Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow 61 godzin, Lee Child
piątek, 05 sierpnia 2011

Zimno, zimniej…

Lee Child jest brytyjskim autorem, ale THRILLERy, które pisze, nie kojarzą się z literaturą brytyjską. Wszak w tej wszystko dzieje się z iście brytyjską flegmatycznością, nawet morderstwa są spokojne, a zbrodnie rozwiązuje się siłą umysłu, nie pięści. To oczywiście generalizacja. Niemniej jednak u Childa dominuje inny typ bohatera: Amerykanin do szpiku kości, akcja natomiast jest dynamiczna i rozgrywa się w różnych miejscach Stanów Zjednoczonych.

Przyznaję, choć to może trochę wstyd: 61 godzin to moje pierwsze spotkanie z Jackiem Reacherem. Pewnie nie powinnam zaczynać od czternastej powieści cyklu. Ale cóż zrobić, kiedy ta właśnie wpadła mi w ręce? Z ciekawości zaczęłam czytać – i już nie mogłam się oderwać.

Kto czytał poprzednie powieści Childa, ten wie, że Reacher nie ma stałego miejsca zamieszkania – podróżuje bez bagażu po całych Stanach Zjednoczonych. Tym razem śnieżyca sprawia, że musi zatrzymać się w niewielkim miasteczku Bolton w Dakocie Południowej, niemal odciętym od świata z powodu burz śnieżnych. Bohater zostaje poproszony o pomoc przez miejscową policję – Janet Salter, emerytowana bibliotekarka, ma zeznawać przeciw przywódcy miejscowego gangu motocyklistów-handlarzy narkotyków. Policjanci ją chronią, ale jeśli w pobliskim więzieniu zabrzmi z jakichś powodów alarm, wszyscy będą musieli się tam stawić. A wiedzą, że na starszą panią poluje zabójca. Reacher obiecuje jej strzec, wplątując się tym w sam środek afery, w której rozwiązaniu (telefonicznie!) pomaga mu kobieta o zmysłowym głosie. A wszystko to w coraz gorszych warunkach atmosferycznych. Jest zimno. Bardzo zimno. I bardzo mroczno – nie wiem, jak Child to zrobił, ale tutaj śnieg nie kojarzy się z bielą i spokojem, a z zagrożeniem i ciemnością.

Jack Reacher to prawdziwy (choć powoli starzejący się) twardziel, który gdziekolwiek by się nie znalazł, zawsze próbuje naprawić świat. Choć, jak sam mówi, wcale tego nie chce – on po prostu nie lubi ludzi, którzy ten świat psują. Takim człowiekiem „od psucia” jest w 61 godzinach Platon – trochę karykaturalny latynoski mafiozo, megaloman przekonany o swojej wszechwładzy. Nie będę się rozpisywać, wolę zacytować fragment jego rozmowy z podwładnym, który szczególnie mnie ujął:
„- Nie obchodzą mnie osoby postronne. Jeśli będziesz musiał, zetrzyj z powierzchni ziemi całe miasteczko. Nawet cały stan. Swoją drogą, ilu ludzi mieszka w Dakocie Południowej?
- Około ośmiuset tysięcy.
- W porządku. To twoja górna granica strat ubocznych”.

Chciałam zwrócić uwagę jeszcze na jedno: odliczanie czasu jest chwytem często wykorzystywanym w powieściach sensacyjnych czy thrillerach. Child odlicza w bardzo prosty sposób: co kilka stron wplatana jest w tekst informacja o godzinie i pozostałym czasie. No właśnie, pozostałym do czego? Tego autor nie ujawnia. I myślę, że to właśnie dlatego wstrzymujemy oddech i w pośpiechu przewracamy kartki – wszystko po to, żeby się dowiedzieć, co takiego ma się wydarzyć za 61, 60, 59 godzin… Dzięki temu napięcie wciąż rośnie, a powieść, początkowo dość statyczna, coraz bardziej przyspiesza.

Zakończenie jednych może zirytować, innych zachwycić. I w związku z nim mam uwagę skierowaną do wydawcy: następnym razem przetłumaczcie WSZYSTKO. Brakło bowiem zamieszczonej w oryginalnym wydaniu końcowej informacji: „żeby zobaczyć, co stało się z Reacherem, zajrzyj do następnej powieści Lee Childa”. Niby oczywiste, ale tylko niby. Bo ja przez chwilę miałam wątpliwości, czy następna książka w ogóle będzie...

Ewa Wrona

 

61 godzin
Lee Child
Przekład: Andrzej Szulc
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2011
Liczba stron: 432