Advertisement
Strona główna
Żniwiarz, Gaja Grzegorzewska
czwartek, 19 kwietnia 2007
ImageJeśliby kto się sugerował okładką, mógłby mieć mieszane uczucia: cóż to za kicz, że niby mamy twarze Timothy Daltona i Audrey Tatou, nad nimi zaś krwawe ostrze kosy? Owszem, można by tędy; jeśli jednak ktoś zaufa, że to umowność i prowokacja – mile się zaskoczy.

ImageJulia Dobrowolska, młoda pani detektyw, naznaczona na policzku uroczą blizną, zostaje zatrudniona do sprawy tajemniczego, bestialskiego morderstwa gdzieś na prowincji. Na drodze, pomiędzy polami kukurydzy, znalezione zostaje ciało dziewczyny... pozbawione głowy. Miejscowi bajają, że to robota Południcy, co to grasuje gdy słońce najwyżej. Lokalna policja jest rzecz jasna wobec legend sceptyczna, a wobec nieopierzonej (w domyśle) dziewczyny otwarcie nieufna. Na dodatek na miejscu pojawia się natychmiast telewizyjny gwiazdor, który już zaciera ręce z rozgłosu, jaki przyniesie mu relacja o Żniwiarzu z Bułkowic... Julia będzie zawzięta tym bardziej: zaciska zęby i rozpoczyna drobiazgowe zbieranie poszlak, śladów, pogłosek... I, jak zwykle w tego typu bajkach, rzeczy oczywiste staną się kluczowe, a kluczowe... zwiodą na manowce.
 
W „Żniwiarzu” dostajemy umiejętnie napędzaną fabułę, czytelną obyczajowość prowincji, odrobinę sensacji, nawet sporo erotyki. Czyta się to sprawnie, bo autorka ma dryg i do pióra, i do postaci... Napisałbym jeszcze – i do intrygi; odpowiem: tak, lecz z małą uwagą.
 
Jasne jest, że Gaja Grzegorzewska jako debiutantka ma wszelkie prawo do niedoskonałości, co pewnie zaowocuje większą dyscypliną w kolejnych jej poczynaniach, na co liczę. Póki co  – można autorce pozazdrościć nerwu, swobody i - a to trzecie można wziąć i jako zaletę, i jako zarzut – rozbuchania. Trzeci tom Polskiej Kolekcji Kryminalnej czyta się wartko i płynnie, a to pozwala przymknąć oko na pewien nieokiełznany przesyt, który bije z ostatnich stron . Bo leniwe, prowincjonalne śledztwo przechodzi w finale w wachlarz morałów, którymi można by obdzielić kilka autonomicznych powieści: jest i demoniczna strona nowych mediów, jest i fabularny TWIST, jest i perwersyjne fatum przeszłości, znajdzie się nawet pedofilia czy łzawy epizod genderowy... Powtórzę – jeśli Grzegorzewska ukierunkuje swą pisarską drogę, wybaczę jej, na razie się waham. Za upchnięcie zbyt wielu rozwiązań w intrydze, którą można by do końca utrzymać w kameralności.  Grzegorzewska pozwoliła sobie na gatunkowy i obyczajowy przegląd: obrazy snują się wedle reguł Agathy Christie (trup i hermetyczne środowisko), a przestrzeń akcji układa się w celny pastisz serialowej wsi a’la „Plebania”. Trafnie zbudowano dramat na  znanej prowincjonalnej cesze, która w kryminale zostaje zawieszona: „tu wszyscy o wszystkich wiedzą wszystko”; a gdy wchodzi w grę policja czy detektyw – rzecz nie jest już taka prosta. Ba, łatwiej wywnętrzyć się telewizji, bo ta łyknie i fakty, i półprawdy, i brednie. Byle nadmuchać wieczorne wydanie.
 
Kameralność służy także portretowaniu postaci: Grzegorzewska ma ten niewątpliwy dar, że kilkoma zdaniami buduje bardzo wyraźne osobistości, które do końca pozostają (nawet jeśli migną nam tu i tam) plastyczne. I tak napięcie iskrzące między panią detektyw a sierżantem Durajem od początku aż się prosi o zapętlenie. Gwiazdor TV Wiktor Bergen to cynik, karierowicz i piękniś – ale wystarczy kilka migawek, by między wierszami wyczuć u niego  głębszą niejednoznaczność... Fenomenalnie przeprowadzono scenę z dobrotliwą żoną burmistrza, po której i u nuworysza (Wenus z Milo w roli ogrodowego krasnala!) znajdziemy szczerość. O wątki komediowe zadbają dwaj posterunkowi czy przaśny operator Piotruś.
 
Zaryzykowałbym jeszcze jedną kwestię – autorka jest filmoznawczynią, i może przez to upraszczam  trop, jednakże widzę w jej powieści właśnie wyraźną „filmowość”: owszem, Grzegorzewska pióro sprawne ma, jednak więcej w „Żniwiarzu” akcji niż opisu, więcej ikoniczności niż litery, więcej migawek niż rasowej prozy. To zarzut, ale i nie do końca: kryminał bowiem najlepszy jest wtedy, gdy nie udaje, iż jest czymś więcej niż jest (choć może być „czymś więcej”!). A „Żniwiarz”, jak na debiut, jest tworem całkiem do rzeczy – bo połączył klasykę (solidny  WHODUNIT) z pulp-ową (patrz PULP FICTION) rozrywką  i  współczesnymi obsesjami; i nawet, jeśli na hurra-hop, to zdecydowanie wygrywa żywiołowością. Polecam.
 

  

Żniwiarz
Gaja Grzegorzewska
Wydawnictwo EMG , Kraków 2006
Seria: Polska Kolekcja Kryminalna
ISBN:83-922980-2-0
Liczba stron:216