Strona główna
Recenzje i wywiady
Jul, Paweł Goźlinski
Recenzje i wywiady
Jul, Paweł Goźlinski | sobota, 29 maja 2010 | |
Konstrukcja dekonstrukcji„Jul” to naprawdę porządnie napisany kryminał.Rzecz dzieje się w kręgach polskiej emigracji w Paryżu, w lipcu 1845 roku. Ale, zgodnie z zapowiedziami, nie jest to kolejny pean na cześć naszych narodowych wieszczów. To kryminał. Dlatego dotyka mrocznej strony emigracji, prowadzi czytelnika przez ciemne zakątki duszy bohaterów. A wśród nich są zarówno Polacy, jak i Francuzi, zmęczeni Polaczkami i ich nieustannym, niespełnionym marzeniem o wielkiej rewolucji, o tyle nierealnym, że pozostającym ciągle w sferze słów. Pieniądze przysyłane przez rodziny i datki francuskiego rządu są przepuszczane przy karcianych stolikach, w oparach alkoholu i objęciach kobiet lekkich obyczajów. Towiańczycy rosną w siłę. Ten moment wybiera morderca, by rozpocząć swój spektakl śmierci, w którym aktorami i widzami są polscy patrioci. Główny bohater, Adam Podhorecki, zostaje wplątany w ów przerażający spektakl, budząc zainteresowanie francuskiej Sûreté, która i bez Polaków ma dość własnych problemów. Do tego jeszcze Podhorecki pozostaje w sferze zainteresowań Moskwy. Goźliński bez obaw wplątuje w intrygę Mickiewicza, Towiańskiego, Słowackiego i Krasińskiego. Stosuje przy tym klasyczny chwyt – wieszcze pojawiają się tylko w drugim planie, przemykając przez myśli i słowa Podhoreckiego i jego przyjaciół.Intryga jest rodzajem historii kontrfaktycznej. Goźliński to specjalista od dramatu romantycznego. Doskonale zarysowane tło historyczno-obyczajowe sprawia, że wątek kryminalny jest bardzo prawdopodobny: odnosimy wrażenie, że tak właśnie mogło być, że Goźliński dotarł po prostu do archiwów Sûreté i stworzył fabularyzowaną wersję historii z połowy XIX wieku. Potężna wiedza o epoce nie tylko wzmacnia wiarygodność kryminału, ale także pozwala Goźlińskiemu na lekkie i nienachalne literackie aluzje. Poruszamy w się w dobrze znanym świecie, świecie „Dziadów” i „Snu srebrnego Salomei”, ale oglądamy go od zupełnie innej strony. Goźliński zabiera czytelnika na wycieczkę po epoce - oprowadza go zaułkami, prowadzi przez podwórko Mickiewicza z jego rozkrzyczaną żoną, podwozi powozem Krasińskiego, opowiadając historię widzianą przez Podhoreckiego, dla którego dzieła Mickiewicza są równie cenne, jak Biblia.Rzetelności w sferze faktów towarzyszy językowa błyskotliwość. Goźliński jest prezesem Instytutu Reportażu, a sposób, w jaki prowadzi narrację, świadczy o tym, że nie został nim przez przypadek. Poprawność językowa – najczęstsza przypadłość debiutantów – zostaje daleko w tyle, a Goźliński wspina się na szczyty kunsztu wyrażania myśli w sposób przenoszący czytelnika w świat Podhoreckiego. Akcja nie rozkręca się powoli, by na dobre zacząć się gdzieś na sześćdziesiątej stronie. Autor korzysta z zasad reporterskich: od razu przykuwa uwagę, zwycięża czytelnika na pierwszej stronie, nie pozwalając mu odłożyć książki. Do tego dochodzi pozbawiony ironii styl, trafne (niechętni mogliby powiedzieć, że zbyt trafne) obserwacje, potęgujący napięcie rytm, brak odnarratorskich dygresji. Końcowy |




















TWIST