Wywiad z Nele Neuhaus

Autor: Ewa Dąbrowska Data publikacji: 25 maja 2014

WYWIAD Z NELE NEUAHAUS

Anna i Miłosz Urbanowie: Akcja wszystkich Twoich książek osadzona jest w tzw. regionie Ren-Men, obecny jest w nich koloryt lokalny. To czym w takim razie tłumaczysz sobie popularność kryminałów na całym świecie? Nie można ich chyba dłużej szufladkować jako „regionalnych”?
Nele Neuhaus: Decyzja o tym, by akcja serii kryminałów z parą komisarzy Pią Kirchhoff i Oliverem von Bodensteinem, toczyła się w mojej małej ojczyźnie, podfrankfurckim rejonie między Renem a Menem, była spontaniczna! Na początku nie śniłam nawet, że pewnego dnia moi komisarze awansują na bohaterów „seryjnych”. Chciałam stworzyć kryminał, wymyśliłam sobie więc jakąś lokalizację, ale bez przerwy zapominałam, gdzie moi bohaterowie akurat się znajdowali i na jakiej ulicy. Pomyślałam sobie wtedy: W Niemczech jest tylu autorów piszących kryminały regionalne, osadzone w lokalnym kolorycie, to czemu nie kazać funkcjonariuszom pracować tam, gdzie mieszkam? W krótkim czasie przeniosłam akcję na własne podwórko i muszę przyznać, że sprawiło mi to ogromną frajdę.
Referentce ds. kultury w moim ówczesnym miejscu zamieszkania, mieście Kelkheim, książka bardzo się spodobała, ostrzegła mnie jednak, że nikomu spoza regionu nie przypadnie do gustu. Trzeba powiedzieć, że bardzo się pomyliła!
Wydaje mi się, że czytelnicy w Niemczech i na całym świecie tak chętnie sięgają po moje kryminały „regionalne”, bo, mimo wszystko, miejsce akcji to rzecz drugorzędna. Opisuję ludzkie charaktery i słabości, nasze mocne i słabe strony. Czytelnicy często twierdzą, że rozpoznają siebie w moich postaciach, przywołują konkretne sytuacje i świetnie odnajdują się w świecie przedstawionym, bo jest on po części ich własnym. Opisywanych przeze mnie ludzi można znaleźć w każdym miejscu na kuli ziemskiej, a zazdrość, zawiść, chciwość, tchórzostwo to uczucia, z którymi wielu ludzi boryka się na co dzień. Poza tym staram się wychodzić od wydarzeń aktualnych, interesujących, poruszających, skłaniających do refleksji, niezależnie czy chodzi o budowę farmy wiatrowej, poprowadzenia autostrady przez tereny znajdujące się pod ochroną, tajemnice przeszłości, czy wykorzystywanie nieletnich.

AiMU: Mimo to jesteś ambasadorką powiatu Men-Taunus, zgadza się?

NN: Tak, rzeczywiście, jestem pierwszą oficjalną ambasadorką powiatu Men-Taunus! To dla mnie ogromne wyróżnienie, zwłaszcza że region zawsze znajduje się w cieniu Frankfurtu, finansowej stolicy Niemiec. Z tego wyróżnienia dumny jest zwłaszcza mój tata, który w latach 1978-1990 był starostą powiatu Men-Taunus. Przyznaję, że mimo że urodziłam się w Münster (Nadrenia Północna-Westfalia), po trzydziestu latach czuję się mieszkanką Hesji z krwi i kości!

AiMU: Twoje kryminały kochają Niemcy, Polacy, Koreańczycy. Ale piszesz także książki dla dziewczyn ze stadniną w tle. Dlaczego autorka kryminałów pisze o koniach?

NN: Cieszę się, że mogę pisać o koniach. Od dziecka za nimi szaleję – w przeciwieństwie do trzech sióstr, które nigdy nie „złapały końskiego bakcyla”. Poza tym to naprawdę miła odmiana móc pisać nie tylko o morderstwach, ale też o koniach, dziewczynkach i ich świecie. Wiem, że już w czerwcu w Polsce ukaże się trzeci tom przygód o Elenie pt. Zawody i rozterki.
Od książek o koniach zaczęła się moja przygoda z pisaniem. Najpierw jako dziewczynka, a potem nastolatka produkowałam taśmowo historie o koniach – z początku piórem wiecznym w zeszytach szkolnych, potem na podarowanej od rodziców maszynie.  Od dzieciństwa jeżdżę konno; to dla mnie nie tylko hobby, ale mój styl życia.
W wieku dwudziestu lat poznałam (byłego już) męża, który był dwa razy starszy ode mnie, był właścicielem zakładów mięsnych i amatorsko skakał przez przeszkody. Kolejne dwadzieścia lat zajmowałam się jego wierzchowcami; trenowałam je, woziłam na turnieje i do weterynarza. Moje życie nieustannie kręciło się wokół koni. Czasem mieliśmy pięć, sześć naraz, więc wieczory po pracy spędzałam najczęściej w stajni. Moje hobby stało się moim obowiązkiem, bo mąż chciał jedynie skakać, a treningi i oporządzanie koni zostawiał mnie. Nie miałam ambicji, by startować na zawodach. Nawet na najlepszych koniach sportowych wolałam galopować w terenie, bo one też przecież potrzebowały odmiany od codziennych ćwiczeń.
Do tej pory tak właśnie się odprężam po pracy przy biurku.

AiMU: Dorośli uwielbiają Twoje kryminały, dziewczyny kochają Elenę. Mimo to postanowiłaś napisać powieść obyczajową, której aukcja toczy się w Nebrasce. Czy to znak, że zaczynasz zmieniać kierunek?

NN: Nie! W tym roku w Polsce ukażą się moje dwa kryminały, Kto sieje wiatr w maju i Zły wilk w październiku. Również w październiku w Niemczech wyjdzie kolejny kryminał, Die Lebenden und die Toten [„Żywi i martwi” – przyp. tłum.]. Niegasnące zainteresowanie moich fanów życiem Pii i Olivera utwierdza mnie w przekonaniu, że warto kontynuować tę serię! Jeśli chodzi o książki dla dziewczyn o Elenie, chciałabym zapewnić młode czytelniczki, że czwarta część jest w planach! Będzie to jednak część ostatnia albo przedostatnia. Nikt nie dałby przecież wiary, że Elena, Tim i Melike w wieku szesnastu czy siedemnastu lat ciągle spędzają czas w stadninie, trzymając się za rączki. Niestety seria dla młodych czytelniczek rządzi się swoimi prawami i tu sprawy nie mogą wyjść poza pierwszy pocałunek. A ja nie lubię naciąganych historii. Z kolei powieść obyczajowa pt. Sommer der Wahrheit [„Lato prawdy” – przyp. tłum.] to eksperyment. Zawsze chciałam napisać coś innego. Stworzyłam więc historię Sheridan Grant w poszukiwaniu własnej tożsamości. Jeśli spodoba się czytelnikom, powieść na pewno doczeka się kontynuacji.
Poza tym razem z narzeczonym Matthiasem planujemy w roku 2015 niespodziankę dla czytelników. Nie mogę wprawdzie zdradzić, co to będzie, ale zapewniam, że coś fantastycznego!
Muszę oczywiście pilnować wszystkich terminów, bo oprócz powieściopisarstwa pracuję także nad scenariuszami ekranizacji moich kryminałów, spotykam się z czytelnikami w kraju i za granicą, udzielam wywiadów i mam inne zobowiązania.
Ale ponieważ najwięcej listów otrzymuję od fanek Eleny (i ich matek!) myślę o nowej serii dla młodzieży; być może swoistego połączenia historii ze stadniną w tle (kto wie, może będzie o western riding) z wątkiem kryminalnym?

AiMU: Skoro mowa o western riding: czy to prawda, że trenujesz całkiem nowy styl jazdy konnej?

Kiedy rozstałam się z mężem, ten zostawił mi wszystkie konie, by nie musieć płacić za ich utrzymanie. Na początku roku podjęłam decyzję o sprzedaży młodych koni sportowych. Postanowiłam kupić Indy’ego, dziewięcioletniego wałacha rasy Quarter Horse; siwka, o którym zawsze marzyłam, konia do western riding! Cóż, kiedy przez trzydzieści lat jeździło się klasycznie, po angielsku, nie jest szczególnie łatwo przyswoić sobie zupełnie inny styl jazdy. Tu konie reagują całkiem inaczej; są spokojniejsze, pracują bardziej samodzielnie i to na luźnych wodzach. Styl ten wywodzi się z użytkowania koni przez Amerykanów na ranczach – kowboje potrzebowali partnera, który będzie myślał razem z jeźdźcem, tym samym pomagając mu w pracy.
To niesamowite, poznawać zupełnie nowy styl jazdy! Co ciekawe, ludzie, którzy styl ten trenują, też są inni! Bardziej towarzyscy i wyluzowani. Nawet mój narzeczony Matthias, który dotąd lubił jedynie konie mechaniczne, zaczął naukę jazdy. Trzeba przyznać, że Indy to najlepszy nauczyciel, jakiego mógłby sobie wymarzyć. Kiedy Matthias opanuje już jazdę w siodle, czeka nas wiele wspólnych przejażdżek po górach Taunus – genialny relaks po pracy przy biurku!

AiMU: Jaki wpływ na Twoją pracę ma feedback od czytelników z całego świata? Czy zmieniła się współpraca z Wydawnictwem Ullstein? Czy pracujesz pod presją?

NN: Nie mogę powiedzieć, że nie odczuwam presji, bo tak nie jest. Czytelnicy niecierpliwie czekają na kolejną książkę, a kiedy ta się ukaże, po kilku dniach domagają się kolejnej. To z jednej strony genialne, bo czy może być coś piękniejszego dla pisarza niż zachwyceni i zadowoleni czytelnicy?
Natomiast podczas samego procesu pisania powieści zupełnie nie odczuwam presji. Pisanie wciąż sprawia mi ogromną radość, począwszy od gromadzenia informacji po pracę nad manuskryptem.
Za to zdaję sobie sprawę, że dla moich wydawnictw stanowię ważny czynnik ekonomiczny, nie mogę więc pozwolić sobie na spóźnienie, jeśli książka wpisana jest do planu wydawniczego, na przykład na wiosnę czy jesień. Podczas pracy nad Złym wilkiem zachorowałam i musiałam poddać się skomplikowanej operacji serca, poza tym rozstałam się z mężem. Z pewnością niejeden pisarz w obliczu takich problemów zdecydowałby o przesunięciu daty premiery powieści. Ja jednak jestem osobą szalenie zdyscyplinowaną, moich wydawców i czytelników traktuję poważnie i nie chcę ich rozczarować. Tak więc zacisnęłam zęby i nie litując się nad sobą, ukończyłam pracę nad książką. Nagrodą za to było pierwsze miejsce na liście bestsellerów tygodnika „Der Spiegel” i zachwyt fanów.
W każdym nowym kraju zaczynam od nowa zdobywanie czytelników. Cieszy mnie entuzjazm wydawców, redaktorów i tłumaczy, chętnie włączam się więc we wszelkie akcje, staram się przyjmować zaproszenia i dlatego właśnie mogłam gościć w Polsce w październiku 2013 roku.
    W Niemczech współpracuję także przy ekranizacjach moich kryminałów. Dwie pierwsze adaptacje filmowe, Śnieżki i niewydanej jeszcze w Polsce Unbeliebte Frau [„Nielubiana” – przyp. tłum.] były bardzo rozczarowujące. Zaprotestowałam głośno i odtąd współpracuję przy ekranizacjach. W zeszłym roku byłam zaangażowana w pracę przy adaptacji Przyjaciół po grób i mojej prywatnej faworytki, Głębokich ran. Tu bardzo odczuwam presję, bo to w końcu adaptacje moich książek i to ja muszę żyć z efektem pracy filmowców.

AiMU: Czy mogłabyś opisać, z jakich etapów składa się praca nad kryminałem?

NN: Pierwszy jest pomysł. Może to być notka w gazecie, film dokumentalny w telewizji albo coś zasłyszanego, co kiełkuje w mojej głowie. Pozwalam temu dojrzeć, obracam w myślach, aż w końcu pomysł urasta do rozmiarów potencjalnego tematu. Wtedy siadam, zastanawiam się, jaką historią mogłabym ten temat obudować. Omawiam to z redakcją, ale również z moim partnerem i rodziną. Dla wydawnictwa przygotowuję dwustronicowy konspekt, a projektowi nadaję tytuł roboczy.
Wprawdzie początkowy pomysł nie ma wiele wspólnego z efektem końcowym, jakim jest książka, ale takie są zawsze początki. Potem zgłębiam temat, dużo czytam, szukam informacji w Internecie, rozmawiam z ekspertami. Wreszcie rozpisuję akcję. Kreślę postaci, piszę im biografie. W końcu siadam do szczegółowego opisu kolejnych scen, czegoś w rodzaju scenariusza. Już na tym etapie powstaje część dialogów. Przy pracy nad aktualnym kryminałem [Żywi i martwi, w Polsce w 2015 r. – przyp. tłum.] „scenariusz” liczył 196 stron i 180 scen – sam w sobie był już jak książka! Ta część trwa około roku, dopiero potem przystępuję do właściwej pracy, na którą muszę zaplanować od trzech do czterech miesięcy.
Ostatnio po lekturze całości stwierdziłam, że z historią coś jest nie tak, akcja nie toczy się gładko. Spotkałam się z moją redaktorką, usiadłyśmy, długo rozmawiałyśmy, aż w końcu doszłam do wniosku, że muszę wykreślić dwie postaci. To nie lada łamigłówka! Zmiany trzeba przeprowadzić z chirurgiczną precyzją, bo zadania tych postaci muszą logicznie zostać przejęte przez inne osoby.
Kiedy ten etap dobiega końca, do pracy przystępuje redaktorka. Po gruntownej redakcji i korekcie otrzymuję tekst z komentarzami, do których muszę się ustosunkować. Część zmian akceptuję, inne odrzucam. Później ponownie siadamy do dyskusji. Kiedy kompromis jest osiągnięty, tekst jest łamany, a ja znów zasiadam do korekty. I to jest już ostatnia możliwość wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Wiadomo, że w wydawnictwie nad tym tekstem też siedzą korektorzy, ale dodatkowo daję tekst do przeczytania siostrze i kilku przyjaciółkom, bo potrzebuję informacji zwrotnej na temat akcji, tego czy historia jest wciągająca, czy wszystko jest czytelne, przejrzyste itp.
Kiedy książka idzie do druku, jest efektem benedyktyńskiej pracy wielu osób, nie tylko mojej, redakcji i pierwszych czytelników. Już kiedy pierwsze książki wydawałam własnym sumptem, okazało się, że mam głowę do wymyślania tytułów. Tak więc sama ochrzciłam moje „dzieci”: Przyjaciele po grób; Głębokie rany; Śnieżka musi umrzeć; Kto sieje wiatr; Zły wilk. Pomysły na tytuły zawsze przychodzą same…

AiMU: Czy jest coś, co mogłoby zainteresować polskich czytelników?

NN: To dla autora zaszczyt, kiedy jego książki ukazują się w innych językach. Trzeba mieć ogromne zaufanie do tłumacza, bo rzadko ma się możliwość samodzielnej weryfikacji tekstu. Wielu tłumaczy nawiązuje ze mną kontakt i zadaje pytania. Uważam, że to coś fantastycznego. A jeśli do tego prawa do moich książek nabywa wydawnictwo aktywne, zaangażowane, to książka ma zapewniony dobry start na nowym gruncie.
Mam nie tylko wielkie szczęście, że w Polsce wydaje mnie wspaniałe wydawnictwo Media Rodzina, ale przede wszystkim, że moimi tłumaczami są Ania i Miłosz Urbanowie, fantastyczni, wrażliwi i skrupulatni tłumacze! Ich entuzjazm nieodmiennie mnie cieszy.
W zeszłym roku na zaproszenie wydawnictwa Media Rodzina ja i Matthias odwiedziliśmy Warszawę i Kraków. To była moja pierwsza podróż do Polski i ogromnie się na nią cieszyłam, zwłaszcza że rodzina mojej mamy pochodzi z Wielkopolski, a mój ulubiony kryminał z serii z Pią i Oliverem to Głębokie rany, którego akcja częściowo toczy się na terenie Polski. Wizyta w waszym kraju była niezapomnianym przeżyciem. Zachwyciła mnie serdeczność moich polskich czytelniczek i czytelników. Nigdy nie zapomnę spotkań w Warszawie i Krakowie na targach książki! Jestem pewna, że jeszcze tu wrócę. Bardzo chciałabym odwiedzić Mazury, które znam jedynie z informacji, jakie zebrałam, pisząc powieść Głębokie rany, ale też inne miejsca w Polsce. No i nie zapominajmy o wybornej polskiej kuchni, którą poznałam bliżej dzięki Ani i Miłoszowi!

Rozmawiali Anna i Miłosz Urbanowie
 
 
Zapraszamy na wykład otwarty w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu pt. KTO SIEJE WIATR... ZBIERA ŚMIERĆ. FENOMEN NELE NEUHAUS W POLSCE, który wygłosi współtłumaczka książek Nele Neuhaus, dr Anna Urban, adiunkt w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wykład odbędzie się w środę, 28 maja, o godz. 16.00 w Mediatece, Plac Teatralny 5.

Udostępnij