałe dwa samochody z Augustowa. Nie mam jak cię zawieźć. Wątpię czy uda mi się ruszyć tego trupa – rzucił na trawę odkręconą pokrywę silnika, kopnął w oponę, kucnął przy skrzynce narzędziowej i z triumfem wydobył klucz do świec. – No! – podwinął wyżej rękawy i zagłębił ponownie w bebechach samochodu.
- Problemy? Może mógłbym pomóc? Prowadzę u siebie firmę transportową i mam kilkanaście dostawczych Fordów – Spacerujący w pobliżu Tom nachylił się nad pojazdem i rozległo się gromkie „shit”. Wnętrze komory silnika, eksploatowanego intensywnie od 12 lat, nosiło ślady przynajmniej dwóch awarii uszczelek pod osłoną głowicy. Olej spryskał wszystko, co było możliwe i wymieszany z kurzem, piaskiem, igliwiem i licho wie czym jeszcze pokrywał części centymetrową warstwą. Wiktorzak zapierał się butem o obejmę silnika. Poprzeczkę klucza do świec wzmocnił półmetrowej długości gazową rurką. Po kilku stęknięciach i siedmiu kurwach oporny gwint puścił. Właściciel uniósł świecę pod światło.
- Patrzcie, zaspawało pieprzoną! – stwierdził dziwnie uradowany. Usterka była namierzona, pozostało uporać się z pozostałymi świecami, czyli wymienić je na nowe. Tylko należało je najpierw mieć.
- No brachu, co się tak gapisz jakbyś w życiu świecy nie widział? – zwrócił się do Walijczyka, podnosząc głos i starając się mówić wyraźniej. - Masz rację „shit”. Świeca jest fucking. Weź mu młody wytłumacz, że jeśli chcą mieć dziś te swoje dwa ostatnie cacka, to któryś z nich musi cię zawieźć do Augustowa tą maszynką, którą wczoraj przyprowadziłeś. Najlepiej ten co się wczoraj pluł, że komórka mu nie działa. Jak ma działać bez zasięgu? Ja rozumiem biznes jest biznes, ale sami chcieli blisko przyrody. W „Albatrosie” mają kafejkę internetową dla turystów. I weź od Antka cztery świece do Transita.

*

- Chciałbym pokazać ci zdjęcia czarnego bociana. Wreszcie go dopadłem. Nie będziesz żałował.
- Przecież wiesz, że twoja pasja mnie nie kręci.
Mężczyźni stali zwróceni twarzami w stronę jeziora. Wyższy, obwieszony sprzętem fotograficznym położył rękę na ramieniu drugiego, zdecydowanie powstrzymując mężczyznę przed wykonaniem obrotu na pięcie.
- Te zdjęcia na pewno cię zainteresują. Udało mi się dorobić do lustrzanki przystawkę noktowizyjną. Bawię się teraz fotografią w podczerwieni. Wczorajszej nocy zrobiłem serię zdjęć bociana o czerwonych łapach a nie nogach. Taki dziwoląg przyrodniczy. Nawet piękne ujęcie twarzy oświetlonej księżycem mi się udało. Ubiegłej nocy...
Drugi mężczyzna skamieniał.
- Ile? – spytał krótko.
- Pięćdziesiąt tysięcy funtów. Na moje konto. Będziesz moim National Geografic.
- Dobrze, wyjmij kartę z aparatu.
- Jak zobaczę całą sumę na koncie.
- Do tej pory ją skopiujesz. Chcę teraz.
- Gdzie skopiuję? W tej głuszy nie ma ani grama komputera. Nawet głupia komórka nie ma zasięgu. A poza tym sam kiedyś mówiłeś, że każdy interes polega na zaufaniu. Ja ufam, że nie będziesz próbował mnie wykiwać dopóki będę miał zdjęcia, a ty możesz być pewien, że nie dostaną się w niepowołane ręce. Będę ich pilnował jak oka w głowie. Przecież to mój kapitał.

*

- Słyszałam o kłopotach z dostarczeniem wozów do Augustowa – Emma śmiesznie wymawiała nazwę miasta. – Oczywiście George cię zawiezie – zatrzepotały długie czarne rzęsy.
Dziewczyna zmierzyła Michała od stóp do głów, błyskawicznie dokonując oceny. Najwyraźniej wypadła ona na wskroś pozytywnie, gdyż karminowe wargi rozciągnęły się w pełnym uśmiechu, ukazując perełki równych, bielutkich ząbków. Emma z całą pewnością zdawała sobie sprawę ze swojej urody.
- Chcemy zaprosić cię na nasze warsztatowe spotkanie. Jeśli rzecz jasna poezja cię nie nudzi? Twój angielski jest nienaganny. Przecież nie będziesz tu siedział sam jak palec – szczupła dłoń delikatnie ułożyła się na dłoni chłopaka. – Opowiedz coś o sobie, co studiujesz?
- Prawo – przez plecy chłopaka przeleciały ciarki.
Nie pierwszy i z pewnością nie ostatni raz był podrywany. Po raz kolejny stanął przed problemem, w jaki sposób delikatnie wytłumaczyć dziewczynie, że jego preferencje seksualne nie pozwolą na spełnienie jej nadziei. Musiał wywinąć się z tej sytuacji tak, by nie sprawić dziewczynie przykrości.
- Prawnik bardziej mi się kojarzy z wymoczkowatym okularnikiem lub otyłym brzuchaczem niż z takim supermenem jak ty. Wyglądasz na sportowca – spod wdzięcznie pochylonej głowy strzeliło kokieteryjne spojrzenie.
- W wolnym czasie trochę ćwiczę. Ty też jesteś piękną dziewczyną. Ale koniecznie muszę ci coś wyjaśnić – Michał przypomniał sobie, co mówił jego angielski kolega na uczelni. Angole są bezpruderyjni i nie robią problemów z czyjejś orientacji seksualnej. Postanowił więc zagrać va bank. – Chciałbym, żebyśmy się zaprzyjaźnili, ale między nami istnieje, jakby to ująć, zbyt mała różnica płci. Może nie tak, zbytnie podobieństwo zainteresowań. Obawiam się, że jeśli chodzi o sprawy intymne stanowimy dla siebie pewną konkurencję. Lepiej, żebyś to wiedziała, zanim zabrniemy w dziwną sytuację, która mogłaby być przykra, czy to dla ciebie, czy dla mnie.
- No tak – Emma zacisnęła zęby. – Jak się trafi jakiś rozsądny facet, to okazuje się gejem. Dobrze, chodź koleżanko i nie waż mi się  podrywać George’a!
Maryśka uśmiechnął się pod nosem i poczłapał posłusznie za dziewczyną. Od progu przywitał ich zachęcający gest Steve’a, za którym pojawiły się słowa:
- Chodźcie, chodźcie, zaczynamy. Emmo czy już udało ci się napisać coś od chwili przyjazdu?
- Niestety. Wszystko wokół jest takie... inne. Piękne, ale brakuje mi słów, aby to opisać.
- Może ty Gino?
- Ja z kolei nie jestem w stanie słów opanować. Cisną mi się do głowy ze wszystkich stron. Pszczoły trącają fioletowe dzwonki, sarny wychylają łabędzie szyje zza zielonych jak szmaragdy zarośli, szemrze woda krystalicznie czysta i rześka... Już wiem, umieszczę to wszystko w formie vilanelli.
- Znowu? – jęknął Steve. – Może jednak porzuciłabyś ograniczenia wersyfikacyjne?
- Zaskoczę cię jeszcze – Gina naburmuszyła się, a Michał dostrzegł przez moment w jej oczach podejrzanie zimne spojrzenie.
- Tom, a ty?
- Nic. Może niech George przeczyta. Widziałem go rano na pomoście jak coś gryzmolił. Tym bardziej, że śpieszy się do Augustowa. A jak przyjdzie Egon, to zacznie upajać się własnym erotycznym głosem i George znów nie zdąży.
- A właśnie. Dlaczego nie ma Egona?
- Najwyraźniej o coś się obraził, odął i stwierdził, że nie będzie nas zaszczycał swoją obecnością przez jakiś czas. Być może zaszył się gdzieś w lesie, biorąc przykład z naszego fotografa. Pewnie później uraczy nas utworem o wyczynach erotycznych kaczek – krzyżówek – George ział sarkazmem.  – Mam tylko jeden wiersz.



brydż


rozgrywamy tylko jednego robra
taka była umowa twoja z samym sobą
my mamy się tylko dostosować

jeszcze nie wiem co jest atu
więc czasem zrzucam dobre karty
na cienie ordynarnych blotek

perły przed wieprze

trochę szachruję
nie miej mi tego za złe
nie mogę grać inaczej niż wszyscy

staram się cwaniackim sposobem
pozostać na końcu z ostatnią
pięćdziesiątą trzecią kartą w ręku

w nadziei że jesteś za nią ukryty


- Niech obejrzę – głos Steve’a brzmiał zainteresowaniem. – Tak, to kolejny utwór gotowy do druku. Po powrocie do Walii będę się upierał, żebyś zdecydował się na wydanie samodzielnego tomiku. Chętnie napiszę do niego wstęp. To co, na dziś koniec? Wobec tego macie wolne, a jak ktoś znajdzie obrażonego Egona, niech przyśle go do mnie.
Michał i George wyszli razem odprowadzani smętnym spojrzeniem Emmy. Już wcześniej starała się przymówić, żeby George zabrał ją do Augustowa, ale ten wykręcił się zwinnie jak piskorz. „A Michała zabrał” – pomyślała z goryczą. – „I w tym przypadku nie boi się o reputację!”.
 Tymczasem George usadowił się za kierownicą terenówki.
- Nie cierpię siedzieć na fotelu pasażera. Nogi same mi pracują i najchętniej wyrwałbym kółko kierowcy – powiedział wyjaśniająco.
 Michał okrążył pojazd i wdrapał się do kabiny od drugiej strony. Wjeżdżając na stalowe płyty umożliwiające wjazd na prom przednimi kołami, George znienacka zastopował. Chwilę zastanawiał się. Wjeżdżać powoli czy nabrać z lekka prędkości i sforsować wjazd z rozpędu? Prawdopodobnie to uratowało im życie. George z wciśniętym pedałem hamulca obserwował jak zza drzew wyłania się pionowa ściana kurzu, liści, gałązek poganianych jednolitą szarą kurtyną deszczu łączącą ziemię z czarnogranatową, nadpełzającą chmurą. Huragan najpierw przygiął czubki sosen niemalże do ziemi, a następnie zaczął szarpać się z wściekłością na wszystkie strony. Michał, który zdążył się odwrócić, zdążył jeszcze zobaczyć z tyłu błękitne niebo i świecące słońce. Wiatr z impetem zaatakował prom, ale w tym czasie obu panów nie było już w samochodzie. Przytomnie zaciągnięty ręczny hamulec sprawił, iż pojazd zawisł przednimi kołami nad wjazdem na prom i tak pozostał. Prom zaczął się szamotać jak szczupak, uderzając o nadbrzeże. Michał wyskoczył od zawietrznej, kierowca zaś, nie mogąc otworzyć dociskanych uderzeniami wiatru drzwi po swojej stronie, poszedł w ślady chłopaka. Nie bez trudu, przytrzymując się czego tylko się dało, pochyleni do przodu niemalże pod kątem 30 stopni dotarli wreszcie do budynku pensjonatu. Niespodziewane załamanie się pogody, zlekceważone przez wszystkich łącznie z załogą promu, zmieniło mazurską sielankę w sądny dzień. Choć wiatr ucichł już po paru godzinach, akcja ratunkowa rozciągnęła się na cztery doby. Najpierw wyławianie załóg powywracanych żaglówek, promu i łódek, poszukiwanie zaginionych, a później ciał. Czegoś takiego Mazury do tej pory nie zaznały.
W pensjonacie zaczęło się odliczanie obecności.
- Nadal nie ma Egona i fotografa. Trzeba będzie przeszukać wyspę, jak tylko się wiatr uspokoi – zdecydował pełen najgorszych przeczuć Steve.
- Chodź ze mną, pożyczę ci dres, będzie może odrobinę za luźny, ale nie złapiesz przeziębienia – zatroszczył się George o Michała.
Słowa Walijczyka uświadomiły wszystkim, że są przemoknięci do ostatniej nitki, a temperatura gwałtownie spadła. Jak na komendę rozbiegli się do swoich pokoi.
Po kilku godzinach nastąpiło zwarcie szeregów i Angole przy niemałym udziale Michała i kierownika rozpoczęły akcję poszukiwawczą.
Wiktorzak toczył błędnym wzrokiem, szacując straty. Zwalona sosna wgniatała trzecią część dachu pokrywającego zabudowania gospodarcze. Jeden z trzech rowerów wodnych zacumowanych przy pomoście unosił się leniwie w trzcinach przy przeciwległym brzegu jeziora, ukazując spód niczym śnięta ryba z kołem łopatkowym zamiast brzucha. Pozostałych rowerów i łodzi nie było widać. Sam pomost wybrzuszał się prawie idealnie pośrodku. Wiązanie mocujące deski do środkowego pala od strony zawietrznej puściło, natomiast sosnowe calówki nakreśliły uwolnionymi krawędziami idealną krzywą Gaussa. Kierownika dobił jednak widok promu. Lina łącząca brzegi w końcu się poddała. Lewy pływak, przedziurawiony o nadbrzeże, zatonął, a dziób wystawał ponad powierzchnię wody, utrzymywany naprężoną do granic drugą cumą, jedyną, która wytrzymała całą nawałnicę. Za to drugi pływak, do połowy wznosząc się w powietrzu, dumnie celował w stronę samochodu, zaparkowanego w iście ewolucyjny sposób i eksponującego rozciągnięte teleskopy amortyzatorów.
- Ale się odkuliśmy – Wiktorzak nie tylko pełnił funkcję kierownika, ale miał też swój udział w inwestycji. – Jeszcze przez dwa lata będę musiał latać z motorkiem w dupie wokół zagranicznej hałastry. Myślałem, że kobitkę najmę do pilnowania, drugą do kuchni. Teraz wszystko pójdzie na remonty – biadolił pod nosem.
Narzekania przerwał wyskakujący z trzcin Tom.
- Szałas w którym nasz pstrykarz podglądał ptaki rozpirzyło kompletnie. Boję się, że wichura mogła zaatakować, kiedy ten wariat siedział w skleconej na czubku sosny szopie. Jeśli dmuchnęło go z tym całym majdanem, to czarno widzę.
George i Michał popatrzyli na siebie ze zrozumieniem. Widzieli prowizoryczną konstrukcję na drzewie, a na własnej skórze odczuli wściekłość wiatru i możliwości nawałnicy. Bez słowa wystartowali biegiem w kierunku kryjówki fotografa. Cięli równo przez rozległą polanę, pośrodku której w rozwidleniu uschłej wierzby uwił gniazdo czarny bocian. Już z daleka świecił się pióropusz drzazg złamanej sosny. Drzewo było rozdarte wzdłuż pnia do samej ziemi. Resztki konstrukcji wystawały pomiędzy gałęziami zwalonego drzewa i pałętały się rozrzucone impetem uderzenia miedzy trawą porastającą polanę. Michał przyspieszył jeszcze bardziej. Szczycił się tym, że ma w nogach wyczucie. Jeszcze w liceum zwyciężał we wszystkich biegach przełajowych, lecz tym razem los spłatał mu złośliwego figla. Kret. Najprawdziwszy, żywy. Ulewa najwidoczniej rozmyła kopiec, a położone pokotem trawy zamaskowały norę.
- Auuu! – zawył jak rasowy wilk i padł ścięty niczym kręgiel trafiony kulą.
- Zwichnięta czy złamana? – zainteresował się George, dobiegając i nachylając się nad chłopakiem, który już zdążył się podnieść, ściągnąć but i skarpetę.
- Skręcona, naciągnij zanim zacznie puchnąć. Umiesz?
- Jasne, kiedyś trenowałem piłkę nożną – Walijczyk wprawnie szarpnął stopą i nastawił kostkę.
Michał zagryzając zęby i lekko kulejąc, ruszył w stronę zwalonego drzewa. Po drugiej stronie polany zamajaczyły postacie pozostałych. Ciało fotografa leżało bezwładnie zaplątane w gałęzie. Prawa ręka, wykręcona w nienaturalny sposób, świadczyła o tym, że kości przedramienia nie wytrzymały próby podparcia przy upadku. Potylica była zmiażdżona. Żerdź podtrzymująca zadaszenie kryjówki opierała się na kilku grubszych konarach, a w miejscu położonym na wprost rany czerwieniła się plama krwi.
- Tom, zabierz kobiety do domu. Lepiej żeby tego nie oglądały – krzyknął George do nadchodzących. – Mamy tu paskudny wypadek! Jeszcze raz przeszukajcie ze Stevem zarośla i szuwary. Musimy koniecznie znaleźć Egona. A jeśli zaplątał się w żyłki? Coś tak zamarł? – George trącił Michała łokciem, widząc jak ten ponurym wzrokiem wpatruje się w ciało.
- Nie żyje człowiek! – pompatycznie zaczął Michał. – Na studiach miałem do czynienia z medycyną sądową, kryminalistyką, znam procedury i sposób postępowania w takich przypadkach. Widziałem tysiące zdjęć z wypadków i morderstw. To tutaj mi śmierdzi. Należy jak najszybciej zawiadomić policję.
- Rzeczywiście – George przykucnął i podrapał się po brodzie. – Belka leży nad miejscem zdarzenia. Więc najpierw plasnął o ziemię, a spadające draństwo przygrzało mu w głowę. Gdyby było z żelaza to może... Ale ten kijaszek ma zbyt małą masę... Podejrzewam, że łamiąc rękę i całkiem możliwe, że inne części ciała, stracił przytomność. Ktoś był tu przed nami i dokończył dzieło. Mamy więc...
- Morderstwo!

cdn.

 

Pierwsza część opowiadania dostępna jest - TUTAJ.

Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się.

 

Komentarze
Dodane przez skowron w dniu 2009-08-04 10:24:08
Fajna sprawa w klimacie i pomyśle na niecodziennych bohaterów. Autor darował sobie zjechane schematy, co daje pole do swobodniejszego potraktowania fabuły i pewnych, dość lekko i zabawnie potraktowanych impresji o tworzeniu poezji. To się po prostu czyta. Opowieść przerwana dokładnie tam, gdzie należało, żeby rozbudzić naszą ciekawość...