Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Topielica, Gaja Grzegorzewska
środa, 26 maja 2010

Topielica, Gaja Grzegorzewska

Pierwsza myśl, która się nasuwa po przeczytaniu „Topielicy”: to skandynawski kryminał na polskich warunkach, wciąż jednak inspirowany twórczością brytyjskiej królowej kryminału. Grzegorzewska wytacza tym razem ciężkie obyczajowe działa. Jedną z ofiar jest zamordowana w okrutny sposób czteroletnia dziewczynka. Jednak mroczne realia, u Anne Holt czy Indridasona przygnębiające, są tu złamane przez ironiczny język, którym autorka dystansuje się od wisielców i topielców. Grzegorzewska nie lubi długich zdań. Oszczędność języka nadaje narracji zawrotne tempo i nie pozwala się dłużej zatrzymywać nad aspektami obyczajowymi, chociaż są właściwą treścią kryminalnej zagadki. Językowy rytm stanowi ramy świata Julii Dobrowolskiej, skonstruowanego tak, że jego prawdziwość zdaje się nie ulegać wątpliwości. Wywołuje to odległe skojarzenia z małymi światami hodowanymi na parapecie pracowni przez jednego z naukowców u Lema: świat Dobrowolskiej istnieje, styka się w istotnych punktach ze światem rzeczywistym i świetnie radzi sobie bez naszej ingerencji. Dlatego czytelnik nie musi angażować się w przeżywanie dramatu bohaterów. Zbrodnia jest po prostu rozrywką. 

Tłem wydarzeń nie jest tym razem Kraków, ale Mazury. Głównych bohaterów znamy już z poprzednich powieści Grzegorzewskiej. Prywatna detektywka Julia Dobrowolska wyjeżdża razem ze swoim nie tylko telewizyjnym partnerem, Wiktorem Bergenem, na wakacje. Tam spotykają swojego byłego kochanka, komisarza Aarona Goldenthala. Ale – jak to zazwyczaj bywa – prywatni detektywi nawet na wakacjach są w pracy. Więc Julia też. Zwłaszcza, gdy podczas kąpieli w jeziorze znajduje niezbyt apetycznie wyglądającego topielca. A to, rzecz jasna, dopiero początek.

U Grzegorzewskiej, podobnie jak w innych pisanych przez kobiety kryminałach, przyjemny jest brak przymusu konstruowania szczegółowych opisów technicznych. Wielu polskich pisarzy kryminalnych, których nazwiska pozwolę sobie pominąć, wpada w pułapkę mini-dygresji spowalniających narracyjne tempo. Nie wnoszą one nic do fabuły, a ich pozbycie się bardzo by pomogło polskiej literaturze kryminalnej. Grzegorzewska skupia się -  o ile można tak powiedzieć - na aspektach psychologiczno-społecznych. Jeśli już w „Topielicy” pojawiają się techniczne szczegóły, są przedstawione krótko, zwięźle i obrazowo. Zresztą w ten sam sposób Grzegorzewska radzi sobie z charakterystykami bohaterów: przypominają mistrzowskie opisy Borisa Viana, który potrafi przedstawić bohatera w trzech słowach, a czytelnik ma wrażenie, że zna go od dawna.  

W narracji dominuje wątek – czy raczej: wątki - obyczajowe, którym towarzyszy wątek kryminalny. Grzegorzewska, już właściwie tradycyjnie, bawi się erotyką – i widać, że zabawę ma przednią. Piętrowa konstrukcja zbudowana z dziennych i nocnych przygód seksualnych bohaterów jest jak stawiany z wprawą na oczach widzów domek z kart, który ku ich zaskoczeniu nie rozsypuje się, chociaż autorka wydaje się zupełnie nie zwracać uwagi na drobiazgi w rodzaju orientacji seksualnej. Zasada jest prosta: do tanga trzeba dwojga – albo dwójki. Przynajmniej. Nie ma się jednak wrażenia, że kryminalna zagadka ma tłumaczyć obyczajowe obrazki, „dodane” do właściwej, WHODUNITowej narracji. Tu wszystko jest właściwą narracją. Nie ma zbędnych elementów. Patologiczna obyczajowość rodem ze Skandynawii – jeśli wierzyć ich literackiemu realizmowi - spotyka się wpół drogi ze starannie skonstruowaną klasyczną zagadką, nawiązującą do jednego z lepszych pomysłów Agathy Christie. A że to wpół drogi wypada w świecie Grzegorzewskiej, pełnym trafnych obserwacji i ich zwięzłego, dowcipnego i ironicznego wyrażania, „Topielica” jest świetną rozrywką.


Topielica, Gaja Grzegorzewska

Wydawnictwo: EMG

Kraków 2010

Stron: 236