Strona główna arrow Stylus arrow Śmiertelna dawka poezji, Jan Siwmir
PATRONUJEMY:
Boska truciznaBoska trucizna
Sześć sekundSześć sekund
Inspektor Van Graaf, Adam UbertowskiInspektor Van Graaf, Adam Ubertowski
TopielicaTopielica
OstrzeOstrze
TrybunałTrybunał
Morderstwa w MidsomerMorderstwa w Midsomer
Ciężar milczeniaCiężar milczenia
JulJul
Krew nie wodaKrew nie woda
Miasto szkłaMiasto szkła
Panna mloda w snieguPanna mloda w sniegu
PograniczePogranicze
OrchideaOrchidea
Nocna zamiećNocna zamieć
Tajemnica domu ArandówTajemnica domu Arandów
Miasto PopiołówMiasto Popiołów
Rosyjska orchideaRosyjska orchidea
Poker z rekinemPoker z rekinem
Diabelskie KościDiabelskie Kości
Przynieście mi głowę wiedźmyPrzynieście mi głowę wiedźmy
Święta tajemnicaŚwięta tajemnica
PrzebierańcyPrzebierańcy
Dziewięć milimetrów do niebaDziewięć milimetrów do nieba
Martwy aż do zmierzchuMartwy aż do zmierzchu
Rytuał ostatniej nocyRytuał ostatniej nocy
Dla NikityDla Nikity
Miasto KościMiasto Kości
Manikiur dla nieboszczykaManikiur dla nieboszczyka
Dziewczyna, która igrała z ogniemDziewczyna, która igrała z ogniem
Zbrodnia niedoskonałaZbrodnia niedoskonała
JedenaścieJedenaście
Morderstwo w szabatowy poranekMorderstwo w szabatowy poranek
Ja jestem sądemJa jestem sądem
Pan SzatanPan Szatan
Śmierć w darkroomieŚmierć w darkroomie
Noc z czwartku<br />na niedzielęNoc z czwartku
na niedzielę
TrzynaścieTrzynaście
DwanaścieDwanaście

Szanowny Czytelniku! Zwróć szczególną uwagę na:

 

167
Śmiertelna dawka poezji, Jan Siwmir
Robert Ostaszewski   
piątek, 13 listopada 2009
Image Prezentujemy trzecią, ostatnią część opowiadania Jana Siwmira Śmiertelna dawka poezji. Zapraszamy do lektury! Emma delikatnie owijała skręconą kostkę elastycznym bandażem. Michał wnikliwie obserwował zgromadzone towarzystwo, kątem oka zerkając na telewizyjną relację z akcji ratunkowej. Pośpiesznym, zadyszanym głosem dziennikarz wykrzykiwał do mikrofonu statystyczne dane dotyczące wciąż rosnącej liczby zaginionych ludzi, zerwanych linii energetycznych czy gospodarstw pozbawionych łączności ze światem.
- Dobrze, że kabel energetyczny puściłem po dnie jeziora. Kosztowało od cholery, ale przynajmniej nie przerywało. Chociaż satelitę odbieramy. Chciałem podciągnąć od razu telefon i Internet, rozmowy z firmą telekomunikacyjną trwają, mać do tej pory – Wiktorzak zerknął na otwarte usta Walijczyków. – Aj, bo wy pewnie nie wiecie. Urwanie głowy z tymi firmami w Polsce. Na reklamy wydają bajońskie sumy, a najprostszych usług nie są w stanie zapewnić.
Michał stłumił chichot. Wiktorzak nijak nie mógł zrozumieć zjawiska bariery językowej i kontynuował swój wywód cały czas w kierunku zagranicznych gości.
- Musiałem sobie darować. No i mamy kłopot. Jeden trup, jeden zaginiony. Jak zawiadomić policję i pogotowie? Że też młody nie miałeś kiedy zwichnąć giry... Jak się rozwidni, to może coś wymyślimy. Mam w stodole starą dętkę. Jeszcze po maluchu. Powinno się na tym dopłynąć do leśniczówki. Może by przenieść tego nieboraka do szopy? Niech mu chociaż na łep nie kapie.
- Nie spiesz się tak z przenoszeniem zwłok – Maryśka wziął głęboki oddech i najpierw odezwał się w języku polskim, potem miłosiernie przetłumaczył wszystko na angielski. – Rozejrzeliśmy się z Georgem i wcale nie jesteśmy pewni, czy to był wypadek.
- Że co?! Ktoś go zaciukał?! U mnie? Szlag by to... – twarz Wiktorzaka zrobiła się purpurowa.
- Jesteście pewni, że to morderstwo? – zapytał Steve, dla odmiany blady jak pokłady kredy jurajskiej.
- Pewności nie ma, ale mocno podejrzewam, że ktoś wykorzystał nadającą się okazję.
- Wiatr był wystarczająco silny, żeby rozwalić prom. Może grzmotnęło go podczas upadku?
- Wtedy żerdź odbiłaby się od głowy i upadła zakrwawiona gdzieś z boku. Duży konar natomiast przygniótłby i został na ciele ofiary. Zabójca przedobrzył. Ułożył gałąź tak, żeby plama krwi znalazła się dokładnie nad miejscem uderzenia. Zapomniał, że wszystko się wtedy kotłowało i fruwało na wietrze. Zwróciłem uwagę na ślady krwi. Właściwie na ich brak na igliwiu i gałęziach, gdzie musiałyby pozostać. Krew skapywała z rozbitej głowy zgodnie z prawem ciążenia. Gdyby uderzenie drążka zrobiło swoje jeszcze podczas upadku i podczas trwania wichury, wiatr musiałby ją rozchlapać na znacznie większym terenie.
Gina raptownie poszarzała.
- Muszę wziąć coś na uspokojenie – rzuciła, wybiegając z salonu.
- Niezaprzeczalnie oznacza to jedno. Morderca jest wśród nas - Steve potoczył po twarzach swoich uczniów zamyślonym wzrokiem.
- W sumie wcale tego człowieka nie znaliśmy. Za wyjątkiem Toma, u którego pracował. Dziwny to był człowiek, ale z tego co zauważyłem, zdążyłeś się do jego dziwactw przyzwyczaić? – Steve odwrócił się do właściciela pubu.
- Jako premię dałem mu forsę na teleobiektyw. Facet był dla mnie skarbem. Prowadził niezależnie od tego, z której strony miał kierownicę. Po wino do Włoch, sery do Szwajcarii, albo Polski, bo nie wiem czy wiecie, ale macie rewelacyjne podróbki spleśniałków. Po ślimaki do Francji, żadnego problemu. Mogłem sobie żartować, że jeszcze jeden taki numer jak ten z czarnym bocianem, to go zabiję, ale jakbym dorwał tego, co go zatłukł, sam bym mu nogi z dupy powyrywał.
- Może ktoś znał go lepiej, niż się przyznaje? - rzucił z kąta Stan.
- Z całą pewnością Gina, zamachem godnym bejsbolisty, sprzątnęła niedoszłego kochanka, bo zwrócił swój wzrok w stronę Emmy – wyszczerzył się George w kierunku wracającej kobiety.
- Prędzej nasze panie zawiązały koalicję, żeby ukarać zarozumiałego i nieczułego samca, który zamiast podziwiać ich wdzięki, wolał widok ptasiego kupra – dorzucił Steve, ściągając na siebie nic dobrego nie wróżący wzrok obu pań. – Na kogo najczęściej spogląda Emma, wszyscy dobrze wiemy. Ale on woli rozgrywać swoją batalię z naszym, miłościwie nam panującym Egonem. Jeśli ktoś tu byłby w stanie popełnić morderstwo, to obstawiałbym Egona. Tylko trup się nie zgadza.
- Potwory – szepnęła Emma, Gina zaś zacisnęła mocno zęby.
- Może rzeczywiście o czymś nie wiemy. Może Egon znał wcześniej fotografa? Miał jakieś zdjęcia, którymi mógł szantażować? – znowu wtrącił się Stan, wykazując niezwykłą jak na niego wyobraźnię.
- Nie, to mi nie pasuje – zaprotestował George. – Egon zniknął jeszcze przed śniadaniem, zanim rozpętała się burza. Chociaż szczerze go nie cierpię, jestem bardzo zaniepokojony. Wiedział, że chcę pojechać do Augustowa, żeby odebrać raporty z firmy. Póki co nie mogę zarządowi odpuścić nawet o włos. Gdyby nawet się śmiertelnie obraził, przyszedłby na warsztaty, choćby po to, żebym nie zdążył przeczytać swoich wierszy. Egonowi musiało przydarzyć się coś wcześniej!
Gdzieś na górze trzasnęła okiennica, wiatr wzmógł się ponownie. Za oknem zaczęło błyskać. Ciszę przerywały od czasu do czasu dźwięki wyładowań atmosferycznych. Do tej pory rozmowa toczyła się w miarę równym rytmem, przy jednostajnym, basowym hurgocie. Teraz rozległ się krótki trzask, zbliżony do dźwięku pękającego szkła. Gdzieś blisko uderzył piorun.
Wzdrygnęli się wszyscy, bez wyjątku.
- A może to ty mu coś zrobiłeś? – Gina wpatrywała się w Georga. – Słyszałam wczoraj waszą kłótnię na korytarzu. Było coś na temat poezji, szarogęszenia się przez kogoś, kto znienacka dołączył do grupy, nieopierzonych szczeniakach, co to nie znają się na poezji ani na kobietach i wpychają się przed starszych i bardziej zasłużonych. Natomiast potem o stetryczałych dziadach, którzy już nie mogą, więc piszą grafomańskie teksty z dawno zapomnianych przeżyć i coś o beztalenciach, co to powinny ustąpić młodszym i zdolniejszym. Co ciekawsze, godzinę po tym starciu, kiedy byłam zmuszona pójść do toalety, widziałam jak otworzyły się drzwi. Wychodził Egon, ale tak jakby skradając się, bezszelestnie, by nikt go nie usłyszał. Kiedy zniknął za zakrętem korytarza – tu kobieta odwróciła się do wszystkich – George wyszedł ze swojego pokoju i również zaczął się skradać ku wyjściu. Pomyślałam, że panowie umówili się, by rozstrzygnąć spór po dżentelmeńsku, w bezpośrednim pojedynku. Niepokoił mnie jedynie brak sekundantów – Gina przejmująco westchnęła.
- Co ty pleciesz?! – przerwał Tom. – Jakie pojedynki?! George skradał się najprawdopodobniej do sypialni Emmy i sądząc po purpurze na jej twarzy, wcale się nie mylę. Oboje starają się trzymać w najgłębszej tajemnicy to, o czym wszyscy już dawno wiedzą. Zagadką natomiast pozostaje, gdzie w środku nocy wybrał się Egon. Jeżeli, jak mówisz, nie utknął u ciebie na pogawędce Gino, to raczej nie wydaje mi się, żeby o tej porze wybierał się na ryby. Co oznacza, że Gina ostatnia go widziała.
- Niekoniecznie – odezwał się Michał z przejęciem. – Jeżeli przyjmiemy, że Egon nie żyje, to ostatni widział go morderca. Ale może ktoś jeszcze? Osobiście ciekawi mnie sprzęt fotograficzny ofiary...
Kolejne uderzenie pioruna zbiegło się z chwilowym, oślepiającym rozbłyskiem żarówek, potem salon zalała upiorna czerwień. To włókna żarówek żarzyły się jeszcze przez dwie, trzy minuty ciemnopomarańczową poświatą, aż zgasły. Szarzejący za oknem półmrok rozświetlał jedynie blask ognia rozpalonego w kominku.
- Szlag trafił transformator – zaklął Wiktorzak nieoczekiwanie acz w zupełności zgodnie z prawdą. – Dobrze, że zaczyna świtać. Przegadaliście całą noc. Powiedz młody, niech lepiej ustalą, który popłynie do leśniczówki. Ten twój znajomy jest prawie gliniarz i po angielsku gada. Może George? Bo ja muszę zostać i przypilnować, żebyście chociaż śniadanie dostali.
- Stanowczo protestuję – Gina dorzucała drewna do kominka. Stan podawał jej pojedyncze szczapy porąbanych pieńków. – Do tej pory już każdy z nas został obwiniony i uniewinniony. Nie zgadzam się, by najbardziej podejrzany płynął po pomoc. Ucieknie, a my tu zostaniemy sami z trupami na wyspie – do jej głosu wkradł się cień histerii. – Niech płynie ten, który ma najlepsze alibi. Potwierdzone przez kogoś.
- To ja odpadam – stwierdził Tom. – Całą noc, gdy zniknął Egon, przesiedziałem sam w pokoju i alibi mam zerowe. Poza tym nie ma się co wygłupiać. Do leśniczówki trzeba dopłynąć, a jedyny, który dałby radę to zrobić został uziemiony... tfu... nogę skręcił. Nie wyobrażam sobie, żeby Steve dotaplał się bodajże do połowy. Pozostaje albo George albo Stan.
- Hmm. Podobnie jak Tom siedziałem w pokoju i pisałem piosenkę do kabaretu – odezwał się ostrożnie Stan.
- Stan na pewno jest niewinny – wtrąciła Gina. – Mój pokój sąsiaduje z jego, a gospodarz zbudował ściany bardzo oszczędnie. Wiem stąd, że Stan kiedy pisze piosenki, to jeszcze je podśpiewuje. Raz lepiej, raz gorzej ale w sumie makabrycznie. Niestety, znakomicie orientuję się, kiedy pracuje nad piosenką.
Stan odsunął się od kominka urażony.

*

 Mężczyzna wzdrygając się, popychał przed sobą obwiązane linką gumowe paskudztwo. Dętka, po zabiegach tunningowych, przypominała skrzyżowanie pontonu z kołem ratunkowym. Dokumenty i ubranie zapakowali do worka na śmieci. Stan pchnął koło, położył się na wodzie i płynąc wolnymi ruchami, wziął namiar na ledwie widoczny w oddali zarys pomostu przy leśniczówce.
- Wracamy do budynku – zarządził Steve. – Wydaje mi się, że byłoby dobrze, gdybyśmy czas do przybycia policji spędzili wspólnie.
Nastroje były na tyle paskudne, że większość obecnych darowała sobie śniadanie, poprzestając na orzeszkach i paluszkach wspomaganych dużymi ilościami kawy. Gina wróciła na swój posterunek przy kominku, twardo pilnując, by ogień nie uciekł z pomieszczenia niczym przyznający się do popełnienia zbrodni winowajca. George przysiadł się do Emmy i Michała.
- No dobra, pokłóciłem się z Egonem. Nawet dałem mu w pysk. Nie wytrzymałem. Jeszcze jak się uczepił, że jestem za młody, zbyt krótko piszę, a on w poezji siedzi od pięciu lat! Cholera mnie trafiła. Zaczął wypominać, czego to on nie robi dla Fundacji, że bez niego to byśmy funduszy nie mieli, a Steve według niego to może i dobry poeta, ale na życiu i układach się nie zna. Jak zszedł na moją żonę i zaczął się przechwalać, że od niego żadna by nie odeszła, bo jest za dobry w te klocki, to mnie poniosło. Strzeliłem w pysk. Uciekł krzycząc, że go jeszcze popamiętam. Więcej go nie widziałem.
- Ja ci wierzę – mruknął po chwili Maryśka. – Jeśli przyjmiemy, że zbrodniarz jest jeden i zamordował najpierw Egona, a potem fotografa, to od chwili wydostania się z samochodu do odkrycia ciała byłem razem z tobą.
- Ja też – Emma położyła swoją dłoń na dłoni George’a i przysunęła się bliżej.
Wyglądało na to, iż faktycznie winnym musi okazać się ogień. Innych kandydatów nie było.
Panujące ogólnie przygnębienie rozproszył dopiero w południe okrzyk Toma.
- Płyną!
Poderwali się wszyscy, nawet Wiktorzak, który do tej pory, pochylony mocno do przodu, obejmował głowę i powtarzał coś na kształt litanii.
- Najpierw gliniarze, potem skarbówka, potem ZUS, wszyscy teraz będą węszyć. Jedni zaczną, następni się dołączą. Na pochyłe drzewo wszystkie kozy... Interes szlag trafił. Cholera nie możecie mordować się u siebie? Prom do naprawy, żaden turysta nie przyjedzie... Reputacja zszargana, ludzie zabobonne, jeszcze w fatum uwierzą... Co za naród...

*

Wiosłował umundurowany policjant. Na rufie siedzieli dwaj mężczyźni, podobni jak klony, w niemalże identycznych pozycjach. Pierwszy obejmował nogami spoczywającą na dnie łodzi torbę lekarską, drugi – pokaźny plecak ze sprzętem fotograficznym. Na przedzie siedzieli Katateka i lokalny prokurator.
- Witaj James – agent odezwał się z przekąsem do kuśtykającego na końcu Maryśki, robiąc aluzję do Bonda. – Miałeś tylko obserwować, a tu słyszę nawet o jakimś truposzu. Za chwilę masz mi zdać dokładną relację, potem przesłucham resztę.
Katateka przedstawił zarówno siebie, jak i pozostałych po czym zaczął komenderować na przemian po polsku i angielsku.
- Pan, panie Wiktorzak zaprowadzi doktora i technika na miejsce zdarzenia, innych poproszę do budynku. Każdy z państwa ma za zadanie jak najdokładniej odtworzyć z pamięci wszystkie zaobserwowane w trakcie pobytu tutaj fakty. Po Michale chcę widzieć u siebie George’a.
- Yes, sir – obaj panowie jak na komendę zasalutowali do pustej głowy i zaśmiali się, bo nawet równo im wyszło.
Po około dwóch godzinach lekarz i technik odpłynęli, zabierając ze sobą ciało. Prokurator, na prośbę właściciela, zezwolił, by ten popłynął na ląd po zaopatrzenie. Wszak łódka była na stan obecny jedynym środkiem transportu pomiędzy lądem a wyspą. Pod wieczór przypłynęło wraz z Wiktorzakiem niespodziewanie dwóch nieznajomych mężczyzn. Natychmiast zaczęli wyrzucać na brzeg butle tlenowe, kontenery, a wreszcie przywiezioną żywność. Wyższy podszedł do Katateki i zameldował, podając kilka płyt CD oraz zabezpieczone folią metalowe pudełko.
- Brakujące zeznania, płyty z jakimiś beznadziejnymi piosenkami, podobno własnej produkcji i bardzo ciekawe zdjęcia. Zabierzemy się za robotę od razu o świcie. Nie będzie łatwo. Nie pamięta dokładnie miejsca, w którym wyrzucił zwłoki, pojęcie „środek jeziora” trudno wymiernie zlokalizować.
- W porządku. Natomiast państwa zapraszam na obiadokolację – agent rozdysponował metodą Zagłoby, w imieniu Wiktorzaka. – Potem poproszę o przeczytanie jeszcze raz złożonych zeznań i podpisanie. Myślę też, że będą państwo zainteresowani kilkoma słowami wyjaśnień.
Emmie zaczęły drżeć ręce, a twarz Giny przybrała odcień popiołu.
Kobiety.

*

- Na początek chciałbym zaprosić państwa na krótki pokaz zdjęć. To pudełeczko jest zrobionym przez denata własnoręcznie magazynem zdjęć. Faktycznie jest to miniaturowy twardy dysk, umieszczony w obudowie zasilanej przez akumulatorek. Umożliwia jedynie zegranie zdjęć z aparatu i zapisanie ich. Odtworzyć ich już na tym urządzeniu nie da rady. Gabarytami przypomina raczej małe radio niż kartę pamięci, toteż nie dziwi mnie, iż morderca nie wziął tego w ogóle pod uwagę jako czegoś na czym można przechowywać fotografie. Ot, jeszcze jedno pudełko. Błąd! Fotograf, jak podejrzewamy próbował szantażować przestępcę. Nie znaleźliśmy przy nim żadnej karty pamięci. Zostały wyjęte z obu aparatów. Nasi technicy odzyskali zdjęcia z tego właśnie pudełka. Po obejrzeniu zdjęć, Stanley Heres przyznał się do wszystkiego. Podwójnego morderstwa i przemytu narkotyków na wielką skalę – agent odwrócił się, ponieważ przerwało mu czyjeś westchnienie. – Do zakończenia sprawy morderca pozostanie w areszcie w Augustowie. Tym bardziej, że jego przyznanie się do winy jest bardziej niż lakoniczne. Mr. Heres powiedział o zabójstwach, o tym co znajdziemy w samochodach, po czym odmówił dalszych zeznań – kolejne westchnienie padło z drugiego końca sali.
- Że też nie uciekł od razu po wydostaniu się z wyspy – zdziwił się Tom.
- Do końca chciał ratować interes. Przyszedł rano do leśniczówki. Zrobiliśmy mu herbatę, po czym wyszczękał, że macie trupa i trzeba zawiadomić policję. Serce na moment mi stanęło – agent odwrócił się w kierunku Michała - zanim wydusił z siebie, kto nie żyje. Zawieźliśmy go do Augustowa. Po złożeniu zeznań uparł się, żeby zajechać do apteki, bo musi kupić lekarstwa na przeziębienie. Wybrał doskonale. Wejście do apteki znajdowało się w bramie kamienicy, której podwórko wychodziło na tyły dobrze znanego nam warsztatu. Mając ptaszka w garści, zajęliśmy warsztat i całe towarzystwo znalazło się w areszcie. Początkowo tłumaczył się, że zabłądził wychodząc z apteki, ale mechanik zdecydował się puścić farbę. Za złagodzony wyrok, jeśli ujawni szefa. No i ten sprzęt fotograficzny...
- Dlaczego te zdjęcia są takie dziwne? – zapytała Emma. – Nigdy takich nie widziałam.
- My też. Jak zauważyliśmy, fotograf posiadał zacięcie racjonalizatorskie. Skonstruował krzyżówkę lustrzanki z kamerą noktowizyjną. Zdjęcia, które  widzimy są zdjęciami w podczerwieni. O na tych, ktoś włazi pod samochód, idzie na brzeg jeziora, nachyla się. Potem następna postać. Prawdopodobnie sprawdza pod pojazdem, co robił poprzednik. Musiało być mu to bardzo nie na rękę, bo podchodzi od tyłu i...
- Aaa, on mu złamał głowę! – z odrazą wykrzyknęła Gina.
- Nie złamał głowę, a skręcił kark.
- Ale z tych zdjęć nie da się rozpoznać kto to – stwierdził Tom.
- Owszem. Dzięki temu urządzeniu wasz fotograf jedynie ustalał parametry do wykonania właściwego ujęcia. Oto zdjęcia z drugiego aparatu – na ekranie laptopa wyraźnie prezentowała się wykrzywiona wysiłkiem twarz Stana, ciągnącego bezwładne ciało Egona w stronę łódki.
- Technicy twierdzą, że szanse na zrobienie tego zdjęcia były mizerne. Jest robione bez dobłysku, fotograf z genialnym refleksem wykorzystał po prostu oświetlenie księżyca. Zawodowiec, ale i farciarz.
- Aha, zwłaszcza, że stracił przez to życie – pomamrotał Michał pod nosem, niezadowolony z początkowych pretensji Katateki, wnoszonych pod jego adresem.
- Nie rozumiem, po co zabijał Egona – włączył się George. – I po co ten stary ramol tarzał się pod samochodem?
- Po wstępnych oględzinach wiadomo, że samochód był już nafaszerowany narkotykami. Podczas zabezpieczania antykorozyjnego wtłoczono proszek w przestrzenie zamknięte pojazdu i w zamontowane drugie dno. Sądząc po tym, że przewody hamulcowe były ponacinane, Egon próbował definitywnie załatwić swoje porachunki z Georgem, a Stan zadziałał w przekonaniu, że odkrył on tajemnice przemytu, będąc może podstawionym policjantem. Faktycznie planowałem pewną prowokację, by namierzyć chytrego lisa, który zagnieździł się w waszym stowarzyszeniu. Chcieliśmy sprokurować wypadek po drodze do Augustowa. Dzięki Michałowi wiedzieliśmy, który z samochodów będzie prowadził George. W ten sposób miałby niby przypadkiem odkryć heroinę i sprowokować szajkę do działania. Co tak młody oczy wybałuszasz? Przecież nie mogłem puścić cię samego, bo twój ojciec by mnie żywcem z piór oskubał! George, ze spreparowanym życiorysem dawno został do nas oddelegowany ze Scotland Yardu. Wątpliwą, ale jednak jakąś tam asekurację ze strony Maryśki miał. Wichura pokrzyżowała wszystko...
- Zuch chłopak! Dedukował jak rasowy pies i nawet mnie, zupełnie słusznie zresztą, uniewinnił – zaśmiał się Anglik.
- Ale przecież ty naprawdę jesteś poetą! – zaprotestował Steve, łapiąc George’a za klapy od marynarki. – Nie mogę się mylić.
- No i co to komu szkodzi? – podsumował Katateka.


........................................................................................................................................

  Kto powiedział, że motto musi być na początku utworu? Mottem tego opowiadania będzie krótka historia na zakończenie:
„Kiedyś, dawno, dawno temu, czyli jakieś kilkanaście kilogramów wstecz widziałem jako student pięknie udrapowanego pod ścianą ćpuna. Siedział z wbitą w żyłę igłą, z wybitymi zębami, z rozbitym łbem,  z oczami wbitymi w sufit i mamrotał z przejęciem – poooezjaaa!
-    Romantyk – pomyślałem sobie bez zazdrości”.





Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się.

 

Komentarze
Dodane przez skowron w dniu 2009-08-04 10:24:08
Fajna sprawa w klimacie i pomyśle na niecodziennych bohaterów. Autor darował sobie zjechane schematy, co daje pole do swobodniejszego potraktowania fabuły i pewnych, dość lekko i zabawnie potraktowanych impresji o tworzeniu poezji. To się po prostu czyta. Opowieść przerwana dokładnie tam, gdzie należało, żeby rozbudzić naszą ciekawość...