Advertisement
Strona główna
Dwanaście, Marcin Świetlicki
niedziela, 15 kwietnia 2007
ImageMarcin Świetlicki; krakowski poeta i wokalista formacji „Świetliki”,  by wymienić tylko najważniejsze tropy debiutuje w prozie (nie liczymy bowiem duetu z Grzegorzem Dyduchem) pełnometrażowym kryminałem bazującym na poetyce NOIR. Bazującym bardzo intrygująco, oryginalnie i ... nie do końca na czarno..

ImageWarto choć w podstawach znać twórczość Świetlickiego, by przekonać się w pełni, jak rozszerzył swą literacką orbitę. Rozszerzył, bo w „Dwanaście” mamy do czynienia z tymi samymi chwytami, figurami i obsesjami, którymi budował specyfikę swych wierszy: jest i kontestacja, jest autokomentarz, jest lokalna obyczajowość i minorowa, filozofująca narracja.   Wiersze autora w całej swej surowości mogłyby robić za prozę, gdyby je „rozwiązać” i prozaicznie ułożyć: ich stylistyka jest bliska niemal „scenariuszowości”, Świetlicki myśli w nich i operuje najczęściej prostymi, sytuacyjnymi obrazkami, a liryzm czy metafora wychodzi właśnie z przestrzeni, którą buduje. Przestrzeni na wskroś naszej, rodzimej, w większości przypadków krakowskiej: ulice, schodowe klatki, rozmamłana kobieta i rozmamłana pościel, kamienice, żółte psy i kwaśne gęby w tramwajach. A pośród nich tkwi Poeta ze zbudowanym wokół siebie etosem miejskiego, knajpianego łazika. I tenże etos, i tę poetykę, przeniósł Świetlicki do swego quasi-kryminału rozgrywającego się – a jakże – w realiach podziemnego Krakowa.

Piszę „quasi”, bo „Dwanaście” jest czymś więcej niż czarnym kryminałem, ale i czymś mniej. Bez paradoksu. To, co zapoczątkował Chandler czy Hammet, potem zaś brawurowo rozwinęło kino, Świetlickiemu opisać było łatwo, bo czerpał z tego, co miał pod ręką. Są więc, głównie wieczorne i nocne, ulice Krakowa, są naczelne krakowskie knajpki, te rzeczywiste i te wysnute, naczelne krakowskie taksówki i ... jeszcze kilka naczelnych krakowskich ikon. Ikon, które krakusy (plus studenteria, a jakże) znają i hołubią, bo klimat „podziemia” aż z nich kipi. Stąd memo numer jeden: tę pozycję w pełni przyjmą ci, którzy znają bądź liznęli opisywane miejsca – te prawdziwe i te, które autor zamienił na literackie widziadła.

Dla tych, którzy są zaś „spoza” (bohater nie bardzo lubi tych „spoza”) za zachętę wystarczyć musi podstawowy „czarny” archetyp: bohater, zwany po prostu mistrzem, z litery małej, jest prywatnym detektywem; za mieszkanie służy mu rozgrzebane, surowe gniazdo w kamienicy; właśnie opuściła go kobieta, ba, uciekła mu nawet suka (znaczy się psia...). „Prawdziwy bohater powinien być samotny”. I jest intryga w tle - do tego tła wrócę, i na to słowo naciskam - bo niejaka M.M. (inicjały popularne jak M. Manson czy M. Maleńczuk...), klasyczna femme fatale , zleca mistrzowi odnalezienie pewnej panny Patrycji, która czemuś do mistrza mówi „tato”. I która budzi duchy z przeszłości tak mistrza, jak i jego dawnych kompanów z PRL-owskiego bandu Biały Kieł. I będą też trupy, tu i tam, i trzeba będzie to wszystko jakoś poukładać. A przynajmniej tak powinno być według reguł. Świetlicki bierze jednak z kryminału tylko poetykę przestrzeni, intryga zaś rozwiązuje się niejako sama. A mistrz-detektyw – po prostu jest. Sobie, i trochę innym. Ot, tam, gdzie klasycy kazaliby swemu bohaterowi dedukować, przerzucać fakty i poszukiwać, Świetlicki swego bohatera... upija. Poetyzuje. Usypia. Czasem daje mu w twarz, czasem wrzuca do ciemnej kanciapy, czasem porywa...
 
Mistrz w powieści ma przede wszystkim być w kolejnych partiach akcji – przez dwanaście pijackich miesięcy (Żywot człowieka pijanego...) - być, a kiedy już jego bytność zazębi się z intrygą, owszem, wydedukuje to i owo, choć i tak w finale  dostaniemy z tego akcję nieco deus ex machina. Uważny czytelnik pewnie potrafiłby wyłapać porozrzucane puzzle i wcześniej wskazać Mordercę (bo jest przecież i Morderca), sęk w tym, że mistrz tkwi w całym kołowrocie bardziej biernie, niż czynnie. A tkwi, bo akurat kołowrót dotyczy i jego. Trudno rzec jednoznacznie, czy Świetlicki bawi się w pastisz, czy ...
 
Raczej się bawi – zaryzykowałbym. Bo „Dwanaście” wygrywa przede wszystkim zderzeniem powieści środowiskowej z onirycznością. I tak chandlerowska narracja (choć nie pierwszoosobowa), której powinowactwa znać już z poezji autora, daje pretekst do cynicznego autokomentarza krakowskiego światka. Auto – bo Świetlicki parafrazuje i siebie z poprzednich dokonań. Głównie jednak mamy tu zgrywę z krakowskiej pop-egzotyki (TVN-y, RMF-y, sms-y, mitorajki, Warszawiacy i górale...)  oraz z „branżowych” oponentów i znajomych Świetlickiego-artysty. Po drugie zaś, Kraków mistrza jest zawieszonym w oparach  fantazmatem, archetypowym miejscem magicznym, gdzie miejscowi znają każdy zakątek, brud czy taksówkę, a „obcy” (nawet niektórzy „miejscowi” mogą być „obcy”) zaburzają ten porządek traktując go jak folklor, zamiast jak świętość. A mistrz gra tu rolę flaneura,  włóczykija snującego przed nami pijackie wariacje miejskich legend.
 
Świetlicki używa prozy by swoje miasto upoetyzować i załatwić własne porachunki. Upoetyzować na noir. Kryminał nadał się do tego jak znalazł, ergo – Kraków autora ma w sobie już coś z kryminału. Ba, Kraków ma swego wampira (osławiony Karol Kot), o którego także zahaczymy w „Dwanaście”, Kraków ma swe prostytutki na warszawskiej (złośliwość?...), Kraków ma swoje brudne, nocą mało urocze planty; i wąskie uliczki starówki, i tańczące w knajpkach „do ostatniego klienta” Ćmy (jedna z postaci), i wiele innych widziadeł, które nie wymagają zbyt wysublimowanego poczucia estetyki, by je dostrzec. Wystarczy nieprzespana noc. I sprawna, melancholijna stylizacja. Co autor bez problemu wyzyskuje.

Więcej – Świetlicki poniekąd zatacza koło – amerykański czarny kryminał sam z siebie był literacką projekcją urban legends,  co w obrazowaniu było znakomitym kąskiem dla czerpiącego z ekspresjonizmu kina. Był romantyczną umownością grającą bardziej na nastrojach, niż na intrydze. Tym różnił się od klasycznych historii detektywistycznych, że WHODUNIT ustąpił w nich pierwszeństwa malowaniu niejednoznacznej psychologii bohatera. A ta niejednoznaczność i tajemniczość przekładała się na przestrzeń akcji, zepsutą i mroczną, bo odzwierciedlającą społeczną anomię. Marlow Chandlera miał frazę cyniczną, chłodną, ale novum było to, że zdobywał się czasem na literackie wyżyny; opowiadacz Świetlickiego używa frazy już stricte poetyckiej.

Powtórzę – mniej jestem pewien Marcina Świetlickiego jako intryganta, bardziej jako poety (proza jest tu zaledwie chwytem formalnym) , cynika czy gawędziarza. Pozostawiam z boku rozstrzyganie umowności, czy „Dwanaście” jest czy nie jest anty-kryminałem. Pozostawiam z boku kwestię pijacką, bo w powieści widzę ją tylko jako egzotyczny wentyl. Zwierzenia Pilcha w „Pod mocnym aniołem” (a podobieństwa tu są) były bardziej szczere (ciekawe, że i ten miał kryminalny wątek), Świetlicki jest bardziej pikantny i mniej serio. A kryminał, sądzę,  jest dla niego li tylko pretekstem, by tak naprawdę robić swoje.


Recenzja "Trzynaście "


 
 
Dwanaście
Marcin Świetlicki 
Wydawnictwo EMG , Kwiecień 2006
Seria: Polska Kolekcja Kryminalna
ISBN:83-922980-1-2
Liczba stron:216