Strona główna arrow Stylus arrow Piotr Bolc, Długa droga do Grecji, cz. 3
Piotr Bolc, Długa droga do Grecji, cz. 3
środa, 28 listopada 2012

Piotr Bolc

Długa droga do Grecji

Rozdział I
Rozdział II

III

Obudził mnie gęstniejący wokoło mrok. Ciemność sprawiła, że przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem. Usiadłem gwałtownie na łóżku. Szarpnięcie kołdry zbudziło kogoś leżącego obok mnie. Ten ktoś przeciągnął leniwie swoje jasne ciało, a potem uśmiechnął się do mnie:

– Miałeś złe sny, chłopczyku? Przytul się do mamusi…

Próbowałem skupić wzrok na tej uśmiechniętej twarzy, nie mogąc sobie przypomnieć, do kogo należy. Świat wirował przed moimi oczami jak szalony.

Wreszcie przypomniałem sobie. Z westchnieniem ulgi przywarłem do nagich pleców Kachy. Prawą nogę przerzuciłem przez jej krągłe biodro, ale zrobiłem to tak niezgrabnie, że z nocnej szafki strąciłem jedną z kilku butelek, które opróżniliśmy tego wieczoru.

Ucałowałem ją namiętnie w szyję. Mój pijacki oddech odbił się od jej skóry i poraził powonienie.

Prawą dłonią dosięgłem jej brzucha. Skóra dziewczyny nie przypominała mojej, rozparzonej i napuchłej od snu. Przeciwnie: była chłodna i sucha, jakby Kacha cały wieczór spędziła z książką lub na innej równie spokojnej czynności. Cudowna, wspaniała dziewczyna. Nic nie jest w stanie zaszkodzić jej urodzie.

– Niedobrze mi… – wystękałem, przykładając policzek do jej chłodnych pleców.

W odpowiedzi jej nagie ciało zatrzęsło się od śmiechu.

– Nie dziwota! Wiesz, ile wypiłeś?

– Nieprawda… Wcale nie tak dużo… Byłem zajęty tobą… A nie butelką…

– Tłumaczysz się tak pokrętnie, jakbyś mnie z kimś zdradzał! Nie kłam! Wypiłeś dużo!

– Ale nie aż tyle, żeby… No dobra… Może dużo wypiłem… Ale tak mi niedobrze… Chyba zaraz będę umierał…

– A rób, co chcesz, tylko nie uświń pościeli! No chodź tu! Uspokój się trochę…

Odwróciła się zwinnie i przyciągnęła mnie do siebie.

– Nie ma spokojniejszego ode mnie… Zaraz zasnę z nadmiaru spokoju…

– Ty! Najpierw chcesz zarzygać mi pościel, a teraz spać! Lepiej już nic nie rób! Poleż tu ze mną. Pogadamy trochę.

– Ty mów coś… Ja będę słuchał…

Kacha znowu się roześmiała.

– Wiesz, ta Julka, z którą byłam na imprezie…

– Jezu, ta cała Julka obchodzi mnie tyle, co dupa Maryni… – jęknąłem, myląc chyba przysłowia.

– Musisz stale przy mnie gadać o innych dupach? Jak nie jakaś Marynia, to Magda.

– A daj mi spokój z Magdą… Nie chcę więcej o niej słyszeć…

– To już jej nie kochasz?

– Nie…

– Ani nie chcesz jej zabić?

– To już prędzej…

Na chwilę w sypialni zapadła dziwna cisza, zakłócana jedynie monotonnym tykaniem zegara.

Spoczywałem nieruchomo w ramionach Kachy. Już zdawało mi się, że zapadam w sen, gdy jej głos wydobył mnie z bardzo głębokiej otchłani:

– Wiesz, ta Julka ma bardzo dziwnego chłopaka.

– Dlaczego dziwnego?

– Nie wiem, trudno mi to określić. Niby nie robił ani nie mówił nic dziwnego, w ogóle to mało mówił, ale było w nim coś niepokojącego. Czułam autentyczny strach, kiedy na niego patrzyłam.

– Może był tak stary i zmęczony jak ja…

– Kiedy poszedł na chwilę do kibla, ja mówię do Julki, że według mnie to wariat. A ona mi na to, że on naprawdę jest chory, że był w psychiatryku, bo podczas przestawienia w Teatrze Wybrzeże wpadł jak szalony na scenę i zaczął dusić jedną z aktorek…

– A ludzie brawa pewnie… Że to część przedstawienia… Wszystko przez ten teatr eksperymentalny…

– Ale na szczęście nic się nie stało, bo koleś już by pewnie z psychiatryka nie wyszedł.

– A jak się nazywa? Może o nim słyszałem? Taka historia…

– Piotr Bąk, czy jakoś tak… Nie pamiętam dokładnie…

– Chyba obiło mi się o uszy to nazwisko…

– Ja na jej miejscu trzymałabym się od tego typa z dala. Mówię jej to, a ona mi zasuwa, że on ją kocha, że to dla niej się leczy…

– Ludzie to mają… – powiedziałem. Potem uniosłem się z trudem i spróbowałem dosięgnąć butelki.

Niespodziewanie Kacha odepchnęła moją rękę.

– Zostaw! Tego już dosyć! – krzyknęła nerwowo.

– Ale ja naprawdę czuję się dziwnie… Nigdy tak po alkoholu… Daj, to mi pomoże…

– Nie, bo będzie jeszcze gorzej!

– Boże, co to było za gówno…

– Jak się chleje jak świnia…

– Mówię ci, kobieto, że nie wypiłem dużo…

– Kładź się! Same problemy z tobą!

– A będzie ich jeszcze więcej… Śniadanie… Mąż do pracy… Dzieci do szkoły… Obiad…

Siłą ułożyła mnie na łóżku. Chyba jednak moja wizja nie przypadła jej do gustu. Łóżko potrafi zdziałać cuda. Ale rzadko.

Przez chwilę leżeliśmy w milczeniu. Znowu miałem wrażenie zapadania się w ciemną otchłań snu i znowu ona brutalnie mnie stamtąd wyrwała:

– Ale mówiłeś coś o jakiejś karteczce. To mnie, kawał ciekawskiej baby, bardzo interesuje.

– Jakiej karteczce? – zapytałem nieprzytomnie.

– No, tej do Magdy.

– To był dziwny liścik… Taki nieskładny, jakby pisał go ktoś niespełna rozumu… I taki śmieszny był w sumie… Chodziło o zdjęcie… To, które zrobiłem dwa lata temu… Nasze pierwsze zdjęcie… Nasze pierwsze spotkanie… To dziwne, że komuś chodziło o to zdjęcie… Właśnie o to zdjęcie… Zdjęcie…

– Nie zasypiaj! Wiesz, kto go wysłał?

– Nie…

– Jakoś musiał się podpisać! Chciałabym wiedzieć kto to! No, skup się!

– Jana z Kolna 20… Opuszczony dom… Piotr B…

Oczy same mi się zamknęły. Czułem, że ona wpatruje się we mnie w napięciu. Uniosłem powoli powieki. Spojrzałem na jej łagodnie zaokrągloną twarz.

– Mój Boże – wyszeptałem. – Piotr Bąk… On ją udusi…

IV

Rozejrzałem się dokoła i znowu poprzez alkoholowe otępienie przebiło się natarczywe pytanie: skąd wzięły się tutaj takie ciemności?

– Która jest? – zapytałem.

Kacha podała mi swój zegarek na rękę. Na wyświetlaczu zamajaczyły dwie cyfry: 22.00. Trzy godziny?

– Gdzie idziesz? – krzyknęła Kacha, po czym spróbowała złapać mnie za kostkę. Nie udało jej się to, mimo że gramoliłem się z łóżka niezbyt żwawo.

– Zaraz wrócę… Nie bój się… – wymamlałem, próbując pozbierać z podłogi porozrzucane części garderoby.

– Zwariowałeś? Gdzie ty chcesz iść w takim stanie?

Zignorowałem jej uwagę. Wydało mi się to strasznie męskie. Ale, mówiąc szczerze, nie wiedziałem sam, czy tuż za drzwiami nie runę na podłogę.

– Gdzie masz ten ruski rewolwer? – zapytałem, wbijając się w spodnie.

Z łóżka dobiegł mnie zduszony okrzyk przestrachu.

– Ja wiem! Ty jedziesz na Jana z Kolna! Jedziesz ją zabić!

– Zamknij się, kobieto… – wycharczałem. – Wiesz, co idę zrobić. .. No gdzie, kurwa, masz ten rewolwer…

Nogami rozrzucałem sterty ubrań na wszystkie strony. Nigdzie nie było ani śladu broni.

– No dobra, poradzę sobie bez niego… – powiedziałem hardo i prawie kompletnie ubrany wyszedłem z pokoju.

Jezu, jaki ten korytarz długi… Ile drzwi po obu stronach, ile klamek, za które muszę łapać, żeby nie upaść… Cały Sheraton będzie długo pamiętał moją wędrówkę przez ten korytarz… Do dupy z tym dywanem… Przesuwa się pod nogami… Mam wrażenie, jakbym szedł po ruchomych piaskach… Chyba po prostu nikt wcześniej tak po nim nie chodził… Trudno, przyzwyczai się… To jego praca… Tylko zanim on się przyzwyczai, ja wywalę się na podłogę. Do dupy z tym dywanem…

Winda… Ja pierdolę… Który przycisk nacisnąć? Zero… Wielkie, okrąglutkie i tłuściutkie zero… Jak wyglądało zero? Niech mi ktoś przypomni…

Jedzie… Boże drogi, dlaczego tak ostro szarpie?

Na dole nie ma Magdy… Nie, jej nie ma na zero… Ona jest na dwadzieścia… Na Jana z Kolna dwadzieścia… Muszę tam jechać… Ten bydlak już pewnie zaczął ją dusić… Zdążę… Mam czas… Bydlak… Najpierw aktorka, teraz top model… Bydlak nieumyty…

Są taksówki… No pomóż mi wejść, chłopie… W dupie mam twoją tapicerkę… Gównem takim jeździsz, nawet klimy nie masz… Jak dziad jakiś… No dawaj, spieszy mi się… Jana z Kolna dwadzieścia… Co się tak głupio patrzysz?

I już piętnaście na liczniku… Złodzieje taksówkarze…

Nie patrzę lepiej za okno… Rzygać mi się chce… Korowód świateł, domów, drzew i ludzi… Polska północna… W czystej postaci…

To jest Jana z Kolna? Tu masz portfel… Weź, ile potrzeba…

Odjechał, aż się kurzyło… Pewnie mnie oszukał, skurwysyn…

Ludzie, co to za rudera… Drzwi zamknięte… Więc pudło? Nie, nie mogę tak odejść… Muszę jeszcze sprawdzić z tyłu… Płot z drutu… Nie będę się wspinał, bo skręcę kark… Szarpnę, może puści… O, trochę puściło… Chyba ktoś tu kiedyś przecinał… Ale dalej nie mogę przejść… Gdybym nie był najebany w trzy dupy… O, ktoś tu leży… Dzień dobry panu… Capisz pan tak, że w Gdyni nawet czują… Morski wiatr daleko niesie… Tak, nieźle żem się nastukał… Ale pan też nie najgorzej… Wyglądasz pan, jakbyś sto lat nic innego nie robił… Potrzymasz pan ten drut, a ja przelezę… Co tam szukam? Skarbu… No nie wiesz pan, gdzie Tom Sawyer znalazł skarb? W opuszczonym domu… Jak to w jaskini?

Kurwa mać, tu też jest zamknięte… Może się nie spotkali w końcu? A może już po wszystkim? Muszę się przekonać… To mi nie da spokoju…

Wlezę na ten kontener, o tam, a z niego na dach klatki schodowej… Tam jest okno bez szyby… Boże, jak ciężko… Dam radę… Teraz tylko to okno…

Ale tu ciemno… i cicho… Aż w uszach dzwoni… Długie schody, prowadzą w dół… Albo w górę… Schody zawsze prowadzą w górę… Ale ja idę w dół…

Jezu, jak te schody się wiją… Jak spirala… Wszystko kręci mi się przed oczami, kiedy je zamknę, to jeszcze bardziej… Zaraz się chyba wyrzygam…

Te poręcze, lepiej będę się ich trzymał… Są takie chropowate… Co to jest? Nie widzę dobrze… Przypomina krew…

Nie, to rdza… Głupia rdza…

Wszystko leży na tych stopniach… Kurz, kawałki szkła… Tylko na środku nie… Wygląda, jakby coś tędy przeciągano… Coś, co miało szerokość człowieka…

To pewnie złomiarze wyjęli grzejnik, czy coś podobnego, i nieśli go tędy…

Jestem prawie na dole…

Ktoś tam leży… Pijak? Pijak w czarnej, sięgającej do połowy ud sukience? Pijak w szpilkach? Pijak z burzą czarnych włosów, rozsypanych na brudnej posadzce?

Wiedziałem, do kogo należy to ciało. I wiedziałem, do kogo należy porzucony obok ciała piękny, rosyjski rewolwer…

Wyrzygałem się wreszcie.

Nie usłyszałem, że ktoś zbiegł po schodach, minął mnie i dopadł do ciała. Nie zauważyłem, że podniósł rewolwer.

Dotarł do mnie dopiero głos:

– Kto ty jesteś?

Podniosłem wzrok i zobaczyłem mały, ale kształtny nosek i wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Blondynka, która przyglądała się mojej kłótni z Magdą.

– Jestem jej byłym chłopakiem. Widziałaś nas dzisiaj razem, nie?

– Ach, to ty! Nie poznałam cię w pierwszej chwili. Ty jesteś fotografem…

– Znasz mnie?

– Jasne, że tak! Przez dwa lata nie myślę o nikim innym, tylko o tobie. I o tym ścierwie…

Mówiąc to, wskazała ciało Magdy.

– A teraz ona nie żyje – ciągnęła dalej. – Zginęła od kul z tego rewolweru. Sama chciałam to zrobić, ale wyręczyłeś mnie. Dlaczego to zrobiłeś?

– Ja tego nie zrobiłem! To ty ją zabiłaś!

–Masz mnie za idiotkę? Wchodzę do środka i widzę ciebie i ją. A pomiędzy wami rewolwer…

– Jak nie ty, to ten twój chłopak! Ten szalony!

–Jaki chłopak? Co ty bredzisz? Nie mam żadnego chłopaka!

– Masz! To ty jesteś Julka!

– Jaka Julka? Nie jestem żadna Julka! Naprawdę nie wiesz, kim jestem? Nie poznajesz mnie? Spójrz!

Wysunęła do przodu lewą nogę, każąc mi na nią patrzeć.

– I co, teraz poznajesz?

– Nie – odparłem. – O co ci chodzi z tą nogą?

– No to spójrz teraz!

Zrobiła kilka kroków. Lekko utykała.

– Teraz już wiesz? Jestem… – zaczęła, ale nagle urwała. Jej wzrok przeniósł się ze mnie na kogoś stojącego za nią. Kogoś, kto wszedł drzwiami. – Ach, to ty – dodała.

Chciałem się odwrócić, by zobaczyć, kto tam stoi. Wtedy coś ciężkiego spadło mi na głowę i straciłem przytomność.