Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Ona, Katarzyna Ledwoń
Ona, Katarzyna Ledwoń
środa, 09 stycznia 2013

Katarzyna Ledwoń

Ona

 

Jest. Przyszła. Dobrze. Trudno. Sama jest sobie winna. Prosił przecież, by tego więcej nie robiła.

Spojrzał z niechęcią na sznur. Zdecydowanie nieodpowiedni.

Mama mówiła, że trzeba być silnym.

Mama wie, co mówi.

Pogładził z lubością swoje przyrodzenie.

Tak, pokaże wszystkim, kim jest, będzie odważny i wreszcie zrobi to, co zaplanował, nie może być inaczej. Musi tylko się pospieszyć, bo zaraz przyjdzie publiczność.

Cios spadł znienacka, nagle, z ogromna siłą i tak szybko, że nie zdążyła krzyknąć. Zresztą i tak było już za późno. A jeszcze przed chwilą miała nadzieję, że coś się zmieni, bo przecież wydawał się zadowolony, kiedy przyszedł.

Nóż wbił się w jej trzewia tak głęboko, że niemal przebił ją na wylot. W jednej chwili zgasło wszystko.

Ulga. Spokój. Cisza.


– Miał pan nosa, szefie. Skubany nie kłamał, wszystko jest tak, jak mówił.

Dziwny, a raczej niepokojący telefon od tajemniczego świadka zmusił policję do niestandardowych działań, które zazwyczaj polegały na ściganiu złodziei i zawszonych pijaczyn. Niestety, w małej pipidówie nie można liczyć na szczególną kreatywność świata przestępczego.

Stary budynek, w którym miały się wedle słów informatora znajdować zwłoki, od dawna był bezpański, chociaż z zewnątrz nie prezentował się jeszcze najgorzej. Wąskie, wysokie na trzy metry, łukowato zakończone okna nadawały mu dystyngowany, prawie pałacowy wygląd; wrażenie wzmacniała ogromna, reprezentacyjna klamka w kształcie lwa w równie wielkich co okna drzwiach. Zamontowana została chyba z myślą o wielkoludach, bo umieszczono ją mniej więcej w połowie ich wysokości. Sama bryła budynku bardziej niż pałac przypominała wysoką stodołę, być może przez niemal płaski dwuspadowy dach. W środku było jedno tylko, nieprawdopodobnie zagracone pomieszczenie, a raczej sala balowa, z pamiętającym lepsze czasy parkietem.

Nie musieli długo szukać. Ciało młodej kobiety leżało na podłodze w centralnym punkcie sali. Jasna sylwetka nawet bez zapalonego światła wyraźnie odznaczała się od czerni podłogi. W jej otwartych wciąż oczach było widoczne zdumienie, a obie dłonie miała mocno zaciśnięte na uchwycie noża, co przywodziło na myśl rozpaczliwą próbę ratunku.

– Szefie, są ślady na tym syfie. Ślicznie odbite. Damskie butki to chyba tej tu, a i męskie na pewno się znajdą. Ładna szpileczka – powiedział komisarz po zaledwie pobieżnych oględzinach, ale za to z dużym znawstwem. Rzeczywiście miał rację, buty były naprawdę piękne, wysokie, z beżowej, cieniutkiej skórki, zapinane na zamek, harmonizowały z subtelną urodą zamordowanej.

Wszystko z wyjątkiem zwłok było pokryte co najmniej kilkunastoletnim kurzem. Szyby w oknach, najwyraźniej od lat nieczyszczone, za nic nie chciały wpuszczać światła słonecznego. Na szczęście jedno było uchylone i przynajmniej mieli czym oddychać.

– Zwiał nam! – zawołał jeden z policjantów rozgorączkowany. Młody, niedoświadczony, to była pierwsza poważna sprawa, w której brał udział.

Rzeczywiście ślady męskich butów przywiodły ich do okna, tego właśnie, które było otwarte.

– To co, szefie, zorganizujemy psa? Zwłoki jeszcze ciepłe, to dużo czasu nie upłynęło, będzie mu łatwo – powiedział komisarz z nadzieją, wychylając się przez parapet, jakby chciał jeszcze dojrzeć sprawcę.

Odkąd weszli do środka, szef nie powiedział ani słowa. Przez krótką chwilę, a właściwie ułamek sekundy, zdawało się, że coś na kształt wzruszenia pojawiło się na jego pomarszczonym jak stare jabłko obliczu. Błyskawicznie się jednak opanował i teraz z pozbawioną wyrazu twarzą stał obok zwłok i tylko się rozglądał, a przynajmniej się starał, bo ciemność na niewiele pozwalała. Komisarz pomyślał brzydko, że staremu, znudzonemu pierdzielowi nie chce się już nawet kolan dla dobra śledztwa poświęcić.

– A to co?! Fuj! – Usłyszeli nagle pełny obrzydzenia okrzyk policjanta, który podniósł z ziemi znajomo wyglądający przedmiot. – Taka klasa babka i takie świństwa?

Komisarz, który zdążył wyrobić sobie własną, bardzo prawdopodobną i wygodną zresztą wersję wydarzeń, nie zwracał na otoczenie żadnej uwagi, tylko zniecierpliwiony tupał nogami w miejscu, wzbudzając przy okazji ogromne tumany kurzu.

– Szefie, wezwać tego psa? – powtórzył pytanie. – Pójdzie po świeżych śladach.

Szef, który dla odmiany na otoczenie spoglądał bacznie, zastanawiał się właśnie, czy młodzi są tak wiele warci, jak się powszechnie uważa. W jego oczach był to bezrefleksyjny, roszczeniowy i co gorsza słabo wykształcony motłoch. W żadnym wypadku nie mógł ich traktować jako własnej polisy na bezpieczną przyszłość albo raczej, co bardziej istotne, starość…

– Zajrzyjcie do jej torby – odezwał się wreszcie, z premedytacją ignorując po raz kolejny kwestię wyboru metody poszukiwań nie wiadomo czego.

– Jakieś szmaty i buty, nawet chyba pasują do tych tu. – Policjant wskazał głową w kierunku odbitych w kurzu śladów.

– Spryciarz zafajdany, ale na szczęście niedouczony – ucieszył się idiotycznie komisarz.

Szef, najwyraźniej na przekór, postanowił jednak wykazać się aktywnością fizyczną i przemieścił się o kilka kroków. Zajrzał do torby i pokiwał głową.

– Pokaż jeszcze raz tę zabawkę, którą znalazłeś.

Nie musiał dwa razy powtarzać, od razu została mu wręczona foliowa torba z właściwą zawartością.

– Obrzydlistwo, szefie, jak sobie tak pomyślę, że zdążyła tego jeszcze użyć…

Z ulgą przyjął utratę gorszącego przedmiotu o wyglądzie identycznym z męskim członkiem.

– A co, według ciebie zwłoki powinny być wyłącznie nienapoczęte? Ja bym to odwrócił, wyłącznie te zużyte. O ile świat byłby piękniejszy – rozmarzył się komisarz. – Swoją drogą, ciekawe, do czego jej ta wibrująca namiastka naszego ego.

Twarz szefa była wyzuta z wszelkich emocji.

– To nie wibrator – stwierdził po dokładnych oględzinach takim tonem, jakby to nie było nic niezwykłego, czym zresztą wywołał powszechną konsternację.

– To co?!

Komisarz nagle podskoczył.

– Wiem! Do obrony, zamiast gazu pieprzowego! – wrzasnął, równocześnie prezentując swoje umiejętności w zakresie fechtunku. – Wyjmuje fiuta i macha delikwentowi przed oczami. I on głupieje, a ona wtedy…

– A wtedy niestety my przyjeżdżamy i też głupio gadamy.

Szef jakby się ożywił. Klasnął w dłonie, po czym zaczął je międlić. Komisarza ten gest, wyraźnie wskazujący na radosny nastrój przełożonego, zawsze przyprawiał o mdłości.

– To co, panowie, kończymy? Skoro wszystko już wiadomo, absolutnie nie ma powodów, aby przedłużać nasz pobyt tutaj – powiedział szef z nieadekwatnym do okoliczności entuzjazmem, po czym powiódł po wszystkich wzrokiem, jakby szukając w ich oczach aprobaty. Niestety, rozczarował się.

–  Nic nie wiadomo. – Zdecydował się sprzeciwić jeden z policjantów, ten z najkrótszym stażem.

Szef wzruszył ramionami, ale nie wyglądał na zniecierpliwionego bezradnością i panującą w tym towarzystwie niemocą.

–  Nic naprawdę nie dało wam do myślenia? W którą stronę prowadzą ślady? – zapytał spokojnie.

– We właściwą, od okna. Wiadomo, wszedł i ją zaciukał. – Podjął wyzwanie komisarz.

– A jej?

– Tam, gdzie leży. Nie wiem. W żadną chyba. Może ją sobie przyniósł, może wcześniej zaatakował, zobaczył, że tu da się wejść, okazja super. Więcej analiz potrzeba, jakieś ślady z noża.

Szef wyszczerzył zęby, a właściwie ich starannie wykonaną atrapę. Wcale nie wyglądało to na uśmiech, przypominało raczej szyderstwo.

– Ja, chłopcze, bez analiz mogę ci powiedzieć, co na nim znajdziesz. Wyłącznie te drobne paluszki. – Wyraźnie zaakcentował słowo „chłopcze” i brodą wskazał na dziewczynę wciąż leżącą w tej samej pozycji, w której ją zastali.

Komisarz się zdenerwował, już miał na końcu języka jakąś ciętą ripostę, ale zdołał się opanować. W końcu szef był stary, zramolały i dał radę go przetrzymać.

– To trzeba posłać po tego psa wreszcie. Nie wiem, na co czekamy.

– Posyłaj, posyłaj. Ale najpierw się założymy, że nic ci nie powie. Co najwyżej kierunek, z którego denatka przed śmiercią przyszła.

– No to co?! Nadziała się na ten nóż sama, czy jak?!

– Niezbyt przypadkowo, ale tak. W pewnym sensie była chora. I tak się składa, że znalem ją, i jej rodzinę także, i żeby uprzedzić waszą podejrzliwość dodam, że przy takiej znikomej liczbie ludzi, jak w naszym mieście, to nie jest trudne. Gdyby nie te rzeczy w reklamówce i to – wskazał na sztucznego penisa – byłbym skłonny prognozować inny przebieg wypadków. Niestety, wszystko potwierdza moją wstępną teorię. Także to, że Alicja, bo tak właśnie miało na imię to dziewczę, cierpiała na swoiste rozdwojenie jaźni.

– Czyli samobójstwo?

Szef zaprzeczył.

– Niestety, to byłoby zbyt proste i oczywiste. Nie mówię o samobójstwie, tylko mimo wszystko o zabójstwie. Artur ją zabił.

– Jezu szefie, jaki znowu Artur?! To mamy jednak go szukać?! – zawołał całkowicie skonfundowany komisarz, niestety, najwyraźniej przekroczył dopuszczalną dzienną normę idiotyzmów, bo został skarcony surowym spojrzeniem.

– Alter ego Alicji. I moim zdaniem nie ma innego rozwiązania. Smutne to, ale najwyraźniej nikt nie potrafił jej pomóc – powiedział szef, kładąc nacisk na słowie „jej”, i odszedł, bo czekał go jeszcze przykry obowiązek do spełnienia.


Sekcja potwierdziła, że jak zwykle się nie mylił.