Strona główna
Arthur i George, Julian Barnes
czwartek, 13 września 2007
ImageCiekawostką niech będzie, iż jednym z pionierów publicystyki z kręgu TRUE CRIME był – Georges Melies, jeden z ojców kinematografii, który, zanim zabrał się za pierwszą kinowa fantastykę, nakręcił kilka społecznie zaangażowanych quasi-reportaży.

ImageJednym z nich była Sprawa Dreyfusa (1899), obraz w jedenastu odsłonach relacjonujący głośną sprawę francuskiego oficera, oskarżonego o zdradę na rzecz Niemiec. Pięć lat wcześniej kapitan artylerii Alfred Dreyfuss został skazany na dożywocie – niesłusznie, bo za sprawą sfingowanych dowodów. Po trzech latach sprawę zdemaskował sam Emil Zola, publikując w prasie traktat Oskarżam, podpisany zresztą przez czołowych ówczesnych intelektualistów. Wojsko desperacko próbowało ukryć dowody na to, iż u korzeni afery stały kręgi antysemickie (Dreyfuss był żydowskiego pochodzenia). Kolejne rewizje nie przynosiły skutku, sam Zola zmuszony został do banicji. Wreszcie w 1899 roku kapitana zrehabilitowano i przywrócono do służby, a incydent odbił się istotnym echem społecznym, politycznym i prawnym.

Melies zareagował wówczas żarliwie, wykorzystując fenomen nowego medium, i zrekonstruował przebieg procesu w atelier. Trzeba dopowiedzieć, iż film zrobił furorę na jarmarkach z racji bardziej własnej egzotyki, niż społecznych treści, rzecz była jednak de facto precedensem reportażu (fabularyzowanego) filmowego, czy raczej – właśnie true crime.

Gatunek ten dziś trzyma się mocno, choć u nas jeszcze raczkuje, i kojarzy się przede wszystkim z popularną odmianą telewizyjną, reprezentowaną choćby przez Wołoszańskiego. Proza true crime dzieli się, najogólniej rzecz biorąc, na werystyczną, stricte dziennikarską (Trumana Capote Z zimną krwią czy Kroniki kryminalne Michaela Connelly, już wkrótce opisywane u nas) i – powiedzmy – apokryficzną, która wychodząc od faktów pozwala sobie na szerokie, beletrystyczne wariacje (choćby Cień Poego Matthew Pearle’a).

Powieść Juliana Barnesa Arthur i George należy do kategorii drugiej, choć raczej czerpie z faktów literalnie, a apokryficzność ogranicza do literacko gęstego opisywania tła epoki czy psychologii postaci.

W rolach głównych mamy słynnego ojca literatury detektywistycznej, Arthura Conana Doyle’a , który – korzystając przecież ze śledczej żyłki, którą wylewał przez postać Sherlocka Holmesa , prowadzi sprawę niesłusznie oskarżonego prawnika hinduskiego pochodzenia, George’a Edjali.                  

Kluczem do powieści jest „brytyjskość”, i to brana dwojako: brytyjskość ducha formy, jaką roztacza proza Barnesa, i brytyjskość „ideologiczna”, na jakiej buduje dramat postaci. Arthur i George to literatura  ciepła, melancholijna, patrząca na protagonistów z sympatią, a przestrzeń Wysp budująca na owym – na co kładzie nacisk Bernes – nie do końca stereotypowym archetypie konserwatyzmu, flegmy i stateczności. Archetypie, który czytelny i popularny jest także poza wyspiarskim kręgiem kulturowym – za przykład niech posłuży tu choćby Ang Lee, który jakże pięknie zrozumiał go i odtworzył w znakomitej adaptacji Rozważnej i romantycznej!                          

Ta pierwsza brytyjskość zazębia się z drugą: autor od początku, symultanicznie przedstawia nam historię Conan Doyle’a i Edjali’ego od najwcześniejszych lat. Spójrzmy:  George,  choć miał ojca Hindusa, tak naprawdę był brytyjskością przesycony na wskroś; ojciec został anglikańskim pastorem, wziął za żonę Szkotkę, wychował syna z purytańską pokorą, dał mu wreszcie solidne wykształcenie – George (także imię miało mocne, brytyjskie korzenie) został cenionym prawnikiem. Uważał się za Brytyjczyka i, poza ciemniejszą karnacją, nic nie łączyło go z ojczyzną dziadów. To wystarczyło jednak, by oskarżono go – bez ewidentnych dowodów winy - o zaszlachtowanie sześciu koni, za tym poszło zaś napiętnowanie jego rodziny na lata (m.in. w postaci anonimów z pogróżkami). Edjali został skazany na siedem lat ciężkich robót, po zwolnieniu zaś w 1906 roku, miał pozostawać pod nadzorem policji. Wówczas to zdecydował się napisać do Conan Doyle’a, by ten pomógł mu wywalczyć zadośćuczynienie.

Doyle dość często, świecąc odbitym światłem swego literackiego detektywa, otrzymywał takie prośby, zawsze jednak od nich stronił. Teraz jednak był u niego gorzki czas: pierwsza żona Louise była bardzo chora, poza wszystkim zaś wchodziła w grę szczera miłość do innej kobiety: namiętność do Jean Lackie trwała już od kilku lat… na stopie platonicznej. Jakby tego było mało – pisarzowi umiera właśnie ojciec,  a czytelnicze tłumy kipią w paranoicznej żałobie po śmierci Sherlocka Holmesa w pojedynku z Moriartym...

Sir Arthur (niczym Zola przy Dreyfusie) angażuje się w sprawę Georgea  gorliwie, przyjmując metody swego bohatera. Odnosi sukces, choć niepełny: owszem, Edjali zostaje uniewinniony, jednak prawdziwym celem Doyle’a, patrioty, kultywującego wprost po rycersku honor i prawość (wedle jedenastego przykazania, które pojawia się gdzieś na kartach: „odwaga wobec silnych i pokora wobec słabych”) jest naprawienie wadliwego systemu prawnego. Dopóki wszystkie (…)  pytania  i każde z osobna nie będzie wyjaśnione, pozostanie ciemna plama  w annałach rządu tego kraju”. Ta część sprawy kończy się jednak niepowodzeniem: choć sąd odstępuje od winy George’a, nie dostrzega żadnych uchybień proceduralnych, nie mówiąc już o nazwaniu po imieniu rasowego podłoża afery…

Obaj protagoniści uzupełniają się w swej brytyjskości niemal symbiotycznie: u Edjali’ego kłuł w oczy jego spokój, flegma, chłód nawet, nieraz graniczący z cierpiętnictwem. Doyle zaś reprezentował żywioł, idealizm, cnotę, archetypiczną wręcz rycerskość dżentelmena. Obaj, choć w skrajny sposób, umiłowali ów brytyjski spokój i porządek, który Barnes (także Brytyjczyk) wciąż konsekwentnie podkreśla – nieraz nawet zahaczając o mitologizację (owszem – Tolkien z takiegoż utkał piękne, hobbickie uniwersum!). Ale owo „brytyjskie simulacrum”, wyidealizowane, malowane rustykalnym detalem (czego degradacją jest, będący wynikiem szykan, symboliczny martwy ptak w zupie…) , surową obyczajowością („Młode panny na wydaniu z dobrych rodzin, o doskonałych manierach…”), okazuje się bardzo podatne na korozję, gdy łatwo o ofiarnego kozła… Innego, choć wyrosłego wśród Nas.

Edjali pragnie – biorąc rzecz bardzo dosłownie! – świętego spokoju w kraju, w którym się wychował, i w który wrósł. To na Doyle’u jednak spoczywa mocniejszy ciężar dramatu: na owym człowieku czynu, którego pragnieniem było zostać następcą Waltera Scotta (w pisarstwie historycznym), a który stał się po trosze niewolnikiem swych kryminalnych fikcji (choć dały mu one fortunę). Jakże trafnie wracają więc w finale słowa, przypisywane małemu Arthurowi: jeszcze w szkole odkrył on „związek między sztuką narracji a nagrodą”. Obdarzony już od młodziutkich lat umiejętnością snucia barwnych historii, potrafił zawiesić ją w połowie, i kontynuować dopiero, gdy ktoś dał mu jabłko.

Edjali, jakkolwiek nie brzmiałoby to poetycko, w dużej mierze spadł pisarzowi z nieba: bo fikcja ożyła naprawdę, zaś nagroda – choć niepełna, stała się namacalna…





 
 

Arthur i George

Julian Barnes

Wydawnictwo: Świat Książki , Czerwiec 2007
Seria: Lemur
ISBN: 978-83-247-0405-7
Liczba stron: 592
cena 34.90

Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się.

 

Komentarze
Dodane przez Spillane w dniu 2007-09-14 11:06:25
Jeszcze jedna rzecz: Barnes z uporem powtarza, że kryminał to gatunek gorszy. Nie wierzę mu, szczególnie, że pod pseudonimem Dan Kavanagh kilka kryminałów popełnił...
Dodane przez professore w dniu 2007-09-13 23:45:12
Co do tej książki nie będę strzępił słow. Skoro redakcja sięga po pozycje tak skrajne, jak Orhan Pamuk, a teraz znajduję Barnesa, tylko pozostaje mi pogratulować. Znam tę pozycję, przede wszystkim to właśnie obyczajowa powieść ze znanym pisarzem, ale, jak to nazywacie, true crime także. Mam jednak wrażenie, że autor tekstu stawia bardzo śmiałe hipotezy a\'propos Meliesa i jego filmiku o Dreyfussie. To ciekawe, zaintrygowal mnie ten temat, rozeznam się samemu, czy faktycznie można to nazwać prekursorstwem, jeśli nie reportażu, to true crime. Ale muszę przyznać, że nazwanie publicystyki Wołoszańskiego mianem \"true crime\" ma dużo racji w sobie. Kwestia oczywista, tylko rozbija się o małą popularność nazewnictwa związanego z tego typu literaturą. Na zachodzie rzeczywiście rozpoznawalną nie od dziś.
Dodane przez tdd w dniu 2007-09-13 23:15:48
O drugiej sprawie rozwiązanej pomyślnie przez Doyle'a wspominaliśmy w jego biograficznym szkicu: http://www.portalkryminalny.pl/content/view/299/42/ Przyznam rację Denatowi - oto, jak legenda literacka przyczyniła się do rzeczywistych rozwiązań ludzkich dramatów... A już poza wszystkim: Arthur i George to piękna, humanistycznie wybrzmiewająca powieść, która - poza sprawami kryminalnymi (literacko i ponad to) daje fascynujący rys obyczajowy czasu... Okresu - de facto - ciszy przed największą chyba burzą w historii nowożytnej... Już wówczas zauważano symptomy, które za parę lat lat miały się krwawo zmaterializować... Piękna (wiem, nadużywam tego słowa, lecz jest ono jak najbardziej adekwatne) powieść, bez względu na to, czy ktos jest obeznany w gatunku, czy nie. pozdrawiam, Tdd __________
warto przypomnieć
Dodane przez denat w dniu 2007-09-13 18:48:02
że sprawa Georga Edjali\'ego była jedną z dwóch, które spowodowały powstanie w Anglii sądów apelacyjnych. Po porażce wymiaru sprawiedliwości i zwycięstwie (choć połowicznym) Doyle\'a i Edjali\'ego postanowiono bowiem wprowadzić instancje odwoławczą, tak, aby w przyszłości wykluczyć tego typu pomyłki sądowe. Niejeden powie, że to większy wkład Arthura Conan Doyle\'a w historię cywilizacji, niźli postać Holmes\'a. A jednak warto pamiętać, że bez Holmes\'a i sławy jaką ta postać przyniosła Doyle\'owi, Ejdali najprawdopodobniej nie napisałby by listu do sławnego lorda...