Advertisement
Strona główna
Zbrodnia w szkarłacie, Katarzyna Kwiatkowska: recenzja
poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Powrót Jana Morawskiego

Lubię powieści Katarzyny Kwiatkowskiej. Są lekkie, przyjemne, bezpretensjonalne, a autorka czerpie z najlepszych wzorów kryminału – i robi to dobrze. „Zbrodnia w szkarłacie”, czwarta już książka pisarki, trzyma poziom poprzednich powieści o Janie Morawskim, „Zbrodni w błękicie” oraz „Abla i Kaina”. „Zobaczyć Sorrento i umrzeć” miało innego bohatera, czy raczej bohaterkę, Konstancję Radolińską, i na tle wcześniejszych utworów autorki wypada gorzej. Ale wraz z powrotem Jana Morawskiego wróciła i Katarzyna Kwiatkowska – do najlepszej formy.

Image„Zbrodnia w szkarłacie” to kryminał retro, zbudowany na takim samym schemacie jak poprzednie powieści o Morawskim. Mamy początek XX wieku. Jan Morawski, prywatny detektyw, dandys, elegant i łasuch, przyjeżdża do wielkopolskiego dworku Jeziory, należącego do jego dalekiej rodziny. Przyjeżdża, by odnaleźć skarb po zmarłym niedawno dziadku i ocalić rodzinę przed finansowym upadkiem. A jego widmo jest wyraźne: pan domu, Jerzy Jezierski, jest pasjonatem wynalazków i udogodnień, i wydaje na nie zdecydowanie więcej, niż może sobie pozwolić. Jego córka, Helena, w najbliższych dniach wychodzi za mąż za syna bogacza – wesele musi więc być na odpowiednim poziomie, a i posag nie może przynieść wstydu. Jan stara się spełnić pokładane w nim nadzieje, ale nie potrafi rozwiązać wskazujących miejsce ukrycia skarbu rebusów. Zadanie komplikuje się jeszcze bardziej, gdy pewnej nocy w Jeziorach dochodzi do zbrodni.

W jednym z wywiadów autorka przyznała, że najbardziej lubi kryminały bezkrwawe i pozbawione brutalności, w których podstawową rolę odgrywa zagadka. I takie właśnie sama tworzy – bazujące na wzorze „COZY mysteries” historie z przeszłości, rozgrywające się w małej, przyjaznej społeczności, opowiadające o zbrodni, ale z nutą humoru. Nie bez przyczyny jednak powieści autorki porównuje się do utworów Agathy Christie; podobnie jak królowa kryminału, Kwiatkowska dopracowuje powieściową intrygę, co chwila podsuwając czytelnikom kolejne tropy i utwierdzając ich w przekonaniu, że wiedzą, kto zabił – by następnie z lekkością obalić to przekonanie i zasugerować całkiem inne rozwiązanie. Ostatecznie więc niemal wszyscy są tu podejrzani, a wyjaśnienie zagadki zaskakuje.

Trzeba podkreślić, że najnowsza powieść Katarzyny Kwiatkowskiej, podobnie zresztą jak poprzednie, nie jest bezmyślnym kopiowaniem sprawdzonych wzorów – autorka przenosi elementy „cozies” na polski grunt, uzupełniając kryminalną opowieść o mocno osadzoną w polskich (a konkretnie: wielkopolskich) realiach warstwę obyczajową, romansową i humorystyczną. Autorka porusza tematy związane z historią, nieco już zapomniane – takie jak powstały w 1900 roku Związek Ziemian – ale robi to na tyle delikatnie, że nie znuży tych czytelników, którzy od historii wolą kryminalną intrygę. Wtrąca też słowa i wyrażenia z wielkopolskiej gwary – ale tak, by ubarwić powieść, a nie uczynić ją nieczytelną dla odbiorcy spoza tego regionu. Ilość tych ubarwiających powieść dodatków jest bardzo wyważona – właśnie po to, by pozostały dodatkami do intrygi kryminalnej i jej nie przyćmiły. Podobnie rzecz ma się z warstwą obyczajową. Znajdziemy tu to, co mogło się podobać w poprzednich powieściach o Janie Morawskim: liczne opisy (ach, te tradycyjne polskie wesela, to jadło, te posagi, te stroje i zwyczaje!), ale także realia Polski pod zaborami. I nie jest to wszystko zakurzone czy zapyziałe, a po prostu urokliwe. I taki sposób podania historii w kryminałach retro lubię najbardziej – bez zadęcia, z umiarem, i do tego ze szczyptą ironicznego humoru. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że na pierwszym miejscu w powieści pozostają dwa pytania: Kto zabił? I dlaczego to zrobił?

Podobnie jak w swoich poprzednich książkach, autorka rysuje portrety bohaterów tak, jak rysuje akcję: bezpretensjonalnie, z humorem i dużą dbałością o szczegóły. Jest tu więc duet detektyw i jego pomocnik, czyli Jan Morawski i jego lokaj Mateusz (to zdecydowanie najbarwniejsza, najzabawniejsza i najsympatyczniejsza postać „Zbrodni w szkarłacie”). A obok nich pojawiają się mieszkańcy Jezior – zafascynowany technicznymi nowinkami Jerzy, dbająca na równi o pozory i innych ludzi Jerzowa, dręczona wątpliwościami Helena, bratowa Jerzego nadęta Ewelina i chora, udręczona bratanica Laura. Jest też oryginalny pruski detektyw. I właściwie wszyscy budzą sympatię (a jeśli nie budzą – to tak właśnie musi być, bo bez czarnego charakteru nie ma kryminału).

Wiem, że o wielu wspomnianych wyżej elementach pisałam w recenzjach poprzednich powieści Katarzyny Kwiatkowskiej. Wszystko dlatego, że na pewnym poziomie są do siebie bardzo podobne. Co jednak nie znaczy, że wtórne i nudne – wprost przeciwnie, każda nowa historia tworzona przez autorkę wciąga, zaskakuje i daje mnóstwo czytelniczej przyjemności. Nie przesadzałabym, co prawda, z określeniem „pierwsza dama polskiego kryminału”, którym szafuje wydawca najnowszej powieści pisarki – ileż w końcu możemy mieć królowych, pierwszych dam i innych władczyń? – ale myślę, że Agatha Christie nie powstydziłaby się takiej uczennicy. I serdecznie polecam każdemu, kto lubi kryminały bez rozlewu krwi, ale za to z wyrazistą i przyjemną atmosferą.

Ewa Dąbrowska

 

Zbrodnia w szkarłacie
Katarzyna Kwiatkowska
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kraków 2015

 

Recenzje poprzednich powieści Katarzyny Kwiatkowskiej: "Zbrodnia w błękicie", "Abel i Kain", "Zobaczyć Sorrento i umrzeć"