Trzeci dzień MFK Wrocław 2010

Trzeci dzień Międzynarodowego Festiwalu Kryminału rozpoczął wykład Wojciech Orlińskiego. Dziennikarz Gazety Wyborczej, prywatnie zagorzały wielbiciel Stanisława Lema, postawił tezę, że literaturę kryminalną i science fiction więcej łączy niż dzieli. Oba gatunki przywiązane są do bardzo racjonalnego spojrzenia na świat, a wpisane w ich konwencję postaci detektywa i naukowca często wymieniają się rolami: detektyw prowadzi badania, a naukowiec - śledztwo. Prócz tego wyrastają ze wspólnego korzenia, którym jest ni mniej ni więcej, a twórczość Edgara Allana Poe. Co zabawne Poe pisał bez świadomości, że właśnie kładzie podwaliny pod dwa zupełnie osobne gatunki, raczej z myślą o tym co lepiej się sprzeda. Amerykańskiemu romantykowi odmówić nie można życiowego pragmatyzmu, to że chciał przede wszystkim się utrzymać brzmi racjonalnie i przekonująco, a że przy okazji stworzył pierwszego literackiego detektywa (Augusta Dupina) i opowiadania z ducha fantastyki naukowej – tym lepiej dla nas.


Po E.A. Poe (dodam, że nie jedynym bohaterze wykładu Wojciecha Orlińskiego) uwaga zebranych w Literatce skupiła się wokół innego amerykańskiego pisarza – Rossa MacDonalda. Wygłaszający wykład trzej Marcinowie (Baran, Sendecki i Świetlicki) już rok temu podjęli się odpowiedzialnej misji  krzewienia w narodzie wiedzy na temat trzech wieszczy amerykańskiego kryminału noir. Projekt jest w toku. Był już Raymond Chandler, a za rok zajmą się Dashiellem Hammettem. Marcinowie, miast tradycyjnej formy prelekcji, postawili na luźną formę pogadanki o przyjemnościach i wątpliwościach towarzyszących lekturze MacDonalda. Co zabawne, mieli na jego temat chwilami dość diametralnie odmienne zdania. Sendecki z Baranem upierali się, że po śmierci MacDonalda kryminał czarny umarł, czemu stanowczo zaprzeczał Świetlicki, kokieteryjnie dodając, że gdyby wiedział, że padnie taka teza w ogóle do kolegów by nie dołączył. Co do jednego byli natomiast zgodni, że MacDonald wielkim stylistą był, a postać Lew Archera, który w odróżnieni od Sama Spade’a i Philip Marlowe’a nie pił przed południem, to detektyw nowej generacji. Przy okazji prelegenci ogłosili konkurs. Zadanie jest banalne. Wystarczy przeczytać „Błękitny młoteczek” i odnaleźć ukochane zdanie Marcina Świetlickiego, zdanie tak piękne, że chciał je sobie wytatuować na ciele, ale ponieważ ostatecznie tego nie uczynił, zapomniał jak ono brzmi.


Laureat tegorocznej Honorowej Nagrody Wielkiego Kalibru Jo Nesbø nie czuje się gwiazdą, choć ma wszelkie powody po temu. Nie mniej jednak w stan wielkiego ukontentowania wprowadziło go przybycie dwóch nieletnie fanki, które na spotkanie z nim przyjechały z Warszawy. Ściśle – uciekły z domu. Wspaniale jest przyjechać na spotkanie do obcego kraju i  zobaczyć nastoletnie fanki. Każdemu radzę iść do domu, napisać książkę i w nagrodę doczekać takiej chwili.


Styl pisania Nesbø, w porównaniu z innymi skandynawskimi pisarzami kryminałów, jest stosunkowo „mało skandynawski”, a bardziej amerykański z ducha. Gdy przygotowywał się do pisania pierwszej powieści czytał bardzo dużo rodzimej literatury, ale bynajmniej nie kryminalnej, stąd nawet nie miał świadomości jak jego książka będzie mieć się do innych. Nesbø docenia zasługi Maj Sjöwall i Per Wahlöö, którzy stworzyli podwaliny pod tradycję dobrego kryminałopisarstwa. Dzięki ich powieściom kryminały zyskały na znaczeniu, awansowały z literatury kioskowej na półki w księgarniach. Nie mniej jednak szwedzki duet nie wywarł na jego twórczość większego wpływu. Bliższa mu była tradycja amerykańskiego czarnego kryminału, stąd w jego powieściach mniej problematyki społecznej. Nesbø inspirowała głównie kioskowa literatura typu pulp. Jego ulubionym pisarzem był James Thompson, który spłodził całą masę fatalnych kryminałów, ale przytrafił mu się okres niezwykle płodny i owocny. Niczym pod wpływem boskiego dotyku, w ciągu osiemnastu miesięcy napisał sześć najlepszych powieści. Nesbø bardzo ceni również komiksy Franka Millera.


Harry Hole, główny bohater powieści Nesbø jest alkoholikiem, bo jest spragniony. Pisarz przyznał, że był zmęczony tą niesłychaną wydajnością detektywów z klasycznego czarnego kryminału, którzy piją przez całą dobę, nigdy nie mają kaca i rześcy biorą się do pracy, a alkoholizm nie stanowi dla nich żadnego problemu. Dla Hole’a to miał być problem.

Ale Nesbø opowiadał nie tylko o swojej twórczości pisarskiej. Objawił się jako wielki fan piłki nożnej, kibic norweskiej drużynie Molde, co nie jest łatwym zadaniem, bo drużyna gra kiepsko, głównie przegrywa, a kibicowanie jest raczej pasmem udręk i cierpień niż radości. Kibicował polskiej drużynie w czasie mistrzostw świata w piłce nożnej w 1974. Do dziś pamięta bramki Grzegorza Laty.

Jo Nesbø, prócz tego, że pisze i kibicuje piłkarzom również śpiewa. Właściwie śpiewał z zespołem Di Derre zanim jeszcze zaczął pisać powieści. Wydawało mu się wówczas, że jest najsłynniejszym wokalistą w Norwegii. Było co do tego tak głęboko przekonany, że rękopis powieści wysłał do wydawnictwa pod pseudonimem. Gdy wezwano go na rozmowę z konsternacją odkrył, że w owym wydawnictwie nikt o nim nie słyszał. Di Derre istnieje i koncertuje nadal, ale jak przyznał Nesbø, głównie ze względu na jego książki, a nie piosenki.


I wreszcie gala. Prowadzona, już po raz siódmy, przez Irka Grina, który przez lata nabrał doświadczenia w błyskawicznym prowadzeniu części oficjalnych. Od razu zatem przeszedł do meritum i Honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru za całokształt twórczości wręczył Jo Nesbø, który przyznał, że w pierwszej chwili zmartwił się, że dostaje nagrodę za całokształt twórczości, bo tą zwykło przyznawać się starcom, ewentualnie tym, którzy osiągnęli już szczyt i teraz powoli się z niego staczają. Pocieszył go jednak brat zapewniając go, że teraz, mając taką nagrodę, stanie się nietykalny dla recenzentów.


Nagroda Wielkiego Kalibru za rok 2009 trafiła do debiutantki Joanny Jodełki, autorki powieści „Polichromia”. Jury w laudacji przyznało, że powieść Jodełki wszystkim się podobała, jest bardzo sprawnie napisana, a szczególnie ujęło ich, że policjanci nie nadużywają alkoholu. Wzruszona autorka przyznała, że po przeczytaniu kilka lat temu antologii „Trupy polskie” wyznała przyjaciółce, że kiedyś sama napisze kryminał. Gdy padło pytanie: po co? Odpowiedziała: aby dostać Nagrodę Wielkiego Kalibru.


Pod nieobecność zmożonego chorobą Prezydenta Miasta Wrocławia Rafała Dutkiewicza, nagrodę wręczał wiceprezydent Wojciech Adamski. Prezydent nakazał mu przekazać, że jeśli umrze to  Jo Nesbø ma być jego następcą, bo uwielbia jego książki i prosi o więcej.

Zofia Jurczak

Zdjęcia Krzysztof Łysek

Więcej zdjęć z trzeciego dnia