| środa, 23 lutego 2011 | |
Cook po raz trzydziesty
Spotkamy w niej patomorfolog Laurie Montgomery-Stapleton i jej męża Jacka, dobrze znanych miłośnikom medycznych Cook umiejętnie prowadzi nas przez swoją fabułę, w prostych słowach wyjaśniając wagę owego komórkowego odkrycia (w rzeczywistości dokonanego w 2007 roku). Dzięki temu czytelnik, który już dawno zapomniał o lekcjach biologii, nie musi dokształcać się z nowych zagadnień, a detale nie przesłaniają sensacyjnego wątku. Medyczny pretekst jest bowiem równie dobry, jak każdy inny (a w wykonaniu Cooka może nawet lepszy) do skonstruowania trzymającej w napięciu fabuły. Laurie Montgomery wraca właśnie do pracy po przedłużonym ze względu na chorobę dziecka urlopie macierzyńskim. Jak zwykle nie ufa swoim umiejętnościom, bierze więc na początek banalny – wydawałoby się – przypadek pozornie naturalnego zgonu niezidentyfikowanego Japończyka. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie spróbowała – mimo prawie zupełnego braku informacji – rozwikłać zagadki. A kiedy Laurie podejmuje wyzwanie, nic nie jest w stanie sprowadzić jej z tropu. Kłopot w tym, że rozgryzając tajemnicę zgonu i łącząc ze sobą kolejne dziwne zabójstwa, nieświadomie naraża życie swoich bliskich. Jej umiejętności śledczych boi się bowiem mafia, która ma swój udział w komórkowym biznesie. Obserwujemy więc w równoległych wątkach śledztwo ambitnej patomorfolog, poczynania japońskich i amerykańskich gangów oraz losy szefa firmy będącej właścicielem cennego patentu związanego z komórkami iPS. Mafia nie radzi sobie zbyt dobrze, firma również, więc zwłok w kostnicy przybywa. Dreszczyku dodaje całej historii fakt, że Laurie, która otrzymuje anonim mający ją zniechęcić do grzebania się w sprawie morderstwa, kompletnie go lekceważy, sądząc, że to powitalny dowcip. Fabuła toczy się wartko, trup ściele się odpowiednio gęsto, utalentowana Laurie odwala za policję czarną robotę, prowadząc śledztwo własnymi siłami, mafia nad nią „czuwa” i wszystko nieuchronnie zmierza ku nieszczęśliwemu zakończeniu. Cook pozwala nam upewnić się, że z wymyślonej przez niego sytuacji nie ma innego wyjścia niż to tragiczne dla głównych bohaterów. Kiedy dochodzimy do punktu kulminacyjnego, wraz z bohaterami ogarnia nas bezsilność. I zaraz potem Cook wprowadza do fabuły nowe postaci, które jak Deus ex machina przywracają porządek w powieściowym świecie. Dobrzy zostają ocaleni, źli otrzymują karę (tak się jakoś składa, że w większości karę śmierci), a my zostajemy z happy endem. Jak na thriller przystało.
Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
|


























Robin Cook przekroczył już siedemdziesiątkę. Nie przeszkadza mu to być na bieżąco w zagadnieniach medycznych. „Niebezpieczna gra” to jego trzydziesta książka.
THRILLER