Advertisement
Strona główna arrow Newsroom arrow Na granicy, Brian McGilloway
Na granicy, Brian McGilloway
środa, 26 czerwca 2013

W Irlandii też mordują!

Dopiero co pisałam o zaletach i przyjemności płynącej z czytania wakacyjną porą tak zwanych letnich kryminałów, w których żar leje się z nieba, a skwar wykańcza spoconego śledczego. Jednak w ostatnich dniach pogoda zmieniła się o 180 stopni, co oczywiście nie jest już dla nas żadnym zaskoczeniem. Jedyne, co może dziwić, to brak śniegu. I może właśnie ta ponura, prawie jesienna pogoda sprawiła, że dopadł mnie mroczny nastrój i sięgnęłam po lekturę przenoszącą czytającego w północne rejony. O dziwo, nie są to jednak rejony skandynawskie.

ImageAkcja debiutanckiej powieści irlandzkiego pisarza Briana McGillowaya rozgrywa się tuż przed Bożym Narodzeniem w mieście Lifford, na granicy pomiędzy Irlandią Północną a Południową. Miejsce to jest dosyć szczególne. Po pierwsze – brytyjska policja i irlandzka Garda Síochána (Straż Pokoju) muszą ze sobą współpracować, po drugie – każde przestępstwo popełnione na tym terenie stwarza masę problemów, związanych z tym, pod czyją jurysdykcją powinno być prowadzone śledztwo. W przypadku morderstwa na nastolatce, którą znaleziono wpółnagą w śniegu, śledztwem muszą się zająć irlandzcy przedstawiciele prawa, gdyż tej narodowości była ofiara. Rozwiązania zagadki musi się podjąć inspektor Benedict Devlin, dla którego sprawa o morderstwo to nowość. W dodatku znał on ofiarę; wszyscy w okolicy dobrze się znają. Najbardziej podejrzany wydaje się ojczym ofiary, typek, który bywał częstym gościem na komisariacie z powodu swojego krewkiego charakteru. Szybko jednak trop zaczyna prowadzić do Siwego McKelveya – jednego z Wędrowców. Potem pojawiają się kolejne ofiary, a na prowadzącego sprawę Devlina spadają różnego rodzaju kłopoty, zarówno prywatne, jak i zawodowe.

Benedict Devlin nazywany jest irlandzkim Wallanderem i jest to porównanie do pewnego stopnia słuszne, chociaż mnie osobiście zawsze drażnią te łatwo przyklejane latki „królowych kryminału”, „nowych Larssonów”, „współczesnych Chandlerów” i różnych innych „Wallanderów tego świata”. Jednak „Na granicy” klimatem w dużym stopniu przypomina skandynawskie kryminały i to nie tylko dlatego, że akcja rozgrywa się w zimie. Fabuła rozwija się powoli, a mimo to jest wciągająca i łatwo ulec urokowi niespiesznej narracji, poddać się melancholijnemu klimatowi i wspomnieniom towarzyszącym głównemu bohaterowi, który jest równocześnie narratorem opowieści. To śledczy z zasadami, a jednocześnie tylko człowiek ulegający pokusom, pełen wątpliwości, ale niezłomnie dążący do prawdy. Równie dobrze nakreślone są inne postaci książki – od grupy policjantów prowadzących śledztwo, przez tak zwanych Wędrowców, ciągle zmieniających miejsce zamieszkania, po ojczyma ofiary, osobnika z jednej strony odrażającego, a z drugiej bardzo nieszczęśliwego.

Polecam tę pozycję jako przyjemną odskocznię od panujących nam miłościwie i niemożliwych do zdetronizowania kryminałów skandynawskich. W Irlandii też mordują! A zagadki są równie wciągające, jak u naszych sąsiadów z Północy.


Gaja Grzegorzewska

Na granicy
Brian McGilloway
Przekład: Przemysław Bieliński
Wydawnictwo Amber
Warszawa 2009