Advertisement
Strona główna
środa, 02 marca 2011

Pisać jak Agatha


Image„Zbrodnia w błękicie” to debiut Katarzyny Kwiatkowskiej. Trzeba przyznać, że całkiem udany. Kwiatkowska sięga bowiem po sprawdzony kryminalny schemat, ulubiony przez brytyjską królową kryminału – czyli locked-room, i realizuje go przyzwoicie.


Rzecz dzieje się (z małym odstępstwem) w ziemiańskim pałacu zasypanym śniegiem. Kiedy zostaje popełniona zbrodnia, nie ma wątpliwości, ze musiał jej dokonać ktoś z wewnątrz. A do kryminałów Christie upodabnia „Zbrodnię w błękicie” nie tylko zamknięta przestrzeń zbrodni, ale także klimat tej przestrzeni – rzecz dzieje się u schyłku XIX wieku, mamy więc oprócz głównych bohaterów cały zastęp służby, a dobrze urodzeni i wysoko postawieni uważają, że powinni być rozliczani według innych praw niż pokojówki czy lokaje. Zresztą autorka czerpie z klasyki pełnymi garściami : wystarczy wspomnieć, że główny bohater – Jan Morawski, podróżnik i detektyw - rozwiązuje zagadki razem ze swoim służącym, Mateuszem, i obaj lubią porównywać się do duetu Holmes-Watson. Mateusz wozi nawet ze sobą czapkę w kratkę, lupę, fajkę – i kilka książek o przygodach detektywa. Autorka dba o szczegóły: pierwsze polskie wydanie przygód Holmesa ukazało się już w 1911 roku, Mateusz mógł więc zdążyć zachwycić się literacką nowinką.

Choć mamy ostatnio modę na kryminały retro, „Zbrodnia w błękicie” z akcją rozgrywającą się w przeszłości nie nuży. Może dlatego, że najważniejsza pozostaje jednak kryminalna zagadka, a historia jest tu opowiadana bardziej od strony obyczajowej. Ucierpieć mogą na tym jedynie ci miłośnicy kryminałów, którzy czytając opisy wspaniałych dań podawanych przez pałacową kucharkę odbędą podczas lektury liczne wędrówki do lodówki. Trzeba też dodać, że z realiów historycznych Kwiatkowska konstruuje oddzielną zagadkę, wplecioną w sprawę morderstwa, dzięki czemu nie nudzimy się przydługimi opisami rzeczywistości pod zaborem, ale przyglądamy się jej uważnie i z ciekawością. Również dlatego, że autorka umiejętnie dawkuje nam informacje.  

Brawa należą się za sposób, w jaki jest skonstruowana intryga kryminalna. Autorka wzorem mistrzyni bawi się z nami w kotka i myszkę – czytając, przechodzimy od koncepcji „wszyscy podejrzani” do „wszyscy niewinni” i powrotem,  a rozwiązanie wcale nie robi się bardziej oczywiste. Być może Kwiatkowska wzięła sobie do serca wypowiedź Christie: „Gdy piszę powieść kryminalną, niemal na każdej stronie przychodzą mi do głowy nowe pomysły. Często jeszcze w połowie książki zmieniam mordercę.” Nie wpływa to jednak na spójność całej historii, a drobne szczegóły, które na początku wydają się nieistotne, zaczynają mieć znaczenie w miarę upływu czasu.

Kwiatkowska nie sili się też na budowanie skomplikowanych portretów psychologicznych swoich bohaterów. Są przez to nieco schematyczni, ale to również wpisuje się w konwencję, którą z powodzeniem przyjęła debiutantka, a co najważniejsze – przydługie portrety nie przysłaniają kryminalnego głównego wątku. Mamy więc pana domu, Tadeusza Tarnowskiego, dobrego dziedzica, jego żonę – delikatną Julię-wegetariankę, surową ochmistrzynię Marię, trzymającą dom silną ręką, dzięki czemu wszystko w nim dobrze funkcjonuje. Mamy ich gości: zadufanego w sobie posła Koła Polskiego, jego siostrę,  której ulubionym zajęciem jest łamanie męskich serc, wyniosłą hrabinę. A przede wszystkim – Jana Morawskiego, tajemniczego podróżnika i detektywa-amatora oraz jego prawą rękę – służącego Mateusza: duet zgrany i przyjemny.

Przeszkadzać mogą jedynie dwie rzeczy.
Pierwsza z nich to język, który jest poprawny. A czasami szkoda, że autorka nie nadała mu czegoś charakterystycznego, czegoś od siebie. Nie chodzi tu o zabawy słowem, ulubione ostatnio przez część polskich „kryminalistów”, ale o to coś, co sprawia, że nie pomylimy jej książek z niczyimi innymi.
Druga rzecz wiąże się z pierwszą - to zbyt wiele słów, których Kwiatkowska używa, by przedstawić wymyśloną przez siebie rzeczywistość. Ten brak zwięzłości nie jest bardzo dokuczliwy, bo fabuła potrafi utrzymać przy sobie uwagę czytelnika, ale skutkuje tym, że akcja rozwija się niespiesznie, na dobre wciągając po pierwszych kilkudziesięciu stronach. Na szczęście język łatwiej dopracować niż intrygę – a z intrygą Katarzyna Kwiatkowska poradziła sobie dobrze. Pozostaje więc tylko czekać na kolejną część przygód Jana Morawskiego.
 
Marta Łysek
 
Zbrodnia w błękicie
Katarzyna Kwiatkowska
Zysk i S-ka
Poznań 2011
Ilość stron: 380