Advertisement
Strona główna
Agatha Christie miała szczęście, Gaja Grzegorzewska
poniedziałek, 24 marca 2014

Adaptując ulubieńców

Agatha Christie miała szczęście

Angielska Królowa Kryminałów była często zaniepokojona szalonymi, ekstrawaganckimi, progresywnymi pomysłami reżyserów teatralnych, którzy brali się za adaptację jej powieści, opowiadań i sztuk. Zwierzyła się z tych wątpliwości w swojej autobiografii, wyznając, iż padały propozycje w rodzaju odmłodzenia Poirota i otoczenia go wianuszkiem zakochanych dziewcząt. Autorka nawiązuje też ironicznie do tych pomysłów w swoich kryminałach z Adrianną Olivier, pisarką, która boryka się z podobnymi problemami.
 
Nie wiadomo, co Agatha Christie powiedziałaby na najnowsze filmowe i telewizyjne adaptacje jej dzieł, w których filmowcy często bardzo daleko odchodzą od oryginału i obchodzą się z nim, delikatnie mówiąc, swobodnie. Mimo wszystko można powiedzieć, że Christie miała szczęście i do kina, i do telewizji. Zdecydowanie wygrywa z innymi pisarzami, zarówno jeśli chodzi o liczbę ekranizacji, jak i ich jakość, obsadę, reżyserię i oprawę plastyczną.

Pierwsza adaptacja jednej z jej pierwszych powieści – „Tajemniczego przeciwnika” – pojawiła się już w 1929 roku. Ale prawdziwy wysyp rozpoczął dopiero Billy Wilder, przenosząc na ekran znakomite opowiadanie Christie „Świadek oskarżenia” i obsadzając w roli głównej Marlenę Dietrich.

Oczywiście zawsze najwięcej emocji u widza wzbudza dobór obsady, a zwłaszcza aktorzy wcielający się w postaci Herculesa Poirot i Panny Marple.

W latach sześćdziesiątych George Pollock zekranizował szereg powieści z Panną Marple, którą zagrała Margaret Rutherford, do dziś jedna z najsłynniejszych odtwórczyń tej postaci. Aktorka obdarzyła ją sporą dawką komizmu i dystansu.

ImageW latach osiemdziesiątych Pannę Marple grała Joan Hickson, która zrobiła ze słynnej detektywki-amatorki osobę nieco ponurą, surową, sztywną i zdecydowanie wiktoriańską w podejściu do życia. To taka stereotypowa stara panna, która prawie nigdy się nie uśmiecha i wszystkich naokoło poucza.
Moją osobistą ulubioną Jane Marple jest Geraldine McEwan. W jej interpretacji jest to staruszka wyjątkowo żywotna, energiczna, wesoła, a przy tym cyniczna i przewrotna. Widz odnosi wrażenie, że ta starsza pani naprawdę wie znacznie więcej niż inni. Nie tylko o naturze zbrodni, mordercach i ofiarach, ale o życiu w ogóle. Jest zdystansowana i pozbawiona złudzeń, ale nadal serdeczna wobec tych, którzy na to zasługują. A do tego czyta Raymonda Chandlera!

W najnowszych adaptacjach wiekowa już McEwan została zastąpiona przez dziesięć lat młodszą Julię McKenzie. Jej Panna Marple to osoba wyciszona, nieco nieśmiała, pozostająca w cieniu, dobrotliwa i prostoduszna. Nie jest to postać źle zagrana, nie ma niestety jednak tej charyzmy, którą miała jej poprzedniczka.

Odtwórców postaci Herculesa Poirot było równie wielu. Pierwszym słynnym Poirotem został Albert Finney, który zagrał w „Morderstwie w Orient Expressie” – najgłośniejszej, obsypanej Oscarami ekranizacji najbardziej popularnej powieści Christie. Obsada filmu Sidneya Lumeta może przyprawić o zawrót głowy. Któż tu nie gra! Ingrid Bergman (dostała za tę rolę Oscara, podobnie jak Finney), Vanessa Redgrave, Michael York, John Gielgud, Jean-Pierre Cassel, Lauren Bacall, Anthony Perkins, Sean Connery!

Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to w ogóle dobry czas dla Poirota. Powstały wtedy najsłynniejsze filmowe dzieła z Peterem Ustinovem. Przede wszystkim bardzo znana „Śmierć na Nilu”, której obsada również zapiera dech: Jean Birkin, Bette Davis, Mia Farrow, David Niven, Olivia Lansbury, Maggie Smith. Równie udane jest „Zło czai się wszędzie”. Tu również grają Jane Birkin oraz Maggie Smith, a sam film ma wyjątkowo wakacyjną atmosferę.

Najczęściej jednak, gdy pada hasło „Hercules Poirot”, przed oczami staje obraz Davida Sucheta, który wciela się w słynnego detektywa w serialu kręconym od lat osiemdziesiątych aż do „Kurtyny”, powstałej w 2013 roku. Ten Poirot jest chyba najbliższy swojemu literackiemu pierwowzorowi. Dandys, snob, erudyta, mądrala. Bywa pociesznym, zabawnym dziwakiem, którego Anglicy traktują pobłażliwie, a nawet z wyższością, ale potrafi przemienić się w prawdziwego surowego stróża sprawiedliwości o ciętym języku, umyśle ostrym jak brzytwa i niespotykanej inteligencji.

Podobno i dzisiaj wśród brytyjskich aktorów panuje moda na występowanie w adaptacjach tych kryminałów. Są to role równie popularne i rozchwytywane jak te w dziełach na podstawie Jane Austen. Stąd często zarówno w głównych, jak i w drugoplanowych rolach możemy zobaczyć słynnych aktorów filmowych i teatralnych, takich jak: Jeremy Northam, Damian Lewis, Emily Blunt, John Hannah, Derek Jacobi, Christopher Eccleston, Joan Collins, Hugh Bonneville, Greta Scacchi, Timothy Dalton, Gabriel Byrne, Benedict Cumberbatch czy Julian Sands.

Drugą rzeczą, która wiernego fana interesuje najbardziej poza doborem obsady, jest naturalnie wierność adaptacji. Ostatnie dzieła filmowe i telewizyjne na podstawie prozy Christie, zwłaszcza te z Geraldine McEwan, Julią McKenzie i Davidem Suchetem, w niektórych przypadkach odchodzą całe mile od oryginału, a niekiedy są tylko luźno z nim związane. Zdarza się nawet, że filmowcy pakują Marple i Poirota do opowieści, w których pierwotnie nie występowali. Ortodoksyjni wielbiciele twórczości angielskiej pisarki zżymają się na takie zabiegi, ja jednak uważam, że mają one nie tylko swój urok, ale i logiczne uzasadnienie. Po pierwsze, seansem zainteresowane są głównie osoby, które te książki znakomicie znają i dobrze pamiętają intrygę, a osoba mordercy nie jest dla nich tajemnicą. Dzięki zmianom mogą więc zaznać kilku niespodzianek. Ponadto część tych opowieści niestety trąci już mocno zleżałą myszką i lekkie odświeżenie nie jest od rzeczy. Dodaje pikanterii, humoru i dystansu, a historia często zyskuje nowy, interesujący kontekst. Eksperymenty w rodzaju zrobienia z pary hetero pary homo, zmiany miejsca akcji, wstawienia dodatkowego bohatera albo wątku czy zastąpienia postaci kobiecej postacią męską na pewno nie są zabiegami tak krzywdzącymi, jak w przypadku koszmarnych pomysłów na ekranizację „Uwikłania” Zygmunta Miłoszewskiego.
    
Gaja Grzegorzewska