Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Ręczna robota, Ryszard Ćwirlej
wtorek, 20 lipca 2010

Zręczna robota


Akcja „Ręcznej roboty”, tak jak dwóch poprzednich książek („Upiory spacerują nad Wartą z 2007 r.  i wydany pół roku później „Trzynasty dzień tygodnia”) rozgrywa się w czasach PRL-u. Umieszczenie jej w „słusznie minionych czasach” nie jest wymuszone przez ostatnią modę na nylonowe siatki, syfony, popiersia Stalina czy syrenki i warszawy. PRL nie jest ani głównym bohaterem, ani komercyjnym dodatkiem do fabuły. Jest jej integralną częścią. Ćwirlej pokazuje go na dobrze narysowanych obyczajowych obrazkach. Zaczyna od Dnia Kobiet w 1986 roku, z goździkami, wyrobami czekoladopodobnymi, kawą po turecku i wódką. Oraz trupem: i to nietypowym, bo z obciętą ręką.

Kryminał jest zbudowany klasycznie: zaczyna się od znalezienia zwłok, a czytelnik towarzyszy milicjantom w śledztwie. Udaje się je zakończyć w ciągu tygodnia, zgodnie z oczekiwaniami szefa wydziału kryminalnego, pułkownika Żyto, który wymaga od swoich podwładnych, by sprawy kryminalne były rozwiązywane natychmiast. Stąd dobry zwyczaj posiadania listy łatwych do znalezienia ewentualnych podejrzanych do szybkiego aresztowania. Tym razem jednak sprawa jest poważna: ktoś morduje kolejarzy w okrutny sposób, obcinając na żywo im dłonie. Czytelnik w towarzystwie milicjantów oraz osobistości poznańskiego półświatka zwiedza Poznań – wszystkie jego bardziej nielegalne zakamarki, cinkciarskie meliny, kanciapy i prywatne burdele. Akcja przenosi się też kilka razy do Katowic, co daje autorowi okazję do zderzenia gwary śląskiej z poznańską. Język, którym posługują się bohaterowie, nie parodiuje tej ale sprawia, że stają się oni bardziej wiarygodni, prawdziwsi. Dla tych czytelników, którzy nie wiedzą, co to szkieły, ćmiki, mela czy bana, na końcu książki został umieszczony słowniczek.

Ćwirlej nie rysuje milicyjnej karykatury. Milicja nie jest u niego ani chlubą minionego systemu, ani skazą na honorze, ani tworem z samej racji bytu parodystycznym. Milicjanci to ludzie, którzy – tak, jak inni - muszą żyć w absurdalnej rzeczywistości. Zresztą nie tylko oni. Ćwirlej jest autorem, który dba o swoich bohaterów, zarówno tych pierwszoplanowych, jak i pojawiających się w narracji tylko na chwilę. Wszyscy są ludźmi z krwi i kości, z własnymi poglądami, własnym sposobem radzenia sobie z systemem. Mimo, że przez książkę przewija się tłum świetnie zarysowanych postaci, z których każda wnosi coś do rozwiązania zagadki, fabuła jest prowadzona bez potknięć. Ta wielowątkowość przyjemnie urozmaica grę, w którą grają zazwyczaj wszyscy czytelnicy kryminałów: kto pierwszy rozwiąże śledztwo – czytelnik czy bohater.

„Ręczna robota” na pewno nie jest tak poważna, jak poprzedni „Trzynasty dzień tygodnia”, opowiadający o pierwszych dniach stanu wojennego. Ćwirlej świetnie sobie radzi z aluzyjnymi scenami, mruga do czytelnika zza pleców swoich bohaterów. Pokazuje ich nie tylko w pracy, ale także w domu: majora Alfreda Marcinkowskiego jako młodego ojca, który po urodzeniu się syna przestał pić, wprawiając kolegów w zdumienie. Pułkownika Mirosława Brodziaka wraz z Marzeną, jego dziewczyną, która mając dość nietrzeźwego faceta, wyrzuca go z krzykiem z domu. Ćwirlej wprowadza nas do domów kolejnych bohaterów, trochę tak, jakby oprowadzał nas po muzeum PRL: wiezie nas tramwajem, w którym młodzi krzyczą „Znajdzie się pała na dupę generała”. Jego kryminał przypomina trochę skandynawski pomysł na społeczny realizm. Tyle, że u Ćwirleja sceny, które teraz bawią swoją prawdziwością, w 1986 roku bawiły niewielu. Można je odczytać jako rodzaj niewielkiego memento dla tych, którzy komunizm wspominają z sentymentem; na szczęście nie ma ono nic wspólnego z moralizowaniem, jakie się czasem autorom kryminałów przydarza. Bliżej mu do „Wrońca” Jacka Dukaja, choć gatunek wymaga, by mówić wprost, a nie metaforycznie.

Ćwirlej dołącza swój obrazek do panoramy PRL malowanej przez na przykład przez Joannę Chmielewską czy Krzysztofa Kąkolewskiego. Różni się jednak od nich znacząco. W „Reporterze kryminalnym” Kąkolewski pokazuje dzielnych milicjantów, chwytających bandytów mimo kiepskiego sprzętu i trudnych warunków. Chmielewska z przymrużeniem oka pokazuje realia kryminalno-milicyjne. Ćwirlej za to skupia się na kryminalnej zagadce, której jednak bez PRL by nie było, bo nie byłoby też słynnego pociągu relacji Belin-Poznań, kombinacji domorosłych przemytników tego, czego nie da się legalnie kupić, czyli wszystkiego,  oraz nielegalnego handlu dolarami pod Peweksem. Używa do skonstruowania fabuły i ubrania jej w słowa wszystkiego, czym był PRL. I robi to naprawdę dobrze.

Marta Stasiak

 

Ręczna robota, Ryszard Ćwirlej

Wydawnictwo W.A.B.

Mroczna seria

Warszawa 2010

Stron: 396