Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością
czwartek, 14 kwietnia 2011

Trochę jak Gardner

Po raz drugi w swojej pisarskiej karierze Paweł Pollak napisał kryminał. Tym razem jednak nie jest to powieść, ale zbiór czterech opowiadań. Tym, co zdecydowanie odróżnia je od innych, nielicznych zresztą, polskich opowiadań kryminalnych, jest moment zakończenia akcji. Zazwyczaj bowiem autor uznaje złapanie mordercy lub nawet samo wyjaśnienie zagadki zbrodni za odpowiednie zakończenie. Paweł Pollak nie poprzestaje na tym. Schwytanie mordercy to dopiero przygrywka do postawienia go przed sądem, gdzie wszystko jeszcze może się zdarzyć.

Można by rzec, że w takim sposobie konstruowania opowiadań nie ma nic odkrywczego: wystarczy być dobrym obserwatorem kryminalnej rzeczywistości, by widzieć, że starannie zebrane przez policję dowody często wystarczają do aresztowania przestępcy – i do niczego więcej. Trzeba jednak zaraz dodać, że schemat morderstwo - śledztwo - schwytanie mordercy jest najbardziej znanym i ogranym kryminalnym schematem. Najbardziej znanym, a więc i najłatwiejszym do powielania przez kolejnych twórców. Przeniesienie akcji na salę sądową wymaga od pisarza więcej wysiłku, niż poprzestanie na skonstruowaniu kryminalnej zagadki.

Paweł Pollak idzie w swoich czterech opowiadaniach jeszcze dalej. Pokazuje nam, że schwytanie przestępcy nie kończy sprawy – oraz, że wyrok sądu też nie musi być jej ostatecznym zamknięciem. Czytając składające się na „Między prawem a sprawiedliwością” opowiadania, mamy wrażenie, że zarówno poszczególne przypadki, jak i bohaterowie: policyjni detektywi oraz prokurator i jego asystentka, służą pewnemu nadrzędnemu celowi. A celem tym jest pokazanie, że wina i kara nie zawsze idą w parze, a między prawem a sprawiedliwością istnieje pewien rozdźwięk. Owszem, autor moralizuje – co zazwyczaj bardzo źle robi kryminałom, a jeszcze gorzej ich czytelnikom. Jednak w tym przypadku moralizowanie jest wybaczalne, bo nie stanowi nieznośnego dodatku do kryminalnej intrygi, ale jest konstrukcyjnym fundamentem opowiadań. Do tego każde z nich dotyka spraw, które były ostatnimi czasy szeroko dyskutowane na medialnym i społecznym forum: eutanazji, AIDS, kazirodztwa czy terroryzmu. Pollak zmusza nas do namysłu nie tylko nad tym, kto jest mordercą, ale nad – mówiąc górnolotnie – kondycją moralną współczesnego człowieka. W dodatku – co jest bardzo przyjemne - nie robi tego na skandynawską modłę.

Nie znaczy to wcale, że mamy się spodziewać pełnej powagi i prozy wysokich progów. Kryminał, choć podatny na międzygatunkowe manipulacje, pozostaje jednak kryminałem. I całe szczęście. Być może dlatego autor nie sili się na stworzenie własnego literackiego stylu. Język, którego używa, jest niewyszukany – Pollak nie bawi się w słowne gierki, stawia na proste opowiadanie faktów. Ta „kanciastość” języka przywodzi na myśl klasyków amerykańskiego kryminału  NOIR – Hammetta czy Chandlera. Możemy się zastanawiać, czy to celowy zabieg, zwłaszcza, że do kompletu akcja wszystkich czterech opowiadań została umieszczona w Nowym Jorku.

Ten językowy klimat „nieco-noir” nasuwa jeszcze jedno skojarzenie literackie – z kryminałami E.S. Gardnera, amerykańskiego prawnika i pisarza, którego najbardziej znanym bohaterem jest adwokat Perry Mason. Różnica między jego krótkimi powiastkami a opowiadaniami Pollaka polega na tym, że Mason jest adwokatem w stylu noir; nie waha się prowadzić własnego śledztwa, angażować w zleconą mu sprawę, zbierać dowodów i igrać z prokuraturą, która zazwyczaj zamierza zmienić miejsce pobytu jego klienta (a częściej: klientki) na dużo mniej wygodne i przestronne. Do tego jest kawalerem. Prokurator Edward James Harrison jest mężczyzną przed sześćdziesiątką, od trzydziestu lat szczęśliwym mężem jednej żony. Nie musi uganiać się po kraju w poszukiwaniu dowodów niewinności swojego klienta, bo nie jest obrońcą, ale oskarżycielem, a zbieraniem materiału dowodowego zajmują się dwaj policyjni detektywi, John McWane i Brian Sheppard. Nie naraża więc w pracy swojego życia, a zwłaszcza wyrobionej przez lata opinii. Nie flirtuje też ze swoją sekretarką. Ale, jak już pisałam, nie o bohaterów chodzi Pawłowi Pollakowi, ale o ukryte w kryminalnej narracji, wciąż aktualne pytanie o tytułowy rozdźwięk: ile się zmieści między prawem a sprawiedliwością?  A wnioski, na które sobie pozwala, zdecydowanie wychodzą poza kryminalny, z założenia rozrywkowy schemat.

Marta Łysek

 

Między prawem a sprawiedliwością
Paweł Pollak
Oficyna Wydawnicza Branta
Bydgoszcz 2010
376 stron