Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Gwałt, Joanna Chmielewska
poniedziałek, 25 lipca 2011

Takie rzeczy to tylko u Chmielewskiej

Kiedy na rynku pojawia się nowa powieść Joanny Chmielewskiej, w różnej maści recenzjach i opiniach jak bumerang wracają zarzuty wobec Autorki: że się powtarza, wykorzystuje wciąż takie same postaci i motywy. Niewątpliwie jest w nich sporo racji. Ale w związku z tym rodzi się pytanie: czy to już autoplagiat, czy jeszcze własny, niepowtarzalny i niezmienny od wielu już lat styl?

ImageAle po kolei. Polska, czasy głębokiego PRL-u. W Płocku odbywa się rozprawa sądowa. Oskarżony o gwałt Klimczak to miejscowy donżuan, który niedawno wyszedł z więzienia. Ofiara, Stefcia, „z własną cnotą boryka się dzielnie przez dłuższy kawałek swojego życia i w końcu wybiera tego jedynego, a on jakoś nie docenia otrzymanego daru. Zraniona i rozczarowana oskarża go o gwałt” (zaczerpnięte z opisu wydawcy). Sprawie przewodzi sędzia, którego osiągnięcia językowe bliskie są osiągnięciom pana Muldgaarda (kto nie wie, o kim mowa, niech sięgnie po Wszystko czerwone). Oskarżycielem jest niejaki Kajtuś, „pies na baby”. W procesie bierze też udział Patrycja, dziennikarka, prywatnie obiekt uczuć niestałego pana prokuratora (któremu świeżo odpadło wice), dzielnie stawiająca mu opór, mimo wyraźnej doń słabości. A za pozornie prostą sprawą o gwałt kryje się coś więcej...

Co wnikliwsi czytelnicy utworów Chmielewskiej po przeczytaniu tego opisu krzykną: zaraz, zaraz, przecież o tym było w autobiografii! Bowiem, choć ciężko w to uwierzyć, autorka w takim procesie rzeczywiście brała udział. Mało tego, wypowiedzi sędziego są autentyczne, w co uwierzyć jeszcze trudniej. Jedyne, przy czym autorka puściła wodze wyobraźni, to wyjaśnienie – bowiem, jak przyznała, cała sprawa była tak idiotyczna, że nie była w stanie jej zrozumieć.

W bohaterach, stwierdzam z przykrością, nie ma nic oryginalnego. Chmielewska pod względem konstrukcji postaci podąża wydeptanymi przez siebie ścieżkami. Patrycja jest silną kobietą z dużym poczuciem humoru, Kajtuś to niepoprawny kobieciarz (swoją drogą, który to już raz pojawia się w utworze „królowej kryminału” przystojny pan prokurator, wzorowany na niegdysiejszym partnerze życiowym autorki?). Ale warto pamiętać, że ten typ bohaterów jest przecież cechą typową dla twórczości Chmielewskiej – i gdyby nagle napisała powieść o, dajmy na to, współczesnych studentach, wyszłoby po prostu sztucznie.

Na plus trzeba autorce zaliczyć to, że wróciła do osadzania swoich powieści w realiach, o których pisze najciekawiej. Polska Ludowa i tajemnicze drugie, mało tego, trzecie dno – które, cytując Autorkę, musi być gdzieś wysoko, bo wszystko w tym kraju stoi na głowie – to tematy, które najlepiej Chmielewskiej wychodzą.

Książki „polskiej królowej kryminału” stanowią zazwyczaj połączenie powieści kryminalnej, obyczajowej i komedii (oczywiście z różnymi „odchyleniami”, na przykład w stronę powieści historycznej). Gwałt jest trochę inny. Gdybyśmy mieli pokusić się o klasyfikację gatunkową, to trzeba by uznać go za parodię THRILLERa sądowego. Osią wydarzeń jest przecież proces. A że sędzia „rozdeptana purchawka” myli ofiarę z siostrą oskarżonego i używa języka, jakiego sala sądowa do tej pory nie słyszała? U tej autorki akurat to nie dziwi.

Zarzut, że dawna Chmielewska już nie wróci, jest nieuzasadniony. To jest wciąż ta sama Chmielewska – i w tym właśnie leży problem. Niemal bez zmian są bohaterowie, język, narracja... Kolejnym powieściom brak lekkości, świeżości, właściwej na przykład Lesiowi. To wszystko już było. A nawet ulubiona potrawa jedzona trzy razy dziennie przestaje smakować i robi się obrzydliwa. Ale smakowana raz na jakiś czas – wciąż pozostanie ulubioną. I dlatego Chmielewską polecam sporadycznie i w małych dawkach, a na pewno rozbawi.

Ewa Wrona

 

Gwałt
Joanna Chmielewska
Wydawnictwo Klin
Warszawa 2011
Liczba stron: 360