Advertisement
Strona główna arrow Publicystyka arrow Flagellum Dei Eberhard Mock
Flagellum Dei Eberhard Mock
poniedziałek, 11 lutego 2008
Dziwkarz, sybaryta, alkoholik, cynik, egoista, brutal… Bogartowski bohater w wersji skrajnej. Jednocześnie jednak – intelektualista, altruista, miłośnik klasycznego piękna, człowiek wrażliwy i liryczny… Jakże to możliwe, by te antynomie zamknąć w jednej postaci, jednocześnie odrażającej i intrygującej? Jak to możliwe, by postać daleka od humanistycznych kanonów była jednocześnie ich esencją?...

ImageFenomen cyklu Marka Krajewskiego ujął mnie nie tyle intrygami, nie tyle nawet przestrzenią retro, ile właśnie „umęczeniem” powołanych w nim do życia postaci. W uniwersum Breslau nie ma miejsca na emocjonalne słońca, de facto każda z postaci ma emocjonalne ubytki. Krajewski uderza w te tony świadomie, nie tyle pozostając wiernym kanonom literatury NOIR (które zresztą hiperbolizuje!), ile wykorzystując swe klasyczne naleciałości: ANOMIA przestrzeni jest tu stricte kathartyczna: jest przeniesieniem moralitetu z twórczości antycznej.

W Breslau słońce świecie jedynie mimochodem, rzekłbym nawet atawistycznie: podczas sytych posiłków, pijaństwa czy fizycznej miłości. A to wszystko ma w sobie desperacki eskapizm przed okrutnym, zdegenerowanym światem… Owe słońca, czysto ludzkie odruchy są bardziej wyuczone, niż szczere i kontemplowane: Eberhard Mock mieszka przez pewien czas z ojcem, do którego od lat żywił uraz, i którego traktuje zimno i cynicznie. Pod nosem wylewa ku niemu inwektywy, pretensje, żale… By zaraz potem pochylić się nad nim i pomóc mu ubrać buta…

Te właśnie detaliczne momenty grają kontrastem, pojawiają się jakby znikąd, i wciąż wybrzmiewają gorzko, surowo… Ale i wzruszająco. Gdy ojca zabierają ze szpitala, gdy Mock dowiaduje się, iż rodziciel będzie żył, kładzie się na jego szpitalnym łóżku, płacze i zasypia…

Płacze po odejściu pierwszej żony, Sophie… W noc poprzedzająca odejście Mock dopuścił się na niej gwałtu… bardzo wszak pragnął mieć z nią dziecko. Syna, któremu dałby na imię Herbert, i którego dorastanie obserwowałby, którego rozbrykaniem w parku syciłby swój głód sielskiego życia… Mock jeszcze wtedy nie wie, iż jest bezpłodny…

Swego młodego pomocnika traktuje z góry, surowo i zawodowo. Potem jednak uświadamia sobie, że ten stał się dlań erzacem potomka. Herbert Anwaldt pozostanie przy nim do ostatnich chwil Mocka.

Eberhard stwierdza kiedyś, iż jest zepsuty do szpiku, gdyż płacze tylko za dziwkami i bandziorami. Także po śmierci jego długoletnich  partnerów od czarnej roboty – Wirtha i Zupitzy. Dotąd relacje między nimi odbywały się bez słów, w niemym porozumieniu wynikającym z szantażu… I niemym szacunku: podczas oblężenia Breslau to bandycki duet trzęsie miastem, nie muszą już wysługiwać się Mockowi… Wówczas ten – także bez zewnętrznych oznak emocji – proponuje Wirthowi bruderszaft… Bez oznak zewnętrznych udając się w swoistą pokorę.

Mock okazuje emocje – te szczere, ludzkie – jedynie doprowadzony do skrajności, bądź w upojeniu; senne widziadła czy alkoholowe zwidy to dla niego jedyne momenty kathartyczne… Umęczenie Mocka wciąż tkwi głęboko w nim, Mock nie potrafii go uzewnętrznić. Mock gnije wewnętrznie spaczony okrucieństwami, które widzi na co dzień. Mock jest gruboskórny, bo inaczej nie umie.

Na Mocka działają jedynie – Apollon i Dionizos, w rozumieniu nietzscheańskim. Apollon, jako upozorowany (!), uporządkowany obraz świata, jego konwencjonalizacja , mająca de facto pomóc mu go znosić. By nie wybuchnąć Mock recytuje w myślach pasaże antycznych klasyków. By wytrzymać w celi, otoczony przez karaluchy i dwóch sadystycznych współwięźniów, zanurza się w świat poezji i antycznej myśli…

Gdy niedługo potem zabija bestialsko najważniejszego z nich, budzi się Dionizos, zezwierzęcenie, skrajne przestrzenie barbarium… Gdy Mock zapija się na umór, wdziewa dionizyjską skórę… Wdziewa ją, gdy bezlitośnie karze bandytów, morderców, zbrodniarzy… Zapewne uproszczeniem będzie stwierdzić, iż poczucie misji śledczego jest kompensacją traumy Mocka: Mock dąży do ukarania winnych do końca, do ostatka sił… Mock jest Bożym Biczem (w co raz uwierzy szaleńczo, choć zostanie wykorzystany…), jest prawdziwym Psem Sprawiedliwości, canis iustitiae

Mock na zewnątrz – jest zdziczałym psem. Mock wewnątrz – jest psem zbitym, któremu nie pozostaje nic innego, jak gryźć… Mock w tym tragizmie jest dalekim echem swych antycznych mistrzów-bohaterów. Zdeprawowanym, jak świat dookoła. Bez szczerej nadziei, iż uda mu się uciec przeznaczeniu…

Dzięki łaskawości Marka Krajewskiego – udaje mu się – dożywa słusznego wieku… Choć do końca żyje w goryczy, a rak, który w końcu odbierze mu życie, jawi się tym bardziej alegorycznie…




Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się.

 

Komentarze
Cała trylogia.
Dodane przez Skubek w dniu 2010-09-11 20:49:53
Ludlum nie skończył na Tożsamości, rozwinął do trylogii, za co mu chwała. Pomysł wyśmienity, facet, który traci pamięć i robi wszystko aby ja odzyskać. Czytałem całą trylogię przynajmniej dwa razy w całości, oglądałem Tożsamość z Richardem Chamberlainem jak i nową wersję, obie wersje są doskonałe. Pierwsza bardziej oddaje książkę. Ale od tego zaczęła się moja przygoda z Ludlumem, czytam go często, i gorąco polecam to już klasyka.