Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Wywiady i relacje arrow Wywiad z Andrzejem Szynkiewiczem
Wywiad z Andrzejem Szynkiewiczem
czwartek, 19 marca 2015
Andrzej Szynkiewicz jest autorem "Gniewnego lata" - zbioru czterech opowiadań, które łączy nietuzinkowy detektyw Wilhelm Knocke i Wrocław lat trzydziestych XX wieku. Marta Zagrajek wypytała pisarza o jego inspiracje i plany.

Marta Zagrajek: W „Gniewnym lecie” jest mnóstwo historycznych odniesień do ówczesnego Wrocławia, skąd zainteresowanie akurat tym miastem? Skąd czerpał Pan inspirację?

Andrzej Szynkiewicz: Pozwoli pani, że odpowiedź podzielę na dwie części.

Skąd zainteresowanie właśnie tym miastem? Od urodzenia mieszkam we Wrocławiu i bliska mi jest jego historia, bez względu na to, jak „połamana” by ona nie była. Wybór więc wydawał się oczywisty, choć muszę przyznać, że pierwsze sceny z tym bohaterem umieściłem w Legnicy. To była taka wprawka, wstęp, próba „jak mi to wyjdzie”. Efekt był na tyle obiecujący, że postanowiłem ćwiczyć dalej. Już wtedy (około 2003 roku) stworzyłem zręby historii życia Willego, którą do dzisiaj realizuję i której okruchy pojawiają się opowiadaniach. Przykładem tu może być chociażby wspomniana w „Dwa razy to samo” sprawa „Mizofoba”. To w jej wyniku mój bohater zmuszony był przenieść się do Wrocławia. Wybrał tę lokalizację, ponieważ dawała ówcześnie dużo większe możliwości działania prywatnemu detektywowi niż Legnica. Brałem też pod uwagę Berlin, ale ostatecznie stwierdziłem, że mentalnie i emocjonalnie bliżej mi do mojego rodzinnego miasta. Łatwiej też o źródła.

Skąd zaś inspiracja? To o tyle skomplikowane, że jest bardzo szerokie spektrum czynników, pod wpływem których pozostaję. Przede wszystkim memuary, do których udało mi się dotrzeć. Niezwykle ciekawe, dające do myślenia. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie ostatnio lektura dzienników Walthera Tauska – wrocławskiego Żyda, który niezwykle emocjonalnie opisywał to, co się tutaj działo w obliczu nadchodzącej wojny. Nie bez znaczenia była również twórczość Marka Krajewskiego. Jednak moim idolem jest niezmiennie Raymond Chandler. Facet potrafi dwoma zdaniami opisać wnętrze pomieszczenia w taki sposób, że czytając go, sam czuję zapach aromatycznego tytoniu palonego przez wystrzałową blondynkę siedzącą obok na kanapie. Od każdego z tych panów wziąłem odrobinkę, doprawiłem po swojemu i gorąco liczę, że spodoba się to czytelnikom.

M.Z.: Skąd pomysł na napisanie kryminału retro z akcją dziejącą się akurat w latach trzydziestych? Czy inspirował się Pan innymi dziełami nawiązującymi do tego okresu?

A.Sz.: Historia (w różnych aspektach) jest obiektem moich zainteresowań od szkoły podstawowej. Ich transmisją na życie codzienne było członkostwo w jednej z grup rekonstrukcyjnych odtwarzających wojska walczące na frontach II wojny światowej. Tego rodzaju hobby umożliwia podróż w czasie. Jest to niezwykle ekscytujące przeżycie, bo przy odrobinie zaangażowania pozwala niemal dotknąć tamtej rzeczywistości we wszystkich jej aspektach, od sznurowania butów skórzanymi rzemieniami, przez pranie odzieży bez wykorzystania pralki automatycznej, do posługiwania się piórem ze stalówką i obsadką. Stąd już bardzo bliska droga do okresu międzywojennego, kiedy to do Berlina z Wrocławia pociągi jeździły z prędkością 160 kilometrów na godzinę, a podróż stąd do Jaworzyny Śląskiej zajmowała 21 minut (dzisiaj na pokonanie tych 58 kilometrów potrzeba około 50 minut). Od zawsze fascynuje mnie dbałość ówczesnych mieszkańców tego regionu o elementy infrastruktury, detale architektoniczne etc. Poszerzając swoją wiedzę na temat tego okresu, trafiłem na wiele niesamowitych historii i smaczków, które mogłyby się stać kanwą spraw dla Wilhelma. Można więc powiedzieć, że kryminał retro jest tutaj kolejną wersją moich zainteresowań historycznych połączoną z frajdą z samego pisania. Jedno z drugiego w sposób samoistny we mnie ewoluowało.

ImageM.Z.: Innym autorem, który lubił pisać o kryminalnej sztuce w Breslau, jest Marek Krajewski. Czy jego twórczość jest Panu znana?

A.Sz.: Trudno mieszkać we Wrocławiu i nie znać Marka Krajewskiego oraz tego, co stworzył. Przetarł on niewątpliwie pewne szlaki, ale w ślad za nim podążyło już kilkoro innych. Dość wspomnieć chociażby Nadię Szegdaj czy Andrzeja Ziemiańskiego. Myślę, że przestrzeń tego miasta w klimacie retro oferuje jeszcze na tyle dużo miejsca, że zmieszczę się i ja. Wierzę też, że jestem w stanie je w sposób interesujący zagospodarować.

M.Z.: „Gniewne lato” składa się z czterech opowiadań. Od początku planował Pan taką formę?

A.Sz.: Nie. Pierwsza poważna próba z tym bohaterem to ukończona obecnie w jakichś trzech czwartych książka o sprawie „Mizofoba”. Jednak po analizie trudności z jej zakończeniem (a dokładniej: z rozwikłaniem zagadki) zmieniłem sposób konstruowania historii, co w efekcie doprowadziło do zmiany koncepcji na krótsze opowiadania. Taka forma bardziej mi opowiada. Gdy osiągnąłem pewien poziom satysfakcji i zadowolenia z tego, co piszę, doszedłem do wniosku, że można zebrać niektóre historie w większą całość. Tak się zrodził pomysł, aby pogrupować je w bloki związane z porami roku. Wydało się to o tyle logiczne, że opowiadania, których akcja dzieje się w lecie 1938 roku, jako pierwsze spełniły moje oczekiwania i stały się naturalnymi kandydatami do tego, aby je pokazać szerszemu gronu odbiorców. Dodam jeszcze na marginesie, że mam już ułożoną zagadkę „świątecznego zabójcy”, która sama będzie mogła wypełnić cały jeden tom. Nie wybrałem jeszcze, którego roku. Przyjaciel podsunął mi też pomysł na intrygę szpiegowską, w którą mógłbym wplątać Willego. To też historia opowiedziana za pomocą kilku odrębnych opowiadań, a raczej jedna większa całość.

M.Z.: Opisy strojów i miejsc są w Pana książce niezwykle plastyczne. Ktoś pomagał Panu w stworzeniu tych scenerii?

A.Sz.: Tak. Własne oko, umiejętność obserwacji i bogaty zbiór źródeł. W przypadku miejsc sprawa jest prosta. Do dzisiaj pozostało bowiem wiele zdjęć czy materiałów, które podpowiadają, jak w 1938 roku wyglądało tamto miasto. Niekiedy wystarcza też wyprawa do lokalizacji planowanej akcji. Zdarza się, że istnieje ona do dziś. Później trzeba już tylko zamknąć oczy, włączyć epokową muzykę i popuścić wodze fantazji, aby wyobrazić sobie tam Wilhelma. Czytelnikom ta przesadna dbałość o szczegóły może wydać się zbędna, ale ma ona wypracować przeczucie graniczące z pewnością, że spostrzegawczość głównego bohatera nie pozwoli mu opuścić żadnego istotnego dla sprawy szczegółu.

Ze strojami sprawa jest znacznie trudniejsza. Nie wystarczy tutaj przyjąć za pewnik wizji, jakie oferują nam ludzie odpowiedzialni chociażby za kostiumy na planach współczesnych filmów, których akcja toczy się w tamtym okresie. Okazuje się, że nie zawsze dzisiejsze wyobrażenie odpowiada stanowi faktycznemu z lat trzydziestych. Dlatego też w dziewięćdziesięciu procentach stroje, materiały, fryzury i dodatki moich postaci są kalką jakiegoś wizerunku zaobserwowanego w przedwojennych filmach czy na starych zdjęciach. Mam spory zbiór widokówek, z których wyodrębniłem specjalną grupę prezentującą przechodniów. Bardzo często korzystam z nich w poszukiwaniu wzorów, aby postacie były możliwe zgodne z epoką.

M.Z.: Wilhelm Knocke ma swój pierwowzór w rzeczywistości czy jest całkowicie fikcyjnym bohaterem?

A.Sz.: Każdy autor z pewnością przekazuje jakieś fragmenty siebie samego swoim bohaterom. Szczególnie taki piszący w pierwszej osobie. Nie ukrywam, że z Willim jest dokładnie tak samo. Dostał ode mnie wiele moich cech, ale są też spore różnice między nami. Ja mam cudowną żonę i dwóch wspaniałych synów, a on działa sam. Ja mieszkam we Wrocławiu od urodzenia, a on przyjechał tu „z prowincji”. Nie jestem chyba też aż tak bezczelny jak on i tak wygadany w sytuacjach, kiedy trzeba trzymać język za zębami. Ale ten rodzaj tupetu dodaje mojemu bohaterowi uroku i z pewnością pomaga mu osiągnąć cele, jakie przed nim stawiam.

M.Z.: Przyznam także, że imię kota od razu wydało mi się intrygujące, choć nie wydaje się podobny do swojego historycznego odpowiednika.

A.Sz.: Pierwowzór Adolfa ma na imię Ogi i mieszka z nami już od dziesięciu lat. Proszę rzucić okiem na moją stronę (www.wilhelm-knocke.pl) – jest tam zdjęcie tej czarnej bestii. W tym wypadku mogę autorytarnie stwierdzić, że bohater książkowy poza imieniem odziedziczył wszystkie cechy pierwowzoru. Jeżeli zaś chodzi Pani o pewnego austriackiego kaprala, to owszem, ten kierunek wnioskowania jest bardzo dobry. Willi ma dość specyficzne poczucie humoru i wykazał się sporą odwagą, nazywając w ten sposób swojego zwierzaka. Dotarłem bowiem do trzech potwierdzonych przypadków spraw sądowych zakończonych zesłaniem do obozu właściciela psa o takim imieniu. Nie znalazłem jednak nikogo, kto by został skazany za kota. Ot – taki chichot historii. Uznałem zatem, że zwierzę stale mieszkające w domu ma mniej możliwości, by narazić się swoim imieniem na donos „życzliwych” sąsiadów. Co ciekawe – sprawy pójdą tak daleko, że na jesieni przybędzie pod dach Wilhelma kotka, która otrzyma znamienne imię Geli.

M.Z.: Czy ma Pan problem z uśmiercaniem bohaterów swoich utworów, nawet jeśli są drugoplanowi? Zauważyłam, że nawet oni są bardzo wyraziści w tych opowiadaniach.

A.Sz.: Bohaterowie drugoplanowi w wielu wypadkach noszą imiona bądź pewne charakterystyczne cechy moich znajomych i przyjaciół. Może właśnie dlatego wobec niektórych czułbym pewien opór. Na całe szczęście jako autor to ja decyduję, kto, kiedy i jak na kartach moich opowiadań żegna się z tym światem. Samo zaś uśmiercenie sprawia mi o tyle trudność, że wymyślić sobie coś jest nieraz o wiele łatwiej niż to opisać. Szczególnie w taki sposób, aby wyglądało i brzmiało realistycznie. Z drugiej zaś strony Willi jako prywatny łaps będzie miał znacznie mniej możliwości zetknięcia się ze sprawami tak dużego kalibru jak zabójstwa. Będzie miał też dużo więcej trudności w ich rozwiązaniu, gdyż nie dysponuje narzędziami, jakie ma do dyspozycji policja, takimi jak chociażby listy gończe ogłaszane w prasie czy oficjalne możliwości przeszukania mieszkań podejrzanych. Generalnie jednak nie wyobrażam sobie kryminału bez trupa i ostrej strzelaniny.

M.Z.: Szczegółowe opisy wyglądu postaci nie są czymś powszechnym w kryminałach, tutaj jednak bohaterowie nabierali krwi i kości. Czy wyobraża sobie Pan serial nakręcony na podstawie przygód Wilhelma Knocke?

A.Sz.: Jak już wcześniej wspominałem, wygląd bohaterów jest dla mnie ważny głównie dlatego, że sam miałem okazję niejednokrotnie nosić stroje z epoki. Najbardziej podoba mi się kreacja Willego, jaką zakłada na wizytę w „Palast” w „Niewinnych kłamcach”, ta z białym borsalino zatkniętym na czubku głowy. Identyczna wisi taka u mnie w szafie – włącznie z kaburą, jej zawartością i kastetem, więc może ja byłbym najlepszym odtwórcą roli mojego bohatera? (śmiech). Organoleptyczne obcowanie z takimi strojami pozwala wczuć się w klimat, aby go było później łatwiej odtworzyć na kartach opowiadań. Dlatego przykładam do takich szczegółów szczególną uwagę. Dziś już sporadycznie można spotkać gentelmanów w kosztownych, trzyczęściowych garniturach, ćmiących cygara wielkości bagietki, skrywających swe czoła pod rondami wytwornych, wełnianych kapeluszy. Wychodząca wtedy „na miasto” kobieta miała na sobie kołnierz z prawdziwego, biegającego niegdyś po lesie lisa, a nie jakąś plastikową podróbkę. Gdyby idącemu z nią pod rękę facetowi na zaprasowanym kancie spodni spróbowałaby usiąść mucha – rozpłatałaby się na dwie. Dla mnie to właśnie tworzy specyficzny klimat lat trzydziestych, który starałem się odwzorować. Mam nadzieję, że z powodzeniem.

Serial byłby szczytem marzeń, ale nie wybiegam aż tak daleko myślami. Na początek chciałbym móc porządnie wydać kolejny tom przygód Wilhelma. Niemniej jednak od zawsze uwodzi mnie stylistyka Hitchcocka, czarno-biała, mroczna, dająca do myślenia. Albo coś w stylu bogartowskiego Marlowe’a, względnie Robert Mitchum w tej samej roli. Z naszego polskiego podwórka to niewątpliwie Bednarski i jego kłopoty. Ta gdańska ciamajda ma w sobie coś, co powoduje, ze nie sposób gościa nie lubić. Przykładów i inspiracji mogłoby być z pewnością jeszcze sporo. Bardzo bym jednak chciał, aby w takim przedsięwzięciu udało się odtworzyć klimat dekadenckich i odrobinę szalonych lat trzydziestych, który mnie tak uwodzi. Do tego Willi musiałby koniecznie posługiwać się tym swoim charakterystycznym dowcipem i abstrakcyjnymi porównaniami. Przyzwyczaiłem się do tego, więc byłoby mi ciężko z nich zrezygnować. Zaś ludzie odpowiedzialni za scenografię i dekorację wnętrz mieliby ze mną niewątpliwie ciężki żywot. Miałem okazję pracować przy kilku produkcjach i wiem na pewno, że takie przedsięwzięcie byłoby z pewnością niesamowitym przeżyciem, ale i doskonałą zabawą.

M.Z.: Czy planuje Pan stworzyć nowe przygody Wilhelma?

A.Sz.: Oczywiście. Te cztery opowiadania to tylko jedna pora roku. Ze wszystkich wcześniejszych nie jestem zadowolony na tyle, aby się nimi dzielić. Przynajmniej na razie. Jak wspomniałem, prawie skończona jest też sprawa „Miozofoba”, ostatnia, jaką Willi zajmował się jako policjant. Po „Gniewnym lecie” będą więc kolejne pory roku. Obecnie kończę pracę nad następną: „Wyroki jesieni”. Jej akcja toczy się oczywiście w trakcie niezwykle trudnej dla ówczesnych Niemiec jesieni 1938 roku. Będzie się sporo działo, odwiedzimy rodzinną miejscowość mojego przyjaciela: Lipinki Łużyckie, sprawimy małą niespodziankę pewnym filmowcom oraz rozwikłamy zagadkę śmierci w firmie przewozowej. Postawię też głównego bohatera przed pewnego rodzaju moralnym dylematem, z którym obecnie sam mam problem. Uwielbiam, gdy Willi nie jest taki krystalicznie perfekcyjny i w każdym calu poprawny. To mu dodaje uroku, ale też i realności. Książka będzie zawierać łącznie pięć opowiadań, z których tylko cztery pojawią się na mojej stronie internetowej. To dodatkowe to taki mały bonus dla miłośników wersji analogowych. Rozpocząłem też już prace nad kolejną porą roku, kiedy to Willi w ośnieżonych Górach Sowich pozna piękną damę, która umożliwi mu w najbardziej krytycznym momencie wyjazd z targanej dramatycznymi wydarzeniami ojczyzny. Mam już przygotowany skrypt ostatniego opowiadania w Niemczech, dziejącego się tuż przed emigracją, gdzieś w okolicy początku 1940 roku. Jednak do tego czasu mam jeszcze sporo pór roku do opisania.

M.Z.: Dziękuję za rozmowę.