Advertisement
Wywiad z Davidem Hewsonem
wtorek, 16 czerwca 2015

"Powieść kryminalna powinna być głęboko zakorzeniona w opisywanej rzeczywistości"

Image

- Ponoć rzucił Pan szkołę, aby pisać.

- To prawda. Lubiłem książki i czytanie, ale uczyć się już niekoniecznie. Ba, nie lubiłem szkoły w ogóle. Dlatego bez oporów w wieku siedemnastu lat porzuciłem naukę i zacząłem pisać. Zostałem reporterem w maleńkiej gazecie w północnej Anglii. Od tamtej pory zajmowałem się różnymi rzeczami, ale jedna rzecz się nie zmienia: cały czas piszę.

- Włochy, Hiszpania, Holandia, Dania... Zastanawiam się dlaczego unika Pan swojej ojczyzny i nie osadził akcji żadnej z powieści w Wielkiej Brytanii? A może ma Pan w planach to nadrobić?

- Kto wie, czy w przyszłości tak się nie stanie, ale póki co uważam, że dużo bardziej interesujące jest pisarskie odkrywanie nowych lądów. Lubię tę sytuację, gdy zaczynam od pustej kartki i kawałek po kawałku tworzę obraz nowego świata. Myślę, że dzięki temu opisy są bardziej obrazowe i żywiołowe.  Inna sprawa, że język angielski dalece zdominował współczesną kulturę, również świat wydawniczy. Jest wiele świetnych historii osadzonych w USA czy w Wielkiej Brytanii i póki co więcej ich już nie potrzeba. Co innego Europa kontynentalna. To fascynujące i przede wszystkim bardzo różnorodne miejsce. Zachwyca mnie ta wielość krajów i kultur, którym moim zdaniem poświęca się zbyt mało uwagi. Dlatego swoim pisaniem chcę dołożyć taką małą cegiełkę do budowania ich sławy.   

- Agatha Christie, Arthur Conan Doyle – czy ich twórczość jest dla Pana istotna? Inspiruje się Pan klasyką angielskiego kryminału, czy może wręcz odwrotnie – odrzuca ją Pan?

- Lubię i cenię twórczość Arthura Conan Doyle’a. Sherlock Holmes jest frapującą postacią. Natomiast z Agathą Christie i całym kryminałem tworzonym w tym okresie mam pewien problem. Krótko mówiąc: nie cenię go jakoś szczególnie. Dlaczego? Bo jest zaprzeczeniem realizmu. Christie nie pisała powieści realistycznych, a jej bohaterowie są papierowi. Dużo bardziej interesująca i inspirująca jest dla mnie twórczość późniejszego – i w dodatku amerykańskiego – autora, Eda McBaina. Zwłaszcza sposób, w jaki konstruował świat w swych powieściach. Agatha Christie była daleka od realizmu, a ja uważam, że powieść kryminalna powinna być głęboko zakorzeniona w opisywanej rzeczywistości. I tak właśnie tworzę swoje opowieści.

- Skupmy się na serii „The Killing”. Od czego się zaczęło? Skąd pomysł, by napisać literacką wersję serialu?

- To nie był mój pomysł. Duński serial „The Killing” był w Wielkiej Brytanii prawdziwym fenomenem i wydawcy dosłownie bili się o prawa do literackiej adaptacji. Tak się złożyło, że wygrał mój wydawca, który z kolei zaproponował mi napisanie tych książek. Nie mogłem odmówić.

- Zatem literacka adaptacja to był pomysł brytyjski, nie duński?

- Zgadza się, to był pomysł brytyjski. Duńscy wydawcy odrzucili go na starcie. Chyba nie zdawali sobie sprawy, że tworzą tak fenomenalną rzecz, która odniesie międzynarodowy sukces. Co zresztą stało się faktem dopiero kilka lat po emisji serialu w Danii.

- A znał Pan wcześniej serial?

- Nie, nie znałem. Tak się składa, że gdy był emitowany w Wielkiej Brytanii, byłem we Włoszech i pracowałem nad inną książką. Propozycja wydawcy przyszła do mnie pocztą elektroniczną. Gdy wróciłem do Anglii, płyty DVD z serialem czekały już na mnie w domu. Obejrzałem pierwszy sezon i zacząłem się zastanawiać, jak podejść do tematu. Najważniejsze dla mnie było to, że zezwolono na adaptację serialu, a więc na poczynienie pewnych zmian w pierwowzorze. Gdybym nie miał takiej możliwości, nie zdecydowałbym się na tę pracę.  

- Jak pisze się powieść na kanwie wymyślonej już historii, z narzuconymi z góry i mocno określonymi bohaterami?

- Pisanie książek z serii „The Killing” w gruncie rzeczy jakoś specjalnie nie różniło się od pisania pozostałych powieści. Jedyna różnica polegała na tym, że pracowałem na gotowym już, luźnym szkicu. Co istotne – miałem pełną twórczą swobodę. Nikt nie sprawdzał zgodności mojej wizji historii z pierwowzorem. Pracowałem tylko z moim redaktorem, który zresztą pomagał mi już przy wcześniejszych książkach. Producenci serialu natomiast udzielali mi pełnego wsparcia, co zdarza się, prawdę mówiąc, niezwykle rzadko. Podejście telewizji było w ogóle wyjątkowe, bo większość tego typu książek to zazwyczaj dokładne kopie scenariusza. A u mnie każdy z trzech tomów ma inne zakończenie.

- Jak wyglądał research i dokumentacja? Czy musiał Pan jakoś specjalnie przygotowywać się do pisania?

- To zawsze wygląda tak samo. Jadę w dane miejsce i spędzam tam tak dużo czasu, jak się da. Do cyklu włoskich kryminałów z detektywem Nico Costą przygotowywałem się w Rzymie, uczyłem się też włoskiego. Z kolei pracując nad „Domkiem dla lalek”, przeprowadziłem się do Amsterdamu i chętnie korzystałem z wiedzy moich holenderskich znajomych. Bardzo przydatne jest również moje dziennikarskie doświadczenie – w gruncie rzeczy chodzi o to, aby zadawać odpowiednie pytania i dużo czytać. Przygotowując się do pisania „The Killing”, wiele razy odwiedziłem Kopenhagę. Było to o tyle istotne, że gros lokalizacji to autentyczne miejsca, chciałem więc poczuć ich klimat. Udało mi się odwiedzić większość z nich. Przede wszystkim niesamowity budynek komendy policji z wydziałem zabójstw i kostnicą włącznie, ale również kopenhaski ratusz czy ten przerażający las nieopodal lotniska, w którym znaleziono zwłoki Nanny Birk Larsen.

- Twórcy serialu znają Pana książki? Podobały się im?

- Pierwszą część przyjęli bardzo ciepło. W telewizyjnej premierze książki towarzyszył mi Søren Sveistrup – główny scenarzysta serialu. Miałem jego pełne wsparcie w czasie pisania powieści. Søren rozumiał, że książka i serial to dwa osobne byty. Co do pozostałych części – nie wiem. W czasie, gdy były wydawane, twórcy mieli już inne sprawy (czyli seriale) na głowie.

- Sarah Lund to świetna postać, ale Pana sztandarowym bohaterem jest detektyw Costa. W Polsce w czerwcu ukaże się pierwsza część cyklu – „Pora na śmierć”. Proszę powiedzieć coś więcej o detektywie i całej serii, która liczy aż dziesięć tomów.

- Po pierwsze, Nic Costa nie jest stereotypowym detektywem. Taki był mój zamiar od samego początku. Chciałem stworzyć postać detektywa, który będzie w kontrze do tych wszystkich powieściowych zniszczonych przez życie i używki inspektorów w średnim wieku. Nico Costa jest na swój sposób niewinny. Jest młody, nie pali, nie pije, zdrowo się prowadzi, regularnie biega i nie jest kobieciarzem. To przede wszystkim porządny, uczciwy człowiek, zmuszony do pracy w świecie skorumpowanym do cna i pełnym przemocy. Myślę, że Sarah Lund również do pewnego stopnia jest taką niewinną postacią, ale Costa jest przy tym zupełnie przeciętny. Od początku ciekawiło mnie, jak zachowa się taki zwykły człowiek skonfrontowany z nieprzyjaznym i brutalnym otoczeniem.

- Jest Pan gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału. Czy w Wielkiej Brytanii bierze Pan udział w podobnych wydarzeniach?

- Oczywiście, że tak. Biorę udział w festiwalach nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale w zasadzie na całym świecie. Niejednokrotnie byłem gościem podobnych imprez również w Stanach Zjednoczonych czy w Australii. To część życia codziennego współczesnego autora.

- Na koniec wróćmy jeszcze na chwilę do Agathy Christie. Powiedział Pan już, że nie ceni szczególnie jej twórczości, ale być może któraś z jej książek przypadła Panu do gustu? Pytam o to nie bez powodu – w tym roku obchodzimy 125. rocznicę urodzin królowej kryminału, a na świecie trwają wybory jej ulubionej książki.

- Odpowiedź będzie prosta. Myślę, że najlepszą książką, którą napisała Christie, jest „Zabójstwo Rogera Ackroyda”. To mistrzowsko i bardzo sprytnie skonstruowana powieść. Zwłaszcza w zakończeniu.

- Dziękuję za rozmowę.

 

Z Davidem Hewsonem rozmawiała Zofia Jurczak