Advertisement
Strona główna
O tym, jak Agatha Christie... (cz. II), Gaja Grzegorzewska
poniedziałek, 09 czerwca 2014

O tym, jak Agatha Christie złamała wszystkie zasady obowiązujące w Klubie Detektywów (część II)

Część I


Uwaga, tekst zawiera spojlery!!!


ImageKlub detektywów czuwał między innymi nad tym, by autorzy kryminałów nie dawali się ponosić młodzieńczym skłonnościom do zbytniego odrywania fabuły od rzeczywistości i pohamowali pokusę umieszczania gdzie tylko się dało gangów, spisków, duchów, hipnozy, sekretnych przejść, Chińczyków i super przestępców.

Agatha Christie uwielbiała natomiast wplatać w akcję gangi, szajki, mafię i różnego rodzaju mniejsze i większe organizacje przestępcze. Nierzadko pojawiali się w jej powieściach superprzestępcy i tajne stowarzyszenia próbujące zawładnąć światem lub doprowadzić do ogólnoświatowego kryzysu. Tak jest w „Tajemniczym przeciwniku”, „Mężczyźnie w brązowym garniturze”, „Tajemnicy siedmiu zegarów”, „Spotkaniu w Bagdadzie”, „Podróży w nieznane” czy „Pasażerze do Frankfurtu”. Bywało, że w skład międzynarodowej organizacji usiłującej zawładnąć światem wchodzili Chińczycy i superprzestępcy, na przykład w „Wielkiej Czwórce”. Zupełnie jakby pisarka testowała wytrzymałość członków Klubu Detektywów.

Asekurowała się niekiedy, puszczając oczko, dekonstruując schemat opowieści kryminalnej. Na przykład poprzez bohaterów, którzy są świadomi mechanizmów rządzących kryminałem. Dzieje się tak zwłaszcza w książkach z Tommym i Tuppence. W zbiorze opowiadań „Śledztwo na cztery ręce” małżeństwo detektywów nazywa swoje kolejne kryminalne sprawy tak, jak tytułowaliby rozdziały książek. Często rozmawiają ze sobą o fikcyjnych detektywach (jako fikcyjny detektyw pojawia się tu również Hercules Poirot) i ich metodach. W każdej sprawie próbują zastosować inną taktykę. Z różnym skutkiem, często marnym (Tommy, zabawiając się w dedukcję a la Sherlock Holmes, nie trafia z ani jednym wnioskiem). W ten sposób Christie nabija się z detektywistycznych trików, wykazując ich absurdalność. Tommy i Tuppence doskonale znają zasady i schematy w rodzaju „przyjaciel idiota zawsze pozostanie idiotą” lub „jeden zbieg okoliczności może się znaleźć w historii”. W opowiadaniach ze zbioru „Śledztwo na cztery ręce” Christie łamie zasadę za zasadą, bo przecież, jak nieraz wspominają małżonkowie, „to nie książka ,tylko prawdziwe życie”.

Zdarza się również, że Hercules Poirot traktuje siebie jak postać literacką, na przykład mówiąc: „Każdy znany detektyw ma brata, który byłby równie znany, gdyby nie wrodzone lenistwo”. Nawiązuje tym samym do postaci Mycrofta Holmesa, brata Sherlocka. Hastings – przyjaciel idiota – dziwi się ekstrawagancji pani Poirot, która nadała swoim bliźniakom tak niezwykłe imiona jak Hercules i Achilles. Równie niezwykłe, jak te wymyślone przez panią Holmes. Tyle że biedny Hastings nie wie, że przyjaciel mądrala bawi się jego kosztem i żaden Achilles Poirot nie istnieje. Tym razem pisarka jedynie udawała, że znowu postępuje niezgodnie z regulaminem, wprowadzając do powieści bliźniaka. Złamała własną taktykę łamania zasad i dobudowała kolejny metapoziom! Dawała w ten sposób czytelnikom i krytykom do zrozumienia, że ona doskonale wie, że tak się nie robi, ale mimo to jednak postanowiła zastosować taki czy inny chwyt.

Christie okazała się sprytna. Było oczywiste, że prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto złamie sztucznie narzucone zasady określające to, jak powinien wyglądać wzorcowy kryminał, aby w ten sposób stworzyć nową jakość. Postanowiła być pierwsza. Innym otworzyła drogę do eksplorowania nowych obszarów i udowodniła, jak ogromne jest spektrum możliwości, jeśli tylko autor odważy się postępować wbrew regułom.

 

Gaja Grzegorzewska