Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Dzień dobry, Irene, Carole Nelson Douglas
poniedziałek, 11 lipca 2011

„Co z tym tatuażem?”

Carole Nelson Douglas jest autorką siedmiu powieści o przygodach Irene Adler (w Polsce dotychczas ukazały się Dobranoc, panie Holmes i Dzień dobry Irene). Większość pewnie wie, kim Irene jest – a tym, którzy nie wiedzą, spieszę donieść: to jedyna kobieta, której udało się oszukać Sherlocka Holmesa. Pojawiła się w opowiadaniu Scandal in Bohemia Arthura Conan Doyle’a, opublikowanym w 1891 roku. Nie będę tu pisać, o czym ono jest – kto ciekaw, niech przeczyta.


ImageDzień dobry, Irene to druga z cyklu powieści, których akcja rozgrywa się po akcji opowiadania Doyle’a. Irene Norton – tak bowiem brzmi nazwisko bohaterki po zamążpójściu – przybywa do Paryża, by spędzić tu miesiąc miodowy. Pewnego dnia staje się świadkiem wyłowienia z Sekwany ciała marynarza. Ma on taki sam tatuaż, jaki Irene widziała kilka lat wcześniej u topielca wyłowionego z odmętów Tamizy przez Brama Stokera. Pani Norton nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała rozwiązać tajemniczej zagadki. Tym bardziej, że jej mąż ratuje od samobójczej śmierci Louise Montpensier, pannę z wysokich sfer, naznaczoną podobnym tatuażem. Niedługo po tym wydarzeniu niedoszła samobójczyni znika. Podążając tropem zagadki, Irene trafia do Monte Carlo, gdzie poznaje między innymi przyszłą księżną Monako, Alice Heine. W podróżach  towarzyszą jej oczywiście mąż Godfrey Norton i przyjaciółka Penelope Huxleigh. Tymczasem w Londynie pewien sławny detektyw dostaje zlecenie wyjaśnienia, co stało się z Louise…


Powieść, na wzór utworów Arthura Conan Doyle’a, została podzielona na rozdziały, będące zapiskami różnych osób. Losy Sherlocka Holmesa poznajemy z jego własnych notatek, a także – jak mogłoby być inaczej – z dzienników doktora Watsona. Narratorką większości rozdziałów jest jednak panna Huxleigh – córka pastora, przyjaciółka Irene i jej całkowite przeciwieństwo. To ona – bardzo brytyjska, staromodna, momentami wręcz sztywna – pilnuje, by Irene, szalona Amerykanka, dla której konwenanse nie są ważne, nie robiła tego, czego „statecznej mężatce” robić nie wypada.

Carole Nelson Douglas tak sprawnie miesza fikcję z rzeczywistością, że czytelnikowi niezorientowanemu w historii końca XIX wieku ciężko odkryć, kto istniał w rzeczywistości, a kto jest jedynie postacią stworzoną przez autorkę. Aktorka Sarah Bernhardt czy przyszła księżna Monako Alice Heine żyły naprawdę i stały się postaciami drugoplanowymi powieści Douglas. Równie barwnymi, jak grająca pierwsze skrzypce Irene. Powieść ta, na co warto zwrócić uwagę, jest bowiem zdominowana przez kobiece bohaterki (mężczyźni są tu ofiarami, sprawcami i pomocnikami) i kobiecy punkt widzenia, co ujawnia się w problemach obyczajowych w niej poruszanych (choćby tych z posagiem i małżeństwem), a także zachwycających – przynajmniej dla mnie – opisach strojów i wystrojów tamtych czasów.

Na szczęście tło historyczne i obyczajowe jest tylko dodatkiem – Dzień dobry, Irene to przede wszystkim świetna powieść przygodowa, napisana z dużą dozą humoru. Język powieści jest całkowicie współczesny i podobnie jak akcja dynamiczny, co możemy uznać wyłącznie za zaletę. Bohaterowie natomiast mogliby zostać przeniesieni do czasów współczesnych i nic by na tym nie stracili – poza tym, że panna Huxleigh na widok obecnego „upadku obyczajów” prawdopodobnie dostałaby zawału.


Ewa Wrona

Dzień dobry, Irene
Carole Nelson Douglas
Przekład: Magda Białoń-Chalecka
Wydawnictwo Bukowy Las
Wrocław 2011
Liczba stron: 384

Wygraj egzemplarz książki