Advertisement
Czarna dziura
poniedziałek, 07 stycznia 2008
/kreska - Tdd/


I.


Jakiś czas temu znalazłem na ziemi artykuł, urywek z lokalnej gazety. Kronika kryminalna. Na jednej potarganej stronicy było napisane:

Image„Artur B.(36 lat) jest mechanikiem. Mieszkał wraz z rodziną w .... Nikogo nigdy nie zaczepiał, sąsiedzi, jak i klienci serwisu samochodowego, gdzie pracował, chwalili sobie jego fachowość, uczciwość i uczynność. Był spokojny, nie pił, nie zażywał narkotyków, nie miał żadnych zatargów z prawem. Zachowywał się spokojnie, „normalnie”- jak każdy, jak zawsze... aż do piątku, 16 czerwca br. Tamtego dnia niby nie wydarzyło się nic szczególnego: nie pokłócił się z żoną, do pracy poszedł na 8:00, wrócił do domu, jak zawsze, o godz. 15:00; zjadł obiad z rodziną i wyszedł (powiedział, że: „Jedzie się przewietrzyć”); wsiadł do swojego malucha i wyjechał ok. godz. 16:15. Jak wynika z ustaleń policji krążył po okolicach, aż do późnego wieczora („nie wiedząc czemu?” – jak sam zeznał), po czym udał się na stację benzynową oddaloną o 15 km od jego miejsca zamieszkania, w pobliskim miasteczku, by kupić coś do picia. Była 22:00, stacja była opustoszała, w sklepie obsługiwał jeden sprzedawca.  Artur B. wszedł do sklepu, wziął półtora litrową wodę niegazowaną, zapłacił i wrócił do samochodu. Siedział ok. 10 minut nie ruszając się. Po krótkiej chwili otrząsnął się i  nagle „nie wiedząc czemu?”, wysiadł z samochodu, uprzednio wziąwszy ze sobą zawinięty w nieprzezroczystą siatkę foliową ciężki młot i wrócił do sklepu. Podszedł do kasy, którą obsługiwał młody sprzedawca, i poprosił go o papierosy (leżące na półce za sprzedawcą), gdy ten się odwrócił Artur B. zamachnął się ciężkim młotem uderzając sprzedawcę w tył głowy (przed uderzeniem zamknął oczy, „żeby nie widzieć jak uderza, czego się bał”). Pierwsze uderzenie tylko ogłuszyło ekspedienta, drugie było już mocniejsze pozbawiając go świadomości. W kasie było 500 zł, których jednak Artur B. nie wziął uciekając z miejsca zdarzenia. Pojechał nad rzekę, gdzie pozbył się młota. Do domu nie wrócił. Spał w samochodzie. Nazajutrz zadzwonił do żony z informacją, że zatrzyma się na weekend u swojego znajomego z wojska, którego przypadkiem spotkał wczorajszego dnia. Żona, choć nieco zdenerwowana i zdziwiona przystała na to. Artur B. jeździł cały dzień. Zatrzymał się raz : około południa w ..., gdzie zjadł obiad i kupił młot w sklepie z narzędziami. Potem wyjechał. Tuż przed północą odwiedził kolejną przydrożną, małą stację benzynową. Tym razem od początku uzbrojony w zawinięty w worek młot wszedł do sklepu, gdzie powtórzyła się sytuacja z poprzedniej nocy, z tym, że wystarczyło jedno mocne uderzenie -jak później się okazało- śmiertelne.

Artur B. tuż po tym zdarzeniu wsiadł do swojego samochodu i pojechał na kolejną stację, gdzie znowu dokonał podobnego czynu. Młot, jak wcześniej, wrzucił do rzeki. Noc spędził w samochodzie. Nazajutrz rano, w niedzielę 18 czerwca, o godz. 9:00 zgłosił się na policję, gdzie przyznał się do wszystkiego.

(...)Przeprowadzone śledztwo potwierdziło treść jego zeznań. Artur B. został oskarżony o podwójne morderstwo i jedną próbę popełnienia czynu oznaczonego w kodeksie karnym paragrafem 123. Badania lekarskie nie wykazały najmniejszych oznak zaburzeń psychicznych...” 
      

Zaciekawiło mnie zamknięcie oczu, które biorąc mnie w nawias skupiło moją uwagę na ciemności. Tak ukazał mi się cień przedstawienia i światło zaoczności. Narodziła się czarna dziura.

II.


Wróćmy na chwilę do sytuacji wyjściowej - opisu zbrodni, której - dla mnie - kluczowym momentem jest zamknięcie oczu przez złoczyńcę tuż przed uczynieniem Złego. Ważne wydaje się na wstępie precyzyjne ustalenie momentu, kiedy to nastąpiło. Przypomnijmy: Artur B. za każdym razem wchodził na stacje z wyraźnym postanowieniem dokonania zbrodni (mniejsza z tym dlaczego?), o czym zaświadcza każdorazowo przygotowany w tym celu młot, jak i powtarzalny scenariusz każdej napaści; następnie podchodził do kasy prosząc o coś sprzedawcę (to „coś” zawsze znajdowało się za sprzedawcą, tak, że ten musiał się odwrócić by po to sięgnąć), dalej zdarzenia toczyły się zapewne bardzo szybko i „odruchowo”, lecz spróbujmy zwolnić bieg klatek w celu dokładniejszej analizy: widzimy, jak sprzedawca się odwraca, sięga po papierosy, w tym samym czasie unosi się ręka napastnika, wtedy, gdy młot zawisa nad jego głową najprawdopodobniej ma jeszcze otwarte oczy, by dobrze wyczuć dystans dzielący go od ofiary i wycelować swoje uderzenie, młot opada z dużą siłą, a wraz z nim powieki złoczyńcy, które zamykają się na sekundę przed tym, jak...

.......................................................................................................................................................

 
ImageI tu tracimy wizję, choć wiemy (ale nie widzimy tak samo jak kat i ofiara), że młot musiał uderzyć w potylicę sprzedawcy miażdżąc ją, łamiąc lub wgniatając, najpewniej powodując także krwawienie. Czy zobaczenia tego obrazu: leżącego w kałuży krwi, konającego sprzedawcy z pękniętą czaszką  - chciał uniknąć Artur B.? Być może, lecz on sam precyzyjniej dookreśla nam to, czego nie chciał (lub nie mógł?) ujrzeć. Podając powód zamknięcia oczu oskarżony zeznał, że „bał się patrzeć jak uderza”. To z pozoru proste i  „zrozumiałe” wytłumaczenie wydaje się jednak niewiele tłumaczyć, a tylko poszerzać zakres niejasności (ciemności).

Po pierwsze: potwierdza to słuszność (do tej pory milcząco przyjmowanej) celowości zamknięcia oczu, co likwiduje nam podejrzenie automatyzmu, a zatem główną rękojmię bagatelizacji owego gestu (który mógłby się komuś wydać po prostu pusty, b e z   z n a c z e n i a). Skoro tak, to dlaczego? W jakim celu? Jakie miało znaczenie to, że za każdym razem „tuż przed” zamykał oczy?

Po wtóre: wprowadza strach jako element wyjaśniający interesujące nas tutaj okoliczności (niejako potwierdzając à rebours przysłowie o tym, że „strach ma wielkie oczy”), czym tylko komplikuje (zdrowo)rozsądkowy i (stereo)typowy obraz mordercy, jako osobnika nie-ludzkiego, pozbawionego wszelkiej moralności i skrupułów; ponadto i po wtóre staje niczym ość w gardle zdrowemu rozsądkowi: skoro oskarżony sam przyznał się do winy, dokładnie opisując każdy z czynów, jeśli uderzał, żeby zabić, a nie np. ułatwić sobie kradzież i w końcu jeśli uderzał i wiedział, że uderza, to czemu bał się na to spojrzeć?!

I po trzecie: bał się spojrzeć, na to, jak uderza; co można rozumieć nie jako strach przed ujrzeniem samej sytuacji, jej przebiegu i dramatyzmu z pozycji widza, czy nawet uczestnika, lecz lęk przed zobaczeniem siebie uderzającego i zabijającego, a zatem fizycznej, naocznej identyfikacji, cielesnego potwierdzenia i widomego utożsamienia, które przecież de facto się działo, przynajmniej na linii głowy i ręki. Co mają do tego oczy?  Jaki jest związek oczu z głową? A jaki oczu z ręką lub nogą?


III.

Z potocznego doświadczenia życiowego, jak i językowego wiemy, że często myśl wyprzedza spojrzenie kształtując tym samym po swojemu (czyli po naszemu) doznania zmysłu wzroku. Umysł wydaje się w tej relacji organem nadrzędnym, gdyż to on do nas bardziej przemawia, gdy oczy służą jedynie recepcji zewnętrznych sygnałów świetlnych. Oko nie mówi, lecz widzi, a widząc stawia nas w obliczu jakichś rzeczy jakiegoś świata. Umysł posługujący się językiem nazywa go, określa, opisuje, wyróżnia, klasyfikuje i przeżywa. Stąd bardziej myślę: „pies”, niż widzę psa. Bezmyślne oko staje się milczące, ale też bezoki umysł jest o wiele uboższy (w planie egzystencji, nie abstrakcji). Naoczność utwierdza umysł w prostym fakcie istnienia, a zarazem i współistnienia, czyniąc to z właściwą oku gwałtownością. Iskra biegnie od przedmiotu do oka, a od oka do umysłu, który zostaje tak, a nie inaczej naświetlony tą, a nie inną obecnością.

Percepcja polega na wychwytywaniu wiązek światła płynących do nas od przedmiotów tego świata; całkowicie spełnia się w przedstawianiu. Przedstawienie jest każdorazowym cielesnym potwierdzeniem rzeczywistości i własnego istnienia w świecie. Patrzenie jest uczestnictwem w świecie, konfrontacją, przedstawianiem siebie światu i świata naszym oczom. Światłoczuła błona oka nie jest bramą naszej samotności, lecz otwarciem nas na świat, w którym przyszło nam istnieć, osadzeniem w widomych konkretach, zapaleniem światła w całkowitej ciemności bycia.
    
Co w takim razie dzieje się z umysłem i światem, gdy zamykamy oczy?

Wbrew fałszywej logice świat po zamknięciu oczu wcale nie przestaje istnieć, nie pozostaje to jednak dla niego bez zmian. Świat po zamknięciu oczu nie nabiera innego kolorytu, on traci wszelki kolor, staje się na wskroś  i n n y,  doznaje radykalnej przemiany swojego istnienia – imploduje. Świat, który istniał przed zamknięciem oczu rozpada się na kawałki, na najmniejsze cząsteczki, niektóre zostają wchłonięte, reszta wyrzucona na zewnątrz; jego jądro zapada się do wewnątrz tworząc potwora- lej wchłaniający, zasysający wszystko, co napotka na swojej drodze, nawet światło. Tak rodzą się czarne dziury, ciemności radykalnej inności.

Bezkres zaoczności skrywa owo „nie wiadomo co”, które nie daje się pojąć, które będąc całkowicie  s p o z a  zawsze pozostaje ciemne, nawet gdy objawia się w pełnym świetle; nawet jeśli samo jest światłem, które nieuchronnie nas oślepia. Zamknięcie oczu konfrontuje nas z zaocznością i jej otchłanią, stawia przed nami (lecz za oczami) tajemnicę, nieznane i niepoznawalne. Jednak, gdy tajemnica przedstawia się naszym oczom, tylko tam można się schować, aby na zawsze nie oślepnąć.

Artur B. nie bał się spojrzeć na krew i trupa. Bał się spojrzeć na światło ciemności, na radykalnie inne „niewiadomo co”, które wyszło na jaw z ukrycia zaoczności.