Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Stylus: Nocny strach, Rafał Kwiatkowski
Stylus: Nocny strach, Rafał Kwiatkowski
środa, 13 marca 2013
Rafał Kwiatkowski

Nocny strach

 
Noc z soboty na niedzielę -  3:40

Noc była ciemna, las mglisty, mokry i zimny. Deszcz padał nieustannie od paru godzin. Adam Rajchert w popłochu uciekał przed „złymi ludźmi”. Pot spływał z jego pleców, mieszając się z zimnym jesiennym deszczem. Uciekał, twardo stąpając po nierównej powierzchni. Krew pulsowała mu w stopach. Z każdym zetknięciem z podłożem odczuwał jeszcze większy ból. Zdawało mu się, jakby w butach miał gąbki zamiast stóp, z których co chwila tryska krew. Robiło mu się gorąco, fala ciepła rozchodziła się po całym ciele
i uderzała do głowy, a przed oczami robiło się ciemno. Bał się, że straci przytomność. Ubrany tylko w przemoczoną rozdartą koszulę i spodnie nie czuł chłodu, czuł za to narastające przerażenie i oddech „złych” na plecach. Nie wiedział dokąd uciekać. Był niczym dzikie zwierze, na które zostało zorganizowane polowanie. Starał się znaleźć jakieś schronienie. Przeczekać, chwilę odpocząć. Dlaczego go gonią? Czego od niego chcą? Te pytania utkwiły w jego głowie, ale nie miał czasu się nad nimi zastanawiać. Teraz najważniejszym stało się znalezienie oazy spokoju, choćby chwilowej. Nie odczuwał bólu, a przynajmniej o nim nie myślał, instynkt samozachowawczy kazał mu biec. Zmienił kierunek biegu, chociaż i tak nie wiedział, gdzie jest. Zgubił się, biegł z całych sił wprost przed siebie, ale właśnie w tym momencie postanowił, że trzeba skręcić. Parę kroków dalej ujrzał gęste krzaki. Może uda mu się schować pośrodku nich? Przystanął na chwilę, jakby chciał złapać oddech, zastanowić się. Minął zaledwie ułamek sekundy, po którym Adam ruszył jeszcze szybciej w kierunku, któremu od paru chwil się przyglądał. Krzaki były gęste, zarośnięte, miały mnóstwo gałęzi i niezwykle ostre igły. Nie było innej możliwości, musiał jakoś dostać się do środka. To miał być jego azyl. Łapczywie rozłożył dłońmi gałęzie i wczołgał się do środka. Igły wbijały mu się najpierw w ręce, później w tułów i nogi, z każdym posunięciem rozrywając skórę w kilku miejscach. Udało się. W środku było trochę miejsca. Skulony, chciał złapać oddech, uspokoić się. Odpocząć. Cały się trząsł. Nie tyle z zimna, co ze strachu. Zagrożenie jeszcze nie minęło. Słyszał w oddali krzyki i nawoływanie, słyszał szczekanie psów. Nagle ogarnęło go ogromne ciepło, zemdlał. Gdy się ocknął, odgłosy „złych” były już ledwie słyszalne. W jego głowie pojawiły się obrazy sprzed paru godzin.

Noc z soboty na niedzielę -  01:10

Gwałtownie wyrwany ze snu, oddychał ciężko, nie mógł sobie przypomnieć koszmaru, który przed chwilą przyprawił go o ciężkie bicie serca. Czuł, że pot spływa mu
z czoła. Przetarł je ręką i pokręcił głową.
– Co za sen!
Zerknął na zegarek stojący na stoliku obok łóżka, było kilka minut po pierwszej.
Poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro i skrzywił się. Odkręcił kurek z zimną wodą, nachylił się i przemył nieogoloną od paru dni twarz.
Ubrał się i wyszedł z domu. Szedł powoli. Ulice o tej godzinie rozświetlało tylko światło przydrożnych latarni. Przystanął na chwilę, zapalił papierosa i ruszył dalej. Przez jego głowę przemknęła myśl o tajemniczym nocnym mordercy, który grasował od paru tygodni
w mieście. Telewizja i prasa ostrzegała przed samotnymi nocnymi eskapadami. Zaostrzono policyjne patrole, ale na nic się to nie zdawało. Nocny wampir, jak prasa określiła mordercę, był wciąż nieuchwytny. Adam poklepał wewnętrzną kieszeń marynarki, upewniając się, że zabrał ze sobą scyzoryk. Wiedział, że w razie spotkania z wampirem nie będzie bezbronny, tak jak dotychczasowe ofiary. Nie bał się, coś pchało go dalej, w pewnym sensie chciał czuć, że prowokuje mordercę, że chce stanąć z nim oko w oko.
Wiedział, że nie jest jedynym, który próbuje na własną rękę dopaść wampira. Okoliczni mieszkańcy, mimo protestów policji, zorganizowali gwardię obywatelską. Nie chciał się natknąć na taki patrol. Ludzie byli zdeterminowani zabić każdego, kto wyglądałby choć trochę podejrzanie. A on, spacerując w środku nocy ze scyzorykiem w kieszeni, nie miałby najmniejszych szans na wytłumaczenie się. Nawet nie próbowałby przekonywać ludzi, że rzuca wyzwanie mordercy. Chce się zmierzyć z nim sam na sam.
Myślał teraz nad tym, co takiego sprawiło, że chce walczyć z wampirem. Wiedział, że nie z pobudek moralnych wyszedł dzisiaj na ulicę. Może to ten sen? Może w nim było coś, co sprawiło, że chciał… no właśnie, co chciał? Sprawdzić się? A może był to pretekst, aby zmienić swoje dotychczasowe życie? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Jeszcze wczoraj był zwykłym, szarym obywatelem, szeregowym pracownikiem banku, bez planów na przyszłość, rozwiedzionym od przeszło roku, po zaledwie paru miesiącach małżeństwa. Dziś, budząc się, podświadomość podpowiadała mu, że czas coś zmienić. Miał poczucie, że musi wyrwać się z codziennej bezsensownej egzystencji. Dziś jest dzień, w którym może odmienić swoje życie, a intuicja podpowiadała mu, że jest to możliwe tylko wtedy, gdy dopadnie nocnego wampira. Musi go odszukać!
Minął właśnie kiosk. Spojrzał przez szybę na pierwszą stronę jednej z gazet. „Morderca ponownie zaatakował. To już 7 ofiara nocnego wampira. Podobnie jak w poprzednich przypadkach przestępca zaatakował nocą, podcinając gardło swojej ofierze. Tym razem zamordowaną była młoda dziewczyna wracająca z dyskoteki. Wampir znów pozostawił znak po sobie. Odgryzł ofierze prawe ucho. Policja jest bezradna”.
Adam czytał te informacje bez żadnych emocji. Nie czuł odrazy ani nienawiści do mordercy, nie czuł także strachu. Czuł za to siłę i chęć zmierzenia się z tym człowiekiem. Adam poszedł dalej, skręcając w jedną z ciemnych, nieoświetlonych uliczek.
Nagle kilkanaście metrów dalej w ciemności dojrzał dwie postacie. Chłopak
i dziewczyna szli za rękę, mocno przytulając się do siebie. Adam postanowił skryć się za pojemnikiem na śmieci. Obserwował parę, która bardzo powoli przesuwała się w jego kierunku. Niespodziewanie tuż za nimi Adam dostrzegł inną postać. Rajchert czujnie wytężył wzrok. „To może być wampir”, pomyślał. Postać szybkim, pewnym krokiem zaczęła zbliżać się do pary młodych ludzi. Była zaledwie kilka kroków od nich, kiedy Adam wyskoczył z ukrycia, w ręce mocno ściskając otwarty scyzoryk, i ruszył prosto na domniemanego mordercę.

Niedziela 14:20

Adam ocknął się w nieznanym otoczeniu. Niespokojnie się rozejrzał. Dostrzegł kobietę ubraną na biało.
– Oooo! Nareszcie obudził się nasz tajemniczy pacjent. Jak się spało? Spokojnie, nie musi się pan o nic obawiać. Jest Pan bezpieczny, w szpitalu św. Marii. Chociaż muszę przyznać, że miał pan sporo szczęścia. Moja koleżanka, wychodząc z pracy po dyżurze, znalazła pana nieprzytomnego, dwie ulice stąd. Ma Pan wiele głębokich ran i urazów na całym ciele, a także odmarznięte kończyny, zarówno dolne, jak i górne. Musi pan dużo wypoczywać. Po południu odwiedzi pana lekarz.
Pielęgniarka odwróciła się i zaczęła poprawiać prześcieradło. Adam nie odezwał się nawet słowem, chciał, ale dźwięk nie mógł wydobyć się z jego gardła. Chciało mu się pić. Rozejrzał się po pokoju, lecz nie znalazł niczego, czym mógłby ugasić pragnienie. Musi spróbować raz jeszcze wydobyć z siebie jakiś głos, póki pielęgniarka jest w pokoju.
– P... p... piić – cicho, bardzo niewyraźnie jęknął.
– Słucham? – spytała pielęgniarka, odwracając głowę w jego stronę.
–  B... b... błagam... pić!
– Ależ oczywiście! Już podaję szklankę wody. Musi pan nabrać sił, policja będzie chciała pana przesłuchać, prawdopodobnie ma to jakiś związek z tym szaleńcem. Powinni być tu lada chwila.

Noc z soboty na niedzielę - 02:15

Chłopak zasłonił dziewczynę, ale szybko spostrzegł, że nie oni są celem Adama. Cel stał tuż za nimi. Adam zaciskając mocno rękę na scyzoryku, podniósł go i uderzył prosto w serce stojącego za nimi człowieka. Ten otworzył szeroko oczy, rozwarł usta i upadł.
– Michał! – krzyknął chłopak. – To przecież Michał, nasz kolega!
Chłopak dobiegł do ugodzonego i pochylił się nad nim. Dziewczyna zaczęła krzyczeć. Adam, wciąż trzymając zakrwawiony nóż w ręce, spojrzał na załzawioną twarz dziewczyny, przyłożył palec wskazujący do ust.
– Ciiiiii, to był on! Nocny wampir! Zabiłem go!
Dziewczyna z przerażeniem i łzami w oczach miotała wzrokiem między ugodzonym nożem przyjacielem, swoim chłopakiem i Adamem, całkowicie się po chwili rozklejając. Chłopak nachylił się i próbował wyczuć puls. Adam wykorzystał ten moment i bezszelestnie podszedł do dziewczyny, łapiąc ją od tyłu za ręce i przystawiając nóż do szyi.
Chwilę później spojrzał w przerażone oczy chłopaka i z uśmiechem na twarzy podciął jej gardło. Chłopak zamarł. Adam, wciąż trzymając dziewczynę w ramionach, przechylił głowę, otworzył usta, zbliżył je do ucha dziewczyny i odgryzł je. Chłopak podniósł się, nogi trzęsły mu się ze strachu i przerażenia. Adam, wciąż się uśmiechając, odepchnął ciało dziewczyny na ziemię, na chwilę tylko tracąc kontakt wzrokowy z chłopakiem. Niespodziewanie jednak, parę metrów dalej, obaj usłyszeli obcy głos.
– Co tu się dzieje? Co to za krzyki? Jest tam ktoś?
Adam, domyślając się, że to strażnicy z patrolu obywatelskiego, jeszcze raz spojrzał prosto w oczy chłopaka. Stali tak chwilę w bezruchu. Po czym chłopak krzyknął.
– On tu jest! To wampir – powiedział, robiąc kilka kroków w tył.
Adam usłyszał bieg kilku strażników patrolu obywatelskiego, zrzucił jednym ruchem marynarkę, aby ta nie krępowała jego ruchów, i sam zaczął uciekać.
– Stój! – krzyknął jeden ze strażników.
Adam wiedział, że jedyną szansą na ucieczkę jest pobliski las. Tylko tam zdoła zgubić patrol.

Niedziela – 14:30


– Starszy sierżant Bogdan Strejko, gdzie znajdę pacjenta, który trafił do was dzisiaj rano?
– Pacjent znajduje się w sali 107, uprzedziłam go, że policja będzie chciała z nim rozmawiać.
– Co? Przecież wyraźnie uprzedzaliśmy, żeby nie informować go o naszym przyjeździe! – starszy sierżant warknął na pielęgniarkę .
– Chodźmy! Szybko! – Bogdan Strejko krzyknął do pozostałych trzech policjantów.
Gdy wbiegli do sali 107, poczuli chłód. Zimne, październikowe powietrze wdzierało się przez otwarte na oścież okno. Adama nigdzie nie było. Jeden z policjantów podbiegł do okna i wyjrzał przez nie.
– Nie ma go. Wampir znów nam uciekł!