Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Pietruchowe czary-mary, Katarzyna Ledwoń (cz. 2)
Pietruchowe czary-mary, Katarzyna Ledwoń (cz. 2)
środa, 23 maja 2012

Katarzyna Ledwoń

Pietruchowe czary-mary, cz. 2

 
Nie miałam zamiaru unosić się honorem i czekać, aż Baśka zrobi pierwszy krok. Następnego dnia nabyłam pudełko śliwek w czekoladzie, butlę pasującego do nich wina, a z zapasów wytargałam słoik babcinych ogórków kiszonych. Kiedy stanęłam przed jej drzwiami i zadzwoniłam, nie musiałam czekać na otwarcie dłużej niż sekundę.
– No wreszcie jesteś. – powiedziała to tak, jakby nasze wczorajsze spotkanie nie miało burzliwego zakończenia. Nawet przez moment zastanawiałam się, czy nie zaoszczędzić na prezencie. Zwalczyłam jednak pokusę i wręczyłam jej wszystko uczciwie.
– Moje ukochane ogórki – zawołała radośnie, tuląc słoik. Zauważyłam, że jest nieco zdyszana, a na nogach ma wyjściowe buty.
– Wychodzisz?
– Nie. Wprost przeciwnie. Zaraz ci wszystko opowiem, ale muszę się rozebrać. Ty również, więc nie będziesz poszkodowana – powiedziała, po czym z dumą dodała. – Wyobraź sobie, że byłam u kuzynki. I wiem wszystko, wiem, jak to zrobiła!
Zajadłość Baśki była coraz bardziej przerażająca.
– Poczytałam sobie i też dużo wiem, na przykład ile waży koń... – Spróbowałam się pochwalić, ale nie zrobiło to na niej najmniejszego wrażenia. Machnęła tylko ręką, jakby chciała opędzić się od natrętnej muchy.
– Ja nie miałam czasu na wypoczynek, bo odwalałam porządną detektywistyczną robotę.
– Czyli wszystko się już wyjaśniło? – Twarz Baśki zdobił tak intrygujący uśmiech, że rzeczywiście nabrałam podejrzeń.
– Można powiedzieć, że tak jakby. Heniu zszedł był po nalewce. A kuzynka moja droga, zbolała wdowa, zaraz po stypie własnoręcznie wyrwała z ziemi cały ogródek warzywny i spaliła! Wszystkie zioła, marchew, buraki, cebulę. I oczywiście całą grządkę pietruszki również – powiedziała triumfująco. – Nie mam pojęcia, dlaczego śledztwo zostało umorzone, przecież ewidentnie widać, że to ta wywłoka! Patałachy jedne!
Nagle poczułam, że mam straszną ochotę na kawę. Przemieściłam się do kuchni, jako że w niej najłatwiej o tego rodzaju używkę. Baśka zrobiła to samo.
– Może wstrętu nabrała. A gdzie twoje przyjaciółki?
Zdziwiłam się bo nigdzie nie było klatki z jej ulubienicami, dwiema papużkami falistymi. Stała zawsze na parapecie obok kuchennego stołu i ptaszki miały stamtąd przepiękny widok na świat. Baśka hodowała je namiętnie, twierdząc, że woli ptaki od psów, bo zimą na spacerze nie będzie musiała odmrażać sobie tyłka.
– Pochorowały się i umarły – powiedziała smutno. – Jak mi się skończy żałoba, to się zastanowię, czy chcę mieć następne.
– To ja ci teraz powiem, co wiem. Jest wreszcie! – zawołałam z entuzjazmem wywołanym upragnionym widokiem kawy. – Mogłabyś sobie tę puszkę jakoś podpisać.
Baśka ręcznikiem kuchennym obtarła zwilgotniałe oczy, po czym ciężko westchnęła.
– Miałam w planach. Heniu mi obiecał. On robił piękne etykietki na słoiki i butelki. Sklepowej na ich osiedlu takie stylowe i eleganckie przywieszki na półki przygotował! Wszystko ręczna robota.
– Istny skarb – powiedziałam. Zabrzmiało to nieco zbyt ironicznie i Baśka obdarzyła mnie jednym ze swoich najbardziej morderczych spojrzeń. Chcąc się jakoś ratować, dodałam żarliwie: – Naprawdę!
Prawdopodobnie ją to udobruchało, bo jej twarz szybko się wypogodziła.
– Teraz droga kuzyneczka musi jeździć na drugi koniec miasta, żeby zrobić zakupy – zarechotała dość nieprzyjemnie.
– Lubliniec to nie Warszawa czy inna metropolia, nie ma daleko.
Zaczynało się we mnie budzić coś na kształt współczucia dla wdowy, którą wykończy ludzki ostracyzm. A jeśli nie on, to własna rodzina. Może nawet lepiej byłoby, żeby ją skazali profesjonaliści, niż kuzyni wespół z sąsiadami.
– Ty też bierzesz udział w tym paskudnym małomiasteczkowym samosądzie? – powiedziałam zirytowana.
– Jeżeli nie wiesz jak było, i co czuję, to mnie nie osądzaj. Heniek był wspaniałym człowiekiem, troskliwym, szlachetnym. Poza tym prosiłam cię o pomoc w zbadaniu tego, czy Marcia jest winna. Nie chciałaś, więc sobie sama poradziłam.
– Przecież mówiłaś, że był niedojdą, niedorajdą i czym tam jeszcze?!
– To nie ja! To właśnie ona! Nie szanowała go wcale, a Heniu potrzebował ciepła rodzinnego i bratniej duszy. Biedaczek był bardzo samotny i podejrzewałam nawet, że miał depresję.
– A córka?
– Co córka? Zołza jedna. Taka sama jak mamuśka! Kiedy jej się życie nie układa, to potrafi mi zawracać głowę, a jak jest dobrze, to zgrywa wielką mężatkę! – Najwyraźniej Baśka przypomniała sobie o swoich żalach matrymonialnych. Od zawsze, czy raczej odkąd ją poznałam, jej największym marzeniem i celem, do którego dążyła ze wszystkich sił, było stworzenie własnej podstawowej komórki społecznej.  Wciąż jej się nie udawało i z tego powodu wpadała w coraz większe zacietrzewienie, zwłaszcza że jej zegar biologiczny tykał coraz głośniej. Zastanawiałam się nawet kiedyś, czy nie przyjaźni się ze mną właśnie z tego powodu, że również jestem stanu wolnego.
– Wtedy, kiedy to się stało, ona razem z mężem i dzieckiem też tam u nich była – powiedziała po chwili Baśka nieco spokojniejsza. – Myślisz?
Namysł w jej głosie i błysk w oku przeraziły mnie.
– Boże broń! – krzyknęłam wystraszona, że kolejna niewinna osoba zostanie poszkodowana, a w tak małym mieście jak nasze więcej krzywdy można wyrządzić paskudną plotką niż przemocą.
Z drugiej strony nie można przecież zakładać, że córka jest absolutnie niewinna, tak jak i zięć. Oczywiście przy założeniu, że ta śmierć nie była wynikiem wypadku.
– W kuchni stały butelki, Heniu wziął jedną, otworzył i napełnił kieliszek. No i potem wypił na swoją zgubę, biedaczek.
– To była nalewka, o której mówiłaś?
– Tak. Jeszcze mam przed oczami to, jak się Heniu cieszył, że zrobił żonie zawieszki na butelki. Dowiązywane na sznurkach, z jakiegoś specjalnie preparowanego papieru. Sam go preparował.
– To i sklepową obdarowywał, i żonę? Dziwne miał metody. Subtelne…
Baśka na moje słowa zareagowała błyskawicznie.
– Nie bądź niesprawiedliwa, jak nic nie rozumiesz – powiedziała zdenerwowana, a ja kolejny raz odniosłam wrażenie, że to nadmierne przeczulenie na punkcie męża kuzynki ma jakiś głębszy podtekst. – Co roku robił, a w tym specjalnie się postarał. Przyciemniane ekologicznie, retro, nawet planował jakiś interes otworzyć w tym temacie.
Przestałam w pewnym momencie słuchać paplaniny Baśki, bo zupełnie inna kwestia wydała mi się istotna.
– Moja droga, a jak ta pietruszka vel szczwół znalazła się w butelce z nalewką?
Spojrzała na mnie oburzona.
– Przecież właśnie o tym rozmawiamy! Nie wiem tego jeszcze!
– Ciekawe, że policji to nie dało do myślenia. Nalewka to nie rosół, nie przyprawia się jej natką…
Baśka machnęła ręką.
– Bo to jest taki rodzinny stary przepis. Właściwie to nie nalewka, a wino. Wino pietruszkowe właśnie.
– Rany boskie, co ta twoja rodzina musi spożywać w imię podtrzymywania tradycji! Błe – aż skrzywiłam się z obrzydzenia.
– Nie cała – bardzo energicznie zaprzeczyła Baśka. – Tylko ci, co na serce chorują albo zamierzają. W każdym razie jeżeli kuzyneczka przygotowała to z tego szczwołu… podoba mi się ta nazwa, szczwół – powtórzyła z lubością. – Trudne do zapamiętania. Ze szczwołu to jej się udało.
– A jaki jest przepis na to wino nalewkowe? Babci może podam, ona jest klasycznym sercowcem.
– Dam ci, bo mam, ale szczerze mówiąc, ja bym się teraz już bała. Jedno ziółko zamienione i się robi niebezpiecznie.
Wstała i z lodówki zdjęła wielki i bardzo gruby zeszyt. Był mocno poplamiony, kartki pożółkły.
– Tu jest – powiedziała, machając kobyłą przed moimi oczami. – Mama mi sprezentowała.
Zdziwiłam się bardzo. Baśka zawsze chwaliła się umiejętnościami kulinarnymi swojej matki, która robiła w kuchni takie cuda, że należała jej się gwiazdka Michelin. Niestety, gospodynie domowe, nawet te dotknięte palcem geniuszu kulinarnego, szans na takie wyróżnienie nie mają. A niesłusznie! Może wtedy nasz kraj miałby się czym poszczycić.
– Twoja mama porzuciła gotowanie?! Coś z nią nie w porządku jest?
– Wprost przeciwnie. Mamusia kwitnie. Dostałam go, żeby znaleźć męża. Wytłumaczę ci potem – powiedziała, ucinając moje pytania, zanim jeszcze zdążyłam otworzyć usta.
Zaczęła czytać ze starej, luźnej, niezwiązanej z zeszytem, zbrązowiałej kartki:
– Dziesięć, dwadzieścia łodyg natki pietruszki, jeden litr dobrego wina gronowego, dwie łyżki octu winnego, trzy, siedem łyżek miodu.
Przepis podany przez Baśkę zdecydowanie mi się nie spodobał.
– Coś mało tej pietruchy!
– Ale z ciebie malkontentka. Ja nie krytykuję twoich upodobań kulinarnych.
– Nie rozumiesz. Mam na myśli okoliczności. Jeżeli to byłaby tylko i wyłącznie pomyłka w składniku, to nie skończyłaby się tak tragicznie. Niemożliwe! Chyba, że dalej jest coś, co daje taki piorunujący efekt. Czytaj jeszcze!
– Proszę bardzo. Wino, posiekaną pietruszkę i ocet zagotować w wąskim naczyniu. Odkryte gotować jeszcze pięć minut. Przecedzić i wlać do butelki. Pić trzy razy dziennie po jednym kieliszku, po jedzeniu.
– I to wszystko?
Byłam mocno rozczarowana. Ta receptura była stanowczo zbyt uboga jak na moje potrzeby.
– Może wdowa ma inne proporcje? Bo z tej ilości to nawet mucha by nie padła.
– Raczej nie, ona nie ma skłonności do eksperymentów kulinarnych. Wiem od mamy, że zawsze robi wszystko dokładnie tak, jak w przepisie. Waży do grama. Żadnej własnej inwencji. – Baśka miała marne złe zdanie o umiejętnościach kuzynki. – Poza tym to nalewka lecznicza, proporcje są ważne.
– Przesadzasz. Chyba się jednak tą inwencją wykazała. – Próbowałam jakoś ją bronić, co odniosło odwrotny skutek.
Baśka rozpromieniła się po raz drugi. Tym razem blask bijący z jej oblicza był po prostu oślepiający.
– To jednak się ze mną zgadzasz! – zawołała ucieszona. – Nawet nie wiesz, jaką ulgę odczuwam…
– Lepiej opowiedz dokładnie, jak wyglądało tam u nich w domu.
– Normalnie. Siedzieli wszyscy przy stole, Marcia, jej córka, zięć i wnuczka. Butelki były wystawione na takiej komodzie, która stoi za stołem. Tej przy lustrze, zresztą byłaś tam, to wiesz.
– A pana Henryka nie było. – Długo zastanawiałam się, jakiej formy używać, mówiąc o zmarłym. Taka oficjalna wydała mi się najbardziej stosowna.
– Nie. – Baśka intensywnie pokręciła głową, nieco się rumieniąc. – Wszedł, jak już byli po kawie i prawie zbierali się do wyjścia. Agata mówiła, że nawet się z nimi nie przywitał, tylko podszedł do komody, od razu wziął jedną z butelek, otworzył ją, nalał dość sporo do kieliszka i wypił. A potem to już nic nie było.
– Agata?
– Córka, ta blondyna, pokazywałam ci ją na pogrzebie. Wtedy, kiedy Heniu tak późno przyszedł, czuł się winny bardzo, i zdenerwowany. I może dlatego właśnie, biedaczek, skusił się na nalewkę.
– I nikt przed nim nie otwierał, anj nie ruszał tej butelki?
Baśka pokręciła głową.
– Heniu był pierwszy i, niestety, ostatni – powiedziała, po czym błyskawicznie dodała – Wdówka nie zdążyła!
Udałam, że tego nie słyszę.
– Właśnie, miałam ci powiedzieć, że ten szczwół jest łatwy do wywąchania. Albo pan Heniek był taki niewrażliwy, albo nie wiem, może gapa?
Baśka wzruszyła ramionami.
– Nie lżyj go, bo na to nie zasługuje. Nie wiem, dlaczego się nie zastanowił, ale to tylko potwierdza, że winna jest ona. Może podała mu trutkę w jakiś inny sposób. – W głosie Baśki było słychać wątpliwości. – A szczwołu dolała potem.
– Policja przebadała wszystkie butelki?
Zapytałam dla formalności, bo kretyn by się domyślił, że to zrobili.
Nie wiadomo z jakiego powodu na twarz Baśki powrócił wyraz triumfu.
– Oczywiście. I w tej właśnie butelce, którą on napoczął, i w jeszcze jednej było koni coś tam.
– Koniina, alkaloid, jest właśnie w szczwole plamistym. Rozumiem już. Po prostu pokojarzyli, tu wino pietruszkowe, tu psia pietruszka, wszystko niby się zgadza – zamyśliłam się na moment. – Powiedz mi jeszcze: wdowa robi za jednym razem całą nalewkę czy na raty?
– A co to ma do rzeczy?
– To jest oczywiste. Jeżeli nagotowała sobie jedną wielką porcję, to szczwół znalazłby się we wszystkich butelkach. I to wtedy byłby wypadek. A jak nie, to nie. Chociaż nie – przekalkulowałam sobie wszystko błyskawicznie. – To i tak jest bez sensu, bo dwadzieścia łodyg natki to troszeczkę za mało, żeby się otruć.
– Nie „się”, tylko „go”. Jego. Najwidoczniej jednak jakimś cudem wystarczyło.
Dopiero teraz zorientowałam się, że tak naprawdę nie wiem, ile gałązek potrzeba do przygotowania skutecznej trucizny dla człowieka.
– Ciekawe, ile waży taki jeden wiecheć?
– Wyobraź sobie, że nie dysponuję w chwili obecnej szczwołem, ani świeżym, ani suszonym, ani nawet mrożonym, więc nie mogę sprawdzić. – usłyszałam kąśliwą odpowiedź.
– Nie potrzeba. Skoro pietruszka jest identyczna, to może go z powodzeniem zastąpić. Masz może?
Baśka nieomal się zakrztusiła.
– Chyba żartujesz?! W życiu już nie użyję, nie zjem, nie wysieję ani nawet nie spojrzę na pietruszkę!
Ta gwałtowna deklaracja mnie zaskoczyła. Do tej pory wydawało mi się, że jest świetnie zorientowana w szczegółach naszej rozmowy i doskonale ją rozumie. Nie miałam najmniejszej ochoty na wałkowanie wszystkiego od początku i na szczęście nie było mi to dane.
 
 
 
Ostatnią część znajdziecie w Stylusie już za tydzień.