|
Ryszard Ćwirlej poddał się fali miejskich kryminałów, i jako jeden z pierwszych wniósł do tego gatunku panoramę Poznania. Jednak nie wybrał komentarza współczesności, a poszedł w pastisz PRL-owskich powieści milicyjnych.
I początkowo się bałem, iż mając do sprawy dzisiejszy dystans poprzestanie na slapstickowej kompilacji milicyjnych ikon, rozniesionych duchem czasu popeerelowskich anegdot czy filmowych kalek – rzeczywiście, pierwsze karty powieści mają w sobie nieco za dużo „barejady”, bo choć bawiłem się setnie już od początku, to sypanie tymiż jak z rękawa nieco mnie z czasem irytowało. Przywoływanie socjalistycznych duszków z długą brodą robi wrażenie zabawy dla zabawy: „kto zamawiał ruskie? – nikt, same przyleźli”; „dlaczego milicjanci chodzą parami? – bo jeden czyta, drugi pisze…”; i obowiązkowe bigosy, mleczne bary, plastikowe trabanty jako „zemsta Honeckera”, burkliwe sprzedawczynie, smętne kolejki, siatki z deficytowymi zakupami, oryginalne skarpety Adidasa uciułane w Peweksie… Wszystko to pachnie prostacką erudycją retro, którą przerzucano się na ulicach czy w domach, przy obowiązkowych posiadówkach z wódką…
Szczęśliwie po chwili wszystko to ustępuje miejsca i schodzi w nienachalne tło, acz stale zakotwicza nas w przestrzeniu stanu wojennego. Wszak Ćwirlej idzie na poważnie w intrygę, w postaci, w przejmujące nieraz dramaty, które, owszem, mają istotną podkładkę epoki, acz w emocjach są bardzo uniwersalne.
Autor trzyma się klasycznej budowy powieści milicyjnej, rozpoczyna gatunkowym otwarciem – znalezienie zwłok młodej dziewczyny pozbawionej głowy, wczesnoporanna pobudka bohatera powieści, kapitana Freda, który jeszcze walczy z echem wczorajszej Bałtyckiej, a potem już rozpuszczenie po mieście macek milicyjnego śledztwa… Raportuje nam to wszystko kolejnymi godzinami, przeskakując na perspektywy kolejnych, licznych tu postaci, kolejnych miejsc, partyjnych gabinetów, spelun i eleganckich restauracji. Co ważne, żadnego z nich nie gubi, a konsekwentnie rozwija i bardzo dobrze przeplata ze sobą nowe wątki. Dramaturgicznie jest Ćwirlej bez zarzutu. Także w kryminalnym rozwiązaniu.
A i postaci ma pyszne, o dziwo – każdą, nawet drugoplanową, umiejętnie wypukłą i szczerą. Oto kapitan Fred Marcinkowski, wielbiciel starego, także deficytowego w eterze, rocka, chciałby cieszyć się niedawno otrzymanych polonezem, chciałby mieć więcej czasu dla żony (pięknie namalowano tu pewien erotyczny moment), zamiast targać się po Poznaniu za jakimś – zapewne skrzywionym przez krwawe kino od demoludów – „łowcą głów”. Jego partner, porucznik Brodziak (w swym indywidualizmie ma coś z ikony Borewicza), jest twardym, miejskim łazikiem, który ma spore znajomości w podziemiu. Jest Gruby Rychu, stary znajomy Brodziaka, cinkciarz, dziś już majętny szef siatki handlującej dewizami. Jest student Maciek, zaopatrujący studencki Poznań w najnowsze filmy z zachodu, i przyszła studentka z prowincji, poszukująca zaginionej koleżanki z akademika. Są biurowi, wiecznie pijani przełożeni, jest partyjny aparat, jest zapalczywa burdelmama… I jest młody milicjant, Mariusz Blaszkowski, dla którego sprawa bezgłowego trupa staje się szansą odejścia z szeregów ZOMO. Ten ma kompleks ojca, niegdyś także mundurowego, który jednak wyraźnie, i z pogardą, rozgranicza robotę stricte kryminalną od pałowania demonstracji…
I wreszcie bardzo miło, iż Ćwirlej nie rozlicza się bebechowato z minionym systemem, a raczej patrzy nań przez pryzmat melancholii za „najweselszym barakiem w obozie”. Czasem bliski jest naiwnej, acz ciepłej, krytyki komunistycznych dewiacji – choćby milicjant Błaszkowski ratujący podczas demonstracji bitego człowieka to obrazek ckliwy, „przywracający wiarę w człowieka”, na szczęście jednak rozwinięty później w miły, romantyczny epizod, co upuszcza nadęcia. Ćwirlej także nie karykaturuje, nie prześmiewa, nie hiperbolizuje. Zachowuje równowagę, stawiając przede wszystkim na sprawę, dopiero potem zaś przypominając nam o ambiwalencji czasu.
I bardzo trafnie opisał miasto, jako jedną, wielką symbiozę wszystkich warstw społecznych, współpracujących ze sobą od kontrabandy po wymianę informacji. Prostytutki, bezdomni, cinkciarze, kelnerzy, baby z kolejek, milicjanci, psy i uliczne lampy… pomiędzy tym wszystkim snuła się nieufność czasu, ale i świadomość, iż jednak trzeba się z nim zmierzyć specyficznie braną, międzyludzką (piszę to bez agitki) solidarnością. Tym samym w Upiorach… pobrzmiewa dyskretna apoteoza Poznania i poznaniaków, a to, plus pisarska sprawność i uczciwość wobec gatunku, stawia powieść Ćwirleja jako jedno z bardziej udanych, kryminalnych wydawnictw tego roku.
Upiory spacerują nad WartąĆwirlej Ryszard Wyd.:Replika ISBN: 978-83-60383-23-0 Liczba stron: 285 Wymiary: 140x210 Oprawa: miękka Data premiery: lipiec 2007 cena 25.90 | Komentarze | Cała trylogia. Dodane przez Skubek w dniu 2010-09-11 20:49:53 Ludlum nie skończył na Tożsamości, rozwinął do trylogii, za co mu chwała. Pomysł wyśmienity, facet, który traci pamięć i robi wszystko aby ja odzyskać. Czytałem całą trylogię przynajmniej dwa razy w całości, oglądałem Tożsamość z Richardem Chamberlainem jak i nową wersję, obie wersje są doskonałe. Pierwsza bardziej oddaje książkę. Ale od tego zaczęła się moja przygoda z Ludlumem, czytam go często, i gorąco polecam to już klasyka. |
|