Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Zasłona, Magda Mill
środa, 25 stycznia 2012

Stylusowa Środa

Nowy rok zaczął się na dobre - i my też zaczynamy od nowa przygodę ze STYLUSEM. Opowiadaniem "Zasłona" autorstwa Magdy Mill inaugurujemy nasz nowy, środowy cykl opowiadań. Piszecie? To przysyłajcie! STYLUS jest przecież miejscem przeznaczonym dla wszystkich, którzy piszą i nie obawiają się naszej redakcyjnej krytyki. 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Zasłona


Grzegorz siedział przez komputerem i gapił się w ekran. Nie powinni go tam wpuszczać. A szef nie powinien go tam wysyłać. Pazerny dupek.
Kliknął „zapisz” i patrzył, jak program graficzny formatuje zdjęcia. Tym razem graficy nie będą musieli dorabiać krwi, ran ani narzędzia zbrodni. Siekiera wyglądała bardzo przekonująco. Zamyślił się, patrząc na przesuwające się przez ekran kadry. Jak z „Piły XXVIII”.
 Po co on wziął tę robotę? Nic, tylko wisielcy, topielcy i ofiary morderstw. Dobrze, że do Smoleńska nie dało się dojechać, bo musiałby obfotografować każdy kawałek szczątków, przekupując chyba całą FSB. Tu przynajmniej robota była prostsza. Sierżant już się nauczył, że zanim zbierze swoich ludzi, ma dzwonić do niego. Ta nauka trochę redakcję kosztowała, ale szef uważał to za inwestycję. Czasami nawet Grzegorz zastępował policyjnego fotografa i dokumentował miejsce zbrodni. Kiedy tamten był na urlopie. Bo taki policyjny fotograf, na przykład, miał prawo do urlopu.
A Grzegorz od roku nie miał wolnego dnia i czuł, że niedługo zwariuje.
Komputer powiedział, że zdjęcia gotowe, i jak na komendę zadzwonił jego telefon. Marsz żałobny. Koledzy, kiedy go słyszeli, pukali się dyskretnie w czoło, ale oni nie musieli czuć się jak idioci, kiedy  nad zmasakrowanymi zwłokami rozlegała się radosna lambada.
Zerknął na wyświetlacz. Szef.
- No i gdzie, kurde, jesteś? – Fischer, jak zwykle, warczał. Ale było „kurde”, a nie coś znacznie gorszego, więc  jeszcze tak źle. - Masz minutę – rozłączył się, zanim Grzegorz zdążył cokolwiek powiedzieć.
Szybko spakował zdjęcia i wysłał do grafików. Niech sobie teraz układają, a on posiedzi przy archiwizacji. Sięgnął po literatkę z ciepłą już wódką i dopił ohydztwo. Stuknął pustą szklanką w tablet. Zmienił ostatnio sprzęt na nowszy – było go stać. Jedyne, na co nie narzekał, to pieniądze. Fischer jaki był, taki był, ale płacił nieźle, a jak na stawki w innych gazetach – nawet świetnie. Dlatego każdy fotograf prasowy marzył w chwilach najgorszej biedy o pracy w redakcji „Jadu”. Żeby kupić nowy obiektyw, Grzegorz nie musiał oszczędzać przez rok ani brać kredytu. Po prostu szedł i kupował. Kiedyś policzył, że gdyby wytrzymał w pracy jeszcze dwa lata, miałby sprzęt jak Gudzowaty. No i było go stać na kosmicznie drogi program do archiwizacji, ale niektóre rzeczy i tak musiał robić sam. Na przykład –ponazywać foldery. Na początku próbował oswajać koszmar - nazwy z pierwszych dwóch miesięcy brzmiały jak tytuły kryminałów Agatki. Morderstwo na Olszy. Tajemnicza historia w Skale. Po pół roku, w stanie ciężkiego upodlenia alkoholowego, nazwał całe archiwum innym tytułem, też pożyczonym od Christie: „Zło czai się wszędzie”.  A kiedy już wytrzeźwiał, nic nie zmienił.
Później wpisywał tylko ulice i numery domów albo marki samochodów czy miejsca wypadku. Kiedyś nawet chciał ułożyć wszystko kategoriami: powieszenia, podpalenia, otrucia, morderstwa, wypadki, topielcy – ale nie miał odwagi. W redakcji słynął ze swojej pamięci. Na którąś z firmowych imprez integracyjnych, których szczerze nienawidził, bo dziewczyny z działu plotek nieustannie prosiły go, żeby opowiadał o swojej pracy, koledzy przygotowali pakiet zdjęć z miejsc zbrodni. Zdjęć było z pięćdziesiąt, a on rozróżnił wszystkie zmasakrowane zwłoki i do tego ułożył je chronologicznie, opowiadając przy każdym krótką historię. Wtedy już pił za dużo. Koledzy byli w szoku. A szef, który o tym usłyszał, dał mu podwyżkę.

Machinalnie otworzył pierwszy folder przeznaczony do archiwizacji i popatrzył na zdjęcia z pożaru. Nic nadzwyczajnego, zwęglony trup. Patrzył na niego i nie mógł sobie przypomnieć, gdzie zrobił to zdjęcie. Niedobrze. Prawie podskoczył, kiedy zadźwięczał dzwonek u drzwi;  nikogo się nie spodziewał. Nerwowo wstał, zrzucając łokciem puste puszki po piwie, a dzwonek zadzwonił jeszcze raz, i jeszcze. Przemknęła mu przez głowę nagła myśl, że może to Kasia.
W drzwiach stał Kamil.
- Stary, sorry, że cię nachodzę tak bez uprzedzenia, ale sprawę mam, no – Kamil był najlepszym firmowym grafikiem. Potrafił zrobić wszystko, a wyglądał przy tym jak nieletni menel. Zaczesał teraz półdługie włosy do góry i zrobił krok do przodu. Nie było wyjścia.
- Wejdź, wejdź – zrezygnował Grzegorz i zrobił Kamilowi przejście.
Pożałował, że mieszkanie nie było tak dawno sprzątane. Dopiero teraz poczuł zaduch, smród petów i pustych puszek. I te wszystkie walające się skarpety, rozgrzebane stosy niewypranych koszul… tylko sprzęt był porządnie ustawiony.
- Siadaj – powiedział do Kamila, zrzucając jakieś gazety z jedynego w pokoju krzesła. – Chcesz coś do picia?
- Nie, zaraz będę szedł – grafik ostrożnie usiadł na uwolnionym meblu. Dopiero teraz było widać, że jest poplamione jakąś czerwoną substancją.
- A tak, wiesz, ćwiczę te zdjęcia w domu – wysilił się Grzesiek, ale żart wypadł jakby słabo. Rety, teraz pomyśli, że chcę go zamordować – przeleciało mu przez głowę, i aż zachciało mu się śmiać. – Nie, to kiedyś się lakier do paznokci wylał.
A Kamil też uśmiechnął się krzywo.
- No, ty też lekko nie masz. My tylko na fotkach, a ty w realu oglądasz.
Grzegorz przysiadł na swoim wysłużonym, przepoconym fotelu biurowym.
Zapadła niezręczna cisza. W zasadzie rzadko się spotykali i żaden z nich nie miał ochoty tego zmieniać. Tym dziwniejsza była wizyta Kamila.
- A może jednak sie czegoś napijesz? – Grzegorz wstał i przeszedł się do kuchni po jakąś w miarę czystą szklankę, butelkę zimnej wódki i sok. Kamil pokręcił głową, więc sam sobie hojnie nalał.
- Twoje zdrowie – powiedział, po czym wypił.
- Wiesz, ty chyba nie powinieneś tyle pić – rzucił grafik, zaplatając nerwowo palce.
Grzegorz przemilczał uwagę. I znowu cisza.
- No, bo stary, ja przyszedłem zapytać o te, no wiesz, o te zdjęcia – zaraz sobie te palce powyłamuje i wyleci z pracy. Wódka grzała.
- A które konkretnie? Przed chwilą wam przecież wysłałem siekierkę.
- Nie, nie te wszystkie… kryminały, tylko no wiesz, to specjalne zlecenie.
A skąd ty o tym wiesz, kolego? – zastanowił się Grzegorz, ale alkohol nie pozwolił mu na dłuższy namysł. Specjalne zlecenie, jeszcze gorsza robota niż zwykle. Bo nieboszczykowi się za bardzo nie zaszkodzi, ale żyjącemu i żonatemu facetowi – jak najbardziej. Zwłaszcza, kiedy się go sfotografuje w domu publicznym z kilkoma kociakami.
- No, to masz te zdjęcia, nie?
- Mam – tylko nie wiem, czy mówimy o tym samym.
- No, te z… burdelu. Z panem…
- Mam, mam – a nuż koleś nagrywa, teraz wszyscy wszystkich nagrywają i nigdy nie wiadomo. – I co?
- Bo ja bym je obrobił, wiesz.
- Stary, co ty, roboty mało masz? Przecież tam czyste kadry są, nic nie trzeba...
Kamil popatrzył na Grzegorza spod oka.
- Wiesz, Grzesiek, ja bym na twoim miejscu naprawdę już nie pił. I w ogóle trochę po… ogarnął to – zatoczył rękami krąg – no wiesz. I w ogóle to z domu wyjdź, stary, bo wyglądasz jak wampir, albo co – wstał nagle, zrzucając przy tym książki ze szczytu chwiejnego stosu. Podniósł je niezręcznie.
- Ej, to ja idę, stary, wiesz, robota czeka, taki zapieprz mamy, ten kretyn, co strzelał do ludzi na ulicy, wiesz, taką symulację robimy, jazda jak nie wiem, policja nas w końcu udupi, jak nic. A ty po robocie?
- No, coś tam zawsze jest.
Dźwignął się z fotela i odprowadził Kamila do drzwi.
- No to dzięki, stary – rzucił grafik, a przechodząca korytarzem sąsiadka spojrzała na Grzegorza dziwnie.
- A ciepło jest? – zapytał ni z tego, ni z owego Grzegorz.
- No… całkiem – Kamil machnął ręką, zamiast ją jak człowiek podać, i ruszył ku schodom. – A co?
- A, bo może faktycznie się przejdę.
Odpowiedział mu tylko tupot tenisówek.

Kretyn. Po co on właściwie przyszedł?
Zatrzasnął drzwi i wrócił do komputera. Co to on robił? Aha, zdjęcie. Podszedł do regału zawalonego gazetami i zaczął grzebać w stosie tych trochę starszych. W końcu trafił. Wrzesień. Domek letniskowy pod Krakowem. Wrzucił do komputera miejsce i datę, po czym przypomniał sobie, że nowy program jest zsynchronizowany z GPS-em w aparacie – szczyt techniki – i program sam uzupełnia te dane. Zły na siebie, chciał schować gazetę w rozgrzebany stos, ale wszystkie zsunęły mu się na podłogę. Zaklął, po czym zaczął je starannie układać.  Trzeba od czegoś zacząć ogarnianie, psiakrew. Spod rozsypanych na podłodze gazet wyjrzał miesięcznik. Podniósł go, odwrócił; no, tak. Pożegnalny prezent od Kasi. Kiedy dostał tę pracę, wytrzymała z nim jeszcze trzy miesiące. Potem dała mu „Zbrodnie” i powiedziała, że jeśli chce tak skończyć, to proszę bardzo, ale ona na to patrzeć nie będzie – i żeby wybrał: praca albo ona. Pech chciał, że właśnie podpisał kolejną trzymiesięczną umowę i nie było go stać na jej zerwanie. Więc zerwał to, co kosztowało mniej. Kiedy poszła, przejrzał miesięcznik ze zgrozą. Zdjęcia, wyciągane z policyjnych kartotek, były potworne. Wydawała tego szmatławca żona pewnego prominenta, ale w końcu miesięcznik zamknięto. Skąd Kaśka to wytrzasnęła – nie wiedział. Postanowił wtedy, że po trzech miesiącach odejdzie.
Minęło już dziewięć.
Przejrzał pismo od niechcenia. Nie wiedział, co wtedy zrobiło na nim takie wrażenie. Zdjęcia jak zdjęcia. Przynajmniej nie były farbowane. Tak określali to graficy: „farbowane”. Na początku mieli przy Grzegorza zdjęciach sporo roboty, bo starał się robić fotografie delikatnie, a najlepiej – czarno-białe. Potem dostawał z działu foto kilka nieprzyjemnych telefonów, a zdjęcie na jedynce nabierało barw. Zazwyczaj krwawych. Ludzie lubią krew.
Ależ mu się zebrało na egzystencjalne przemyślenia.
Wrócił na fotel i zrobił sobie kolejnego, porządnego drinka z wyborowej i soku porzeczkowego. Soku dodał właściwie tylko dla koloru, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia. Usiadł ze szklanką w dłoni.
Dawno nie był u spowiedzi.
Cholera, co jest – pomyślał zdenerwowany i odstawił szklankę na stół, rozlewając drinka na poplamiony obrus. Powinien go wyprać. Powinien w ogóle zająć się mieszkaniem. Nawet przed tym całym Kamilem wstyd. Kiedy jeszcze spotykał się z Kasią, przynajmniej starał się sprzątać. Potem po prostu przestał mieć na to czas. Czego zresztą chciał od niego firmowy grafik? Podłączyć się do udziałów? Kasa była z tego nienajgorsza, ale takich zleceń Grzegorz nienawidził bardziej niż krwawej jatki.
Popił drinka.
O, nie. Koniec tego. Pieprzona praca. Kiedy on w ogóle się z kimś ostatnio spotykał? Oprócz policjantów i truposzy?
Nie mógł sobie przypomnieć.
Najwyższy czas, żeby zrobić sobie wolne.
Jednym haustem opróżnił szklankę i na jeszcze wydechu postanowił, że przejdzie się nad Wisłą, popstryka trochę – i żadnych trupów – a potem może wpadnie do któregoś parku. I będzie robił zdjęcia mamom z dziećmi. Albo nie, nie będzie robił zdjęć. Po prostu usiądzie na ławce, w słońcu, i nie będzie robił nic.

Wstał nieco chwiejnie, złapał telefon, wsunął do kieszeni portfel i wziął torbę z aparatem. Zaciążyła mu w ręce. O, nie – pomyślał. Idę na spacer, nie do pracy. Stał chwilę, w końcu zabrał z półki  małego cyfrowego Samsunga, który mieścił mu się w kieszeni i ważył niewiele więcej niż paczka Marlboro.
Wyszedł z domu i poczuł się wolny. Wódka szumiała mu przyjemnie w głowie.
Wsiadł w pierwszy tramwaj, który jechał w kierunku Wisły. Gapił się przez okno i jednym uchem słuchał, co farbowana blondyna z falującym biustem, na oko pod pięćdziesiątkę, opowiada trochę młodszej, ale równie farbowanej brunecie z brodawką na brodzie.  Tramwaj wjechał do tunelu, a on leniwie przyjrzał się kobietom. Wyraźnie farbowane. Jak jego opublikowane zdjęcia. Blondyna trzymała w rękach gazetę. Oczywiście, „Jad”. Cóż by innego.
- I pokroili ją na trzysta dwadzieścia dwa kawałki! – relacjonowała z wypiekami
- No coś ty! – brunetka spojrzała na nią podejrzliwie. – Skąd wiesz?
- Bo w gazecie pisali! – zakrzyknęła blondyna i zaraz dodała – I zdjęcie jest.
- Pokaż, pokaż – zainteresowała się bruneta i zaraz zaczęły obie szeleścić i rozkładać płachtę na kolanach. Zerknął. Taak. Graficy rzeczywiście się postarali. Oglądały, rzecz jasna, jego zdjęcie. Był jedynym fotografem kryminalnym w redakcji. Kryminalnym – tak to się ładnie nazywało w umowie. W firmie mówili „hiena”.
Kobiety pokazywały sobie palcami fragmenty fotografii. Faktycznie nic przyjemnego, facet zarżnął swoją babcię. Ale kiedy Grzegorz robił zdjęcie, była w całości. Nie w kawałkach. I na pewno nie w trzystu dwudziestu dwóch.

Ogarnął go niesmak. Wysiadł. Ruszył powoli, czując, że wciąż towarzyszy mu lekki stan nieważkości. Słońce przebiło się przez chmury. Uśmiechnął się do jakiejś zgrabnej blondynki na absurdalnie wysokich obcasach. Odwzajemniła uśmiech. Poczuł się lepiej. Nie jest przecież tak źle. Przejdzie się spacerkiem nad wodą, zrobi parę zdjęć, a potem wróci do domu i poszuka innej pracy.

***

Telefon zapiszczał.
Tylko sms – pomyślała z ulgą. Mieli dzwonić z firmy, powiedzieć jej, czy chcą z nią dalej pracować. Przecież nie zwolniliby jej smsem.
Katarzyna Degiert, lat dwadzieścia pięć, panna. Trzy dyplomy, stos certyfikatów, w cholerę praktyk i stażów. Po prostu: zbyt wysokie kwalifikacje. Czyli w zasadzie już bezrobotna.
Spłukała resztę szamponu z włosów, owinęła głowę ręcznikiem i wytarła ręce. To czekanie wprawiało ją w zły nastrój, więc postanowiła coś zmienić: odwiedziła dzisiaj znajomą fryzjerkę i zamieniła wygodny kok w burzę włosów sterczących na wszystkie strony. Fryzjerka mówiła o tym „najnowszy krzyk mody”. Babcia powiedziałaby: „jak piorun w rabarbar”. Kasia była jednak zdania, że jak zmyje z włosów te wszystkie pianki, gumy, woski i żele i odrobinę się uczesze,  będzie nieźle. Do kompletu postanowiła zmienić kolor. Na rudy. Pieprzyć ten głupi blond.
Spojrzała sobie w oczy w zaparowanym, łazienkowym lustrze i złapała telefon.
A potem się rozpłakała.
„kocham cie. wracam. konkurencje rozgonie, ty jestes moja jedyna. rzuciłem to dla ciebie. bede wieczorem.”
Poznała numer, chociaż wykasowała go dawno – cholernie dawno – temu. Dla zasady, oczywiście.
Grzegorz.
Co za dupek. Kazał jej czekać dziewięć miesięcy! Równie dobrze mogłaby już mieć dziecko.
Równocześnie zaświtała jej w głowie druga myśl. Cholera. Przecież on zawsze wolał blondynki.
Zdjęła ręcznik, energicznie wytarła włosy i zaczęła formować jakąś sensowną fryzurę. Rude kosmyki wymykały się szczotce i suszarce.

Gdyby Kasia miała przyjaciółkę od serca, ta pewnie wyjaśniłaby jej zasady postępowania z wracającym, skruszonym facetem. Na wejściu bukiet róż w zębach, a wpuszczasz za trzecim razem. Ale Kasia przyjaciółek nie miała, bo zawsze wolała męskie towarzystwo. Plotkowali więcej, owszem, ale przynajmniej nie o lakierze do paznokci.
Więc zrobiła na się rude bóstwo, kupiła wino, wrzuciła do piekarnika szynkę w pomidorach i czekała.

***

- Jak to, kurwa, się utopił? – warknął Fischer. Nie dbając o rozłączenie się, rzucił telefonem przez pokój. Samsung odbił się od ściany i wpadł do kosza na śmieci. Redaktor uderzył jeszcze pięścią w stół, po czym pogrzebał w opasłym notesie leżącym na biurku. Wyjął z kieszeni nokię i wybrał numer.

- Halo? Fischer z tej strony. Tak, ten Fischer. Nasza gazeta potrzebuje fotografa i pomyślałem o panu. Tak. Od zaraz. A zamiast rozmowy kwalifikacyjnej mam pierwsze zlecenie. Pod Wawelem spadł do wody jakiś facet. Utopił się. Ma pan coś do pisania? To niech pan notuje. Podam panu numer do jednego sierżanta. Jakby się czepiał, powiedz mu pan, że jesteś od Fischera.

***

Nijaki, ubrany na czarno mężczyzna, którego wygląd zapominało się zaraz po tym, jak zniknął z oczu, przeszedł przez cichą uliczkę jednego z nowohuckich osiedli. Doszedł do drzwi wejściowych i wybrał na kasecie domofonu numer mieszkania. Po chwili z dziurek głośnika odezwał się niski głos.
- Halo?
- Orzeł wylądował – powiedział mężczyzna, mając świadomość, jak idiotycznie to brzmi.
Jakaś para z dzieckiem w wózku wyszła z bloku i ruszyła przed siebie, najwyraźniej na spacer. Dziecko radośnie gaworzyło, próbując wyrzucić z wózka różową żyrafę.
A mężczyzna obejrzał się niespokojnie, wszedł w osiedle i znikł za rzędem wysokich iglaków.

***
- Co on mówił o orle? – powiedziała matka dziecka, poprawiając potomkowi czapeczkę. – Z czymś mi się to skojarzyło.
- O jakim orle? – zapytał ojciec dziecka, z satysfakcją odnotowując, że jego pomysł z przywiązaniem żyrafy na krótkim sznurku działa.
- A, nieważne – powiedziała jego żona i skupiła się na protestującym niemowlęciu.

***

Kasia czuła się jak idiotka.

Siedzi w domu czwartą godzinę, wystrojona jak stróż w Boże Ciało, żarcie zimne, a ona, naiwna, czeka na dupka, który się nie raczył zjawić. Tak nie będzie z nią pogrywał. O, nie.
Zaraz się okaże, gdzie ten drań jest.

Zdjęła z siebie obcisłą sukienkę, rzuciła ją ze złością na kanapę i wbiła się w dres. A potem włączyła laptopa. Może wreszcie wysokie kwalifikacje przydadzą się jej w życiu, nie tylko w pracy.
Zalogowała się na jednej ze stron, których znajomość bardzo ułatwiała jej wykonywanie pilnych zleceń od szefa. Wpisała numer telefonu Grześka – pamiętała go jeszcze, no niemożliwe. A teraz hasło. Hasło… Przecież musi je pamiętać. Pozwoliła palcom przesuwać się swobodnie po klawiaturze. Palce pamiętają lepiej.
Zgadza się.
No i gdzie też się wybrał wieczorem pan Grzegorz Dąbrowski?
Sprawdziła na mapie i roześmiała się w głos.
Chyba coś przeskrobał, biedaczek. Co inaczej robiłby na komendzie policji o tej porze? Jak nic, zwinęli go na dołek. Chyba nie kradł dla niej kwiatów?
Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że tęskni. Przez te dziewięć miesięcy po prostu o nim nie myślała. Nic trudnego: dwa dodatkowe kursy i trzy nowe zlecenia i nie miała czasu nawet dobrze się wyspać, a co dopiero rozważać swoje życie uczuciowe. Może o to chodziło szefowi, a nie o zbyt wysokie kwalifikacje? O ten dziki pęd nie wiadomo dokąd?
Założyła znowu sukienkę, wygrzebała z szafy szpilki. Policjanci lubią ładne dziewczyny. A ona będzie potrzebowała ich pomocy, żeby wyciągnąć tego głupka z aresztu.

***
Fischer zalogował się do systemu i otworzył folder nazwany po prostu „fotograf”.
O, fuj. Jednak topielec nie wygląda zbyt ładnie. Nawet świeży.
Inna rzecz, że Dąbrowski za życia też nie wyglądał ostatnio sympatycznie. Ziemista cera, przekrwione oczy… Cóż. Taka praca.
No i zdecydowanie nie powinien tyle pić. Proszę, jak źle się to może skończyć.
Upił łyk koniaku i usunął z dysku plik o nazwie orzel.txt.

***

Przemysław Gajewski nie lubił dyżurów.
Był młody i nie podobała mu się praca w policji, ale do służb go nie wzięli, a dziadek nie wyobrażał sobie dla niego niczego innego. Nie mógł odżałować, że zlikwidowano WSI, a jeszcze bardziej – że jego syn był dziennikarzem. Wnuk musiał to jakoś nadrobić.
A Gajewskiemu po śmierci rodziców było już naprawdę wszystko jedno.
Więc brał dyżury, a jak miał za dużo wolnego, mył radiowozy. Byle się czymś zająć.
Nocki spędzał na lekturze. Na początku chciał czytać kryminały, ale kiedy po jednym z nich spisywał zeznanie okradzionej w tramwaju kobiety i o mały włos nie zmusił jej do przyznania się do morderstwa popełnionego trzy przecznice dalej, skapitulował.
Teraz czytał serię przygód Tomka pióra Szklarskiego i miał się z tym dobrze. Szczególnie lubił sceny z życia dziewczyny Tomka, blond Australijki. Kiedy więc stanęła przed nim ruda piękność, był nieco rozczarowany.
A potem poderwał się, spojrzał na zegar – pierwsza w nocy! – i krzyknął:
- Jak pani tu weszła?
- Otwarte było – odpowiedziała ruda po prostu i wskazała na twarde krzesło. – Mogę?
- A pani w jakiej sprawie?
- Ja po pana Grzegorza Dąbrowskiego.
- Po kogo?
- Niech pan nie udaje, przecież wiem, że tu siedzi. Przyszłam z kaucją, zależy mi bardzo, żeby dziś był w domu. Przynajmniej w nocy.
Gajewski nakazał sobie wewnętrzny spokój, przypomniał zestresowanym szarym komórkom, że szef na urlopie, a nawet jakby nie, to nie ma w zwyczaju nocami się po komendzie włóczyć. A koledzy nie sypną, nie takie rzeczy uchodziły im na sucho  - dyskrecja święta rzecz, i dochodowa.
Wyjął obszarpany zeszyt, otworzył, poczytał chwilę i spojrzał na rudą.
- Jak pani mówi, Grzegorz …?
- Dąbrowski.
- Nie mamy tu takiego.
- E tam, nie macie. Udowodnić panu? – ruchem karcianego magika wyjęła skądś telefon i wybrała numer.
Zapadła cisza, a potem coś zaczęło wibrować w metalowej szafce za Gajewskim. - No, nie odbiera pan? – pogoniła ruda, więc sięgnął, ogłupiały, do kieszeni, otworzył kluczykiem skrytkę numer pięć i wyjął z niej mokre, wibrujące zawiniątko. Popatrzył na dziewczynę: na twarzy miała triumf.
- Sam pan widzi – musi tu być. Ta kaucja to ile?
- To pani chłopak? – zapytał Gajewski, czując zalewającą go falę współczucia.
- Narzeczony – błysnęła oczami.
Jak on jednak nienawidził być dyżurnym.

***

- To niemożliwe – powiedziała Kasia do lustra, po raz setny tej nocy.
Lustro odpowiedziało jej wrogim łypnięciem zapuchniętych oczu.
- Samobójstwo. Co za kretyni! Nie po takim smsie!
Sięgnęła po szklankę stojącą na krawędzi wanny i wychyliła ją do dna.
A potem zasnęła. Obudziła ją dopiero ostygła do cna woda. Wyszła z wanny, dygocząc, zawinęła się w szlafrok i rzuciła na łóżko.
A potem było już rano, i ktoś pukał do jej drzwi. Zdecydowanie za głośno.

***

Gajewski nie wiedział, czemu właściwie dał tej rudej – Katarzynie Degiert czy jakoś tam – kopię raportu. W zasadzie mógł za to wylecieć z pracy. Ale nie podobało mu się, że znowu ma kłamać dziennikarzom. Więc po raz kolejny postanowił być źródłem przecieku. No cóż. Sierżant się nie dowie. A nawet jakby, dziadek zadba, żeby nie wyleciał. Jak zwykle.
Jak oni będą coś wiedzieć, a ona będzie mieć kopie, to on, Przemysław Gajewski, kupi sobie wreszcie porządny regał na książki.

***

Kubek stał sobie na stole. Kawa była bura, zimna i nieapetyczna.
Obok stał otwarty laptop, a Kasia, rozczochrana, z plamą tuszu pod lewym okiem i zawinięta w szlafrok, kuliła się na krześle i zawzięcie robiła notatki w niedużym zeszycie.
Zaraz po tym, jak spławiła dziennikarzy – trzeba przyznać, że bardzo się starali wyciągnąć z niej cokolwiek – weszła do sieci, żeby rozpocząć własne śledztwo.
Nie policyjne. Nie dziennikarskie. Oni mieli interesy. A ona – rozsądnie sterowaną zimną furię.
Złapała kubek i upiła łyk, po czym wypluła go z powrotem. Na wierzchu powstała nieapetyczna pianka, a Kasia przypomniała sobie nagle, że jest osobą doskonale zorganizowaną i marznięcie w kuchni przy paskudnej lurze na pewno nie pomoże jej w śledztwie.
Gdyby była mniej pewna siebie, zatrudniłaby pewnie jakiegoś prywatnego detektywa. Ale nie była, więc sprawnie i szybko stworzyła sobie schemat postępowania. Lata czytania powieści kryminalnych przyniosły swój plon.
Schemat był prosty.
Doprowadziła się do porządku, zjadła porządną jajecznicę na boczku, popiła gorącą kawą, sprawdziła w Internecie trzy adresy i ruszyła.

***
- A pani to kto? – zapytała podejrzliwie farbowana na lisi beż pięćdziesięciolatka.
- A, to pani mnie nie poznała? Kasia, od Grześka, sąsiada – udało jej się wymówić imię „Grzesiek” i się nie rozpłakać.
- A, teraz poznaję – po minie sąsiadki Kasia poznała, że nie poznaje, ale nie chce stracić honoru. – Bo pani ruda teraz jest. I coś dawno pani tu nie było…
Ciekawe, skąd to wiesz, babo – pomyślała Kasia, a na głos powiedziała:
- A, takie tam sprzeczki, wie pani… No i właśnie ja w takiej sprawie, bo widzi pani – zniżyła konfidencjonalnie szept, nic tak nie zjednuje jak dopuszczenie do tajemnicy. - Wczoraj mieliśmy iść na kolację, ale się trochę, no, pokłóciliśmy, i Grześ nie przyszedł. Z kolegami gdzieś poszedł, i…
- A, to ja chyba wiem! – zakrzyknęła sąsiadka w samą porę, bo konfabulacyjne możliwości Kasi okazały się niewielkie. – Sąsiadka rozejrzała się wokoło, a potem rzuciła szeptem:
- Taki jeden tu u niego był.
Teraz powinno być na „B”, nie na „T” – pomyślała Kasia. Na głos powiedziała:
- Taki wysoki… -
Zadziałało.
- Nie, niski, chudy, dziwny jakiś, trochę jak menel, wie pani, teraz takich to od groma. Przyszedł, porozmawiali trochę, i poszedł dziwnie szybko. Zauważyłam, bo do niego – pana Grzegorza, znaczy – to właściwie zupełnie nikt nie przychodził, aż się dziwiłam, co on taki odludek jest.
- Wie pani może, jak miał na imię, ten, co przyszedł?
- Kamil chyba, czy Kazik – odpowiedziała z rozpędu, ale zaraz się powstrzymała. – A skąd ja to niby mam wiedzieć?
- To mnie nic a nic nie obchodzi, pani Zuziu – ach, te listy lokatorów. Niezastąpione.
Pani Zuzia spojrzała podejrzliwie na Kasię. Widocznie jednak znały się lepiej, niż pamiętała.
- No, bo ja… jak wychodziłam ze śmieciami, to akurat słyszałam, jak się żegnali, i umawiali na jakiś spacer, czy coś. Ale ja nic nie wiem.
Dobre i to – pomyślała świeżo upieczona detektyw.
 -Bardzo pani dziękuję. Tak myślałam, że się spotkali z Kamilem i znowu poszli pić.
- Skaranie boskie z tymi pijakami! – rzuciła solidarnie pani Zuzia, po czym obejrzała się niespokojnie w głąb mieszkania.
- Zajrzę teraz do Grześka. Dziękuję – rzuciła szybko Kasia.
Drzwi zamknęły się, i zrobiło się za nimi podejrzanie cicho.

Zmienił zamki, czy nie zmienił? Może nie miał czasu… Wyjęła z torebki pęk kluczy. Gerda wciąż ta sama.
Weszła, potykając się w progu o niewyniesione śmieci.
Fuj. Ale smród.
Zamknęła drzwi, zapaliła światło. O, rety. Chyba nie sprzątał przez dziewięć miesięcy.
Poczuła łzy pod powiekami. Nie teraz. Płakać będzie na pogrzebie. Teraz jest wkurzona, skuteczna i podstępna. Właśnie tak.
Kuchnia wyglądała, jakby ktoś niedawno próbował ją sprzątać, ale bardzo pobieżnie. Pokój z komputerem – tak samo. Tylko walało się więcej butelek po wódce.
A ją interesował tylko komputer.
Włączyła sprzęt – nowy. Niedobrze. Ekran mignął i wyświetlił komunikat powitalny. Kliknęła w ikonkę z aparatem: profil Grzesia.
Hasła nie było.
Ucieszyło ją to i zaniepokoiło zarazem. Skoro nie ma hasła, to znaczy, że Grzesiek przestał tak obsesyjnie dbać o bezpieczeństwo. Dziwne.
Wyjęła z kieszeni pendrive, podłączyła do gniazda i uruchomiła mały, sprytny program, który sama sobie napisała. Przydawał jej się w pracy. Kiedyś nawet przez takie drobne uproszczenia koledzy zaczęli nazywać ją Liz. Wściekła się, a potem zagroziła, że zhakuje im wszystko i opublikuje w ich profilach na Facebooku. Podziałało.  W zamian została co prawda ochrzczona „furyjką”, ale to jej już nie przeszkadzało.
Program zapiszczał i wyświetlił wyniki wyszukiwania. Czyli - wszystkie foldery ukryte. Uśmiechnęła się z satysfakcją. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Grześ zawsze trzymał istotne rzeczy w „niewidzialnych”, jak je nazywał, folderach. Sama go tego nauczyła.
No i co my tu mamy?
Folderów było pięć. Na wszelki wypadek skopiowała je od razu na pendrive – Grześ znał też sztuczkę z samounicestwieniem folderu po otwarciu. Ale skoro nie było hasła…
Wielopole – pewnie ta utajniona strzelanina. Zajrzała. Zgadza się. Rynek – czyżby morderstwo tego turysty, którego zawiesili na głowie Mitoraja? A, nie, jakaś naga, zakrwawiona laska. Kocur – tak, szczątki faceta posiekanego maczetą.
Zrobiło jej się niedobrze.
Zostały dwa foldery.
Moje. Otworzyła – i zobaczyła swoje zdjęcia. Uśmiechnięta, szczęśliwa. W górach. Na plaży. Na motorze pożyczonym od kumpla.
Łzy tym razem nie dały za wygraną. Odsunęła się, żeby nie pomoczyć klawiatury, i usłyszała dziwny dźwięk.
Jakby ktoś delikatnie próbował otworzyć drzwi.
Poczuła na plecach stado mrówek. Cholera. Rodzice Grzesia mieszkali na drugim końcu Polski, nie zdążyliby być tu tak szybko. Nikt inny nie próbowałby wejść bez pukania.
Szybko, szybko. Myśl.
Wstała cicho i podeszła do skrzyni na pościel. Była duża i solidna. Wyjmowała właśnie kołdrę, żeby wśliznąć się do środka – jak w tanim filmie sensacyjnym, no doprawdy! – ale usłyszała na korytarzu głos. Damski głos. Nieco przytłumiony.
- A pan tu czego szuka? Tak drzwi obmacuje? Włamać się pan chce, ty draniu! Na policję zadzwonię, wreszcie cię złapią, nie będziesz porządnym ludziom szkodził… - litania ciągnęła się, punktowana pospiesznym stukaniem obcasów o schody.
Kasia rzuciła się do okna wychodzącego na ulicę i przyczaiła za firanką, ale – ku jej zdziwieniu – nikt nie wyszedł z bramy.
Cholera – pomyślała. Odłączyła bezpiecznie pendrive  - te zawodowe nawyki, wyłączyła komputer. Ślady palców? Czego dotykała? Włącznika. Myszki. Wytarła je rękawem swetra i ruszyła ku drzwiom. Wyjrzała dla pewności przez judasza: nikogo. Wyszła, po cichu zamknęła drzwi i zamiast na dół, weszła na górę. Kiedyś na strychu odkryli z Grześkiem przejście – dzięki czemu można było korzystać z windy zainstalowanej w sąsiedniej klatce.
Było dalej. Zbiegła schodami w dół, łapiąc po drodze śmieci z czyjejś wycieraczki. Trzeba się jakoś maskować.

I dopiero wtedy przyszło jej do głowy, że powinna skasować „niewidzialne” foldery.

***

- Jak to, nie wszedłeś?
Nijaki mężczyzna zrobił się jeszcze bardziej nijaki. Przy tęgim redaktorze wydawał się mały i chudy, jak zabiedzony pies.
- No to wróć tam, i spróbuj jeszcze raz.
Szklanka z koniakiem powędrowała do ust i wróciła na biurko.
Mężczyzna wysunął się chyłkiem z gabinetu.

***

Kasia przysiadła sobie na ławce i wyjęła z torebki netbooka.
Podłączyła pendrive’a i otworzyła ostatni folder.
 Cholera jasna.
Na zdjęciach był prezydent. W całej krasie. Oraz w towarzystwie. Drogim, sądząc po walorach cielesnych. A więc to tak. Rada miejska chyba by się z tego nie ucieszyła.
Teraz trzeba znaleźć tego Kamila.
Weszła na stronę redakcji… byłej redakcji Grzesia.
Kamil. Kamil.
No i proszę. Jest. Grafik. Na zdjęciu wygląda całkiem do rzeczy. Nie jak menel, w każdym razie.
Czas się dowiedzieć, co grafik miał wspólnego z tymi zdjęciami.
Otworzyła jedno, żeby sprawdzić. Uruchomiła kolejny programik. Nie, nie były zmontowane.

***
Gajewski otworzył egzemplarz „Jadu”, który usłużny dziennikarz podrzucił mu na biurko.
Nagłówki były zachęcające, naprawdę. „Utopił się po pijaku. Jakie tajemnice miał fotograf prasowy? Była narzeczona wszczyna własne śledztwo”.
W zasadzie do czytania nie było tu wiele. A ta jego dziewczyna – Katarzyna? – prezentowała się zdecydowanie lepiej wczoraj na dyżurce. Wyciągnięta chyba prosto z łóżka, rozczochrana, wyglądała w gazecie jak chora sowa, nie jak seksowny rudzielec.
No i ani słowa o tym, że fotograf pracował w redakcji „Jadu”.
Ładnie, nie ma co.

***
Kamil okazał się bardziej menelowaty, niż na zdjęciach.
Znalazła go bez trudu w jaskini grafików. Ciemno, duszno, czterech zgarbionych facetów wpatrzonych z monitory, z nerwowo drgającymi palcami.
Bez trudu dał się namówić na wyjście na świeże powietrze.

Siedzieli teraz na ławce i popijali soczki kupione w delikatesach. Jak gimnazjaliści. Milczenie się przeciągało.
- Dobra, zapytam wprost. Czego chciałeś wczoraj od Grześka?
Spłoszył się.
- Po… pożyczyć sprzętu – wyjąkał w końcu.
- Jakiego?
- Nooo… do fo-fotografowania. Aparatu.
- Nie kłam.
Kamil spojrzał na nią spod oka.
- Czego ty właściwie ode mnie chcesz?
- Przyszedłeś po zdjęcia? – zagrała Kasia va bank.
Chłopak skulił się. Ile on może mieć lat? Osiemnaście?
- Pytam cię o coś, nie?
Dał za wygraną. Obejrzał się tylko nerwowo przez ramię.
- No.
- No co?
- Po zdjęcia.
- Które?
- A to więcej było?
- Które? – czuła się jak prawdziwy śledczy.
- Ej, wiesz co, ty może nie przesadzaj. Poszedłem tam, bo sam do mnie zadzwonił, wiesz, żeby mu pomóc przy tych zdjęciach z prezydentem. Bo miało być jeszcze bardziej gorąco, czy coś tam trzeba było dorobić, jak zwykle.
Zadzwonił. Akurat.
Kasia spisała sobie na wszelki wypadek z telefonu Grzesia rejestr wszystkich rozmów. Ostatnie wychodzące było sprzed tygodnia.
 - A czemu nie robiliście tego w pracy?
- Bo to było takie inne zlecenie – a zresztą po co ci to?
- I co dalej: przyszedłeś, pomogłeś, wyszliście razem?
- Nie, ale chciał się potem przejść. Mnie się spieszyło, więc nie czekałem.
Zapadła cisza.
- Chcesz wiedzieć coś jeszcze, czy koniec?
Kasia spojrzała na niego surowo.
- Dlaczego ty cały czas kłamiesz, Kamil?
Teraz wyglądał na przestraszonego. To był jednak dobry pomysł – przedstawić się jako prywatny detektyw.
- Jak to: kłamię?
- Powiem ci, jak było, chcesz? Dostaliście zlecenie razem. Ale ty chciałeś mieć z tego kasę sam. A to nie była mała kasa, przecież wiesz. Więc wyciągnąłeś go na spacer, i utopiłeś! Dlaczego go zabiłeś, Kamil?
Poderwał się spłoszony i jak szalony zaczął wymachiwać rękami.
- To nie było tak! Całkiem nie tak! Ja poszedłem, bo… Wiesz jak jest! Kredyt mam, hipotekę, ale mieszkam z matką, na bruk nas mają wyrzucić, bo długi – komornik już był dwa razy – szef powiedział, że da kasę na sześć rat, jak zrobię dla niego zlecenie
- Zabójstwo?
- Nie, nie, miałem tylko… tylko na piwo Grześka wyciągnąć, a potem się zmyć… no i ja.. ja nie mogłem. Nie mogłem. Przecież to kumpel z pracy był, żywy facet był, tak nie można. Ale pomyślałem, że się może ze mną robotą podzieli, to na kredyt będę miał, i nie będę musiał, no…
- A szef?
- Chciałem mu powiedzieć, że się nie udało, bo, no, tego… ale nie pytał – dodał już zupełnie cicho.
Szef.
Takie buty.



***

Weszła do gabinetu bez pukania, ignorując krzyki sekretarek.
Nie zdziwił się, kiedy ją zobaczył. Odstawił szklankę z koniakiem i popatrzył na nią jak na coś paskudnego, ale interesującego.
- Wszystko wiem – powiedziała.
Uśmiechnął się szyderczo.
- No i czego chcesz? Kasy?
- Prawdy – rzuciła. Patetycznie to zabrzmiało.
- Przecież znasz prawdę.
- Opublikowanej prawdy. Napiszesz oświadczenie. Ja ci podyktuję.
- Nie.
- Pójdę z tym gdzie indziej.
- Nikt ci nie uwierzy. A jak uwierzy, nie opublikuje. Wszyscy wiedzą, kto tu ustala zasady.
- Pójdę do prezydenta – uruchomiła ciężki kaliber.
Fischer zaczął się śmiać. Paskudnie. Rechotał i trząsł się, a na koniec tego pokazu szyderstwa zawołał głośno:
- Pani Kaziu, niech mi pani przyniesie szybko jutrzejszą jedynkę!
Sekretarka weszła do gabinetu niemal natychmiast, obrzucając Kasię pogardliwym spojrzeniem.
Fischer wziął od niej kartkę, popatrzył na nią i podał Kasi. Na środku było jej duże, dobre zdjęcie. Z dziś.
Patrzyła na nią i czuła, że przestaje rozumieć cokolwiek. Tak się dała wmanewrować? Była tylko… pionkiem? A Grześ?
Nagle poczuła, że jest głodna, zmęczona, nic nie warta. Zachciało jej się płakać.
- I będzie jak ja chcę, rozumiesz?
Łzy opanowane. Popatrzyła na niego wrogo.
- Do twojej wiadomości, moja panno: policja znalazła twoje odciski palców na klamce. Wewnątrz i na zewnątrz. Oraz na stole. A moi chłopcy z przyjemnością opiszą, jak wygląda kobieca zemsta. Utopić faceta, bo zostawił dla pracy… No, no. Sama widzisz te nagłówki.
Odwróciła się na pięcie.
- Ja tu rządzę, pamiętaj! – usłyszała jeszcze. Drzwi trzasnęły z hukiem.
Wzruszyła pogardliwe ramionami. Jeszcze zobaczysz, stary skurwysynu. Czy gazet  nie składa się teraz komputerowo?
Kobieca zemsta?
Ty jeszcze nic o tym nie wiesz.

***
Fischer popatrzył jeszcze chwilę na drzwi i ciężko usiadł na wygodnym krześle. Wyciągnął rękę po szklankę, a telefon na jego biurku zadzwonił. Podniósł słuchawkę.

- Dobrze się spisaliście, Fischer. – Głos był stary, twardy, nawykły do wydawania rozkazów. – Tak trzymać. Pana konto jest już czynne, gdyby chciał się pan wybrać na zakupy. Ale może się znowu zdarzyć awaria, więc lepiej niech pan zrobi z tego porządną aferę i rozdmucha sprawę, może się któryś pies gończy zainteresuje. Bo my tu robimy u siebie małe porządki – odchrząknął – i nie trzeba nam publiki. Niech nam pan zrobi zasłonę. A jak się to skończy, wyciągnie pan te zdjęcia prezydenta. W sumie tygodnia potrzebuję.
- Tak jest – odpowiedział Fischer, nieomal stukając obcasami.
- A, Fischer, i jeszcze jedno. Powiedz pan swoim pismakom, że mojego chłopca mają nie ruszać. Bo się tam koło komendy zaczęli kręcić. Niech przestaną, bo panu nie tylko konto, ale całą redakcję zamknę. A i wypadek może się przydarzyć. Zrozumiano?
- Tak jest! – rzucił Fischer.
Rozmówca odłożył słuchawkę.
Fischer osunął się ciężko na krzesło.
- Pani Kaziu!
Stukot obcasów i sekretarka stanęła w drzwiach.
- Niechże mi pani zrobi kawę. Dużo mocnej kawy. I odprawę zwoła. Za kwadrans.

Magda Mill