Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Wywiady i relacje arrow Wywiad z autorem: Kamil Staniszek
Wywiad z autorem: Kamil Staniszek
wtorek, 25 sierpnia 2015

"Gdy piszę, staram się przede wszystkim dobrze bawić"

Rozmowa z Kamilem Staniszkiem, dziennikarzem i autorem dwóch powieści, których akcja dzieje się w podwarszawskim Piasecznie.

Ewa Dąbrowska: Pański debiut, „Kocia morda”, był kryminałem, natomiast „Zemsta ma smak CZERWIENI” to powieść sensacyjna. To celowe przejście czy „samo wyszło”, w trakcie pracy nad książką?

Kamil Staniszek:
Gdy zaczynałem pisać „Zemstę…”, nie chciałem się powtarzać – pociągała mnie wizja prostej książki sensacyjnej z szybką akcją i interesującą fabułą. Miałem wrażenie, że akcja „Kociej Mordy” początkowo wlokła się jak ślimak winniczek po zwiędłym liściu kapusty. Dopiero później przyśpieszała i nabierała właściwego tempa, które mogło wciągnąć czytelnika. „Kocia Morda” była hołdem dla Piaseczna – mojego rodzinnego miasta, bije z niej nostalgia i smutek, jest bardziej mroczna i dołująca. Szczególnie początek jest lekko depresyjny, a wątki obyczajowe dominują nad wątkami sensacyjnymi. W „Zemście…” od razu wcisnąłem gaz do dechy i rozpocząłem szybką akcję. Jestem z tej książki bardziej zadowolony i choć zbiera ona lepsze recenzje niż debiut, nie brakuje czytelników, którzy bardziej cenią kryminalną „Kocią Mordę” niż sensacyjną „Zemstę”. Wszystko jest kwestią oczekiwań i indywidualnych preferencji.
Gdy piszę, staram się przede wszystkim dobrze bawić – unikam moralizatorskiego zadęcia czy  stylizacji, pozwalającej wcisnąć powieść w ramy określonego gatunku. „Zemsta…” w założeniu miała być jak dobre kino sensacyjne sprzed trzech dekad, imponujące szybką akcją i wyrazistymi, charyzmatycznymi postaciami. To książka na jeden wieczór, a nie powieść, w której ktoś będzie się rozsmakowywał tygodniami.

ImageE.D.: Czy siadając do pisania, miał Pan w głowie całą powieść, każdy najdrobniejszy szczegół fabuły?

K.S.: Tym razem się przygotowałem – chciałem uniknąć radosnego pisania, które towarzyszyło mojej debiutanckiej powieści. Zrobiłem sobie konspekt i założyłem, że będę go realizował punkt po punkcie. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Bohaterowie wcale nie chcieli stosować się do mojego planu, akcja szybko wymknęła mi się spod kontroli i po kilku dniach pisania byłem nią tak samo zaskakiwany, jak czytelnik podczas lektury. Efekt końcowy ma bardzo niewiele wspólnego z tym, co pierwotnie zaplanowałem. Uwielbiam to uczucie gdy daję wciągnąć się fabule tak mocno, że tracę nad nią kontrolę i mogę ekscytować się niespodziewanymi zwrotami akcji i zaskakującymi działaniami bohaterów. Wtedy czuję, że mój książkowy świat naprawdę żyje.    

E.D.: Wiernie odwzorowuje Pan w swoich książkach rzeczywistość czy raczej daje się ponieść wyobraźni? Gdzie przebiega granica między fikcją i rzeczywistością?


K.S.: Moja wyobraźnia jest jednocześnie wariacją na punkcie rzeczywistości. W „Zemsta ma smak CZERWIENI” jest mnóstwo autentycznych miejsc i prawdziwych wydarzeń, takich jak choćby nielegalne sprowadzanie do Polski obywateli Wietnamu, pożary w Wólce Kosowskiej, likwidacja fabryki narkotyków w Raszynie. Tworząc fabułę książki, wykorzystałem wiele autentycznych zdarzeń, które jako dziennikarz opisywałem w ciągu ostatnich kilku lat. Jako pisarz zanurzyłem je w fikcji, wykorzystałem piętrzące się wokół nich plotki i spekulacje, na nowo je zinterpretowałem, wymyśliłem ich genezę i skutki. Praca nad „Zemstą…” była jak fascynująca żonglerka pochodniami – musiałem uważać by łapać za te końce, które nie płoną od mojej wyobraźni.

E.D.:
A co z bohaterami? Czy pojawiające się na kartach powieści „Zemsta ma smak CZERWIENI” postaci mają swoje pierwowzory w rzeczywistym świecie?


K.S.: Wszyscy bohaterowie występujący w moich książkach są postaciami całkowicie fikcyjnymi, a ci, którzy mimo wszystko odnajdują się w nich, na pewno nigdy się do tego nie przyznają. Nawet na torturach.

E.D.: Co Pana zainspirowało do stworzenia postaci tajemniczego wietnamskiego mordercy? Mam nadzieję, że nie rzeczywistość…

K.S.: Gdyby taki człowiek rzeczywiście istniał i nasze drogi by się skrzyżowały to zapewne dziś zamiast książki pozostawiłbym po sobie nekrolog. Tworząc bezwzględnego wietnamskiego mordercę, inspirowałem się trochę czarnymi charakterami, które odgrywał Bolo Yeung, znany choćby z „Wejścia Smoka” czy „Krwawego sportu”. Tak, gdyby ekranizować moją książkę i gdyby Bolo Yeung był trzydzieści lat młodszy i trzydzieści centymetrów wyższy, mógłby z powodzeniem wcielić się w rolę mojego antybohatera.

E.D.: Akcja Pana powieści toczy się w podwarszawskich miejscowościach. Zamierza Pan tu pozostać w kolejnych książkach, czy może przeniesiemy się gdzieś indziej?

K.S.:
Nie zamierzam się ograniczać. Akcję moich książek zlokalizowałem w podwarszawskich miejscowościach z dwóch powodów: wcześniej nikt tego przede mną nie zrobił oraz z czystego lenistwa. Nie musiałem kreować świata – wykorzystałem ten, który istnieje i który jako dziennikarz lokalnej gazety z kilkunastoletnim stażem znam na wylot, także z tych stron, które są zupełnie obce mieszkańcom. Po dwóch książkach nadszedł czas, by wygonić z siebie lenia i bardziej popracować – nie tylko nad fabułą, ale i nad światem, w którym będzie się ona rozgrywała. Powoli się przygotowuję – czytam Stary Testament, odkopuję stare magazyny muzyczne i ziny, których mam w domu tysiące oraz ślęczę nad IPN-owskimi aktami różnych spraw.  

E.D.:
Czyli miejsce będzie się zmieniać. A co z bohaterami? Będą dalsze przygody dziennikarzy z „Kuriera Wieczornego”?

K.S.:
Zakładam, że nie, bo innych pomysłów mam dużo. Ale kto wie. Może za tydzień zainspiruje mnie jakieś wydarzenie i znów ożywię Andrzeja Kalickiego i Alberta Nowackiego? Pociąga mnie myśl, by przewinęli się, w którejś z moich książek jako bohaterowie drugoplanowi – niewykluczone, że tak się stanie. Osadzenie akcji powieści w lokalnym środowisku jest dla niej jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem. Błogosławieństwem, bo stanowi o jej oryginalności i zachęca do lektury ludzi, którzy mieszkają w Piasecznie czy Konstancinie-Jeziornie. Przekleństwem – bo przez wszystkich innych może być traktowana jako lokalna ciekawostka, mało interesująca dla ludzi z zewnątrz. Myślę jednak, że fabuła moich książek się broni na tyle, że z przyjemnością mogą je przeczytać osoby, które w Piasecznie nigdy nie były. Pozytywne recenzje to potwierdzają.   

E.D.:
Zdecydowanie tak – mój kontakt z Piasecznem kończy się na przejeżdżaniu przez to miasto raz na kilka lat, a lektura "Zemsty..." sprawiła mi sporo frajdy. Wróćmy jednak do tematu. Wydał Pan już dwie powieści. Proszę powiedzieć: jak wygląda Pana praca nad kolejnymi fabułami?


K.S.: Aktualnie mam w planach kilka książek o dość zróżnicowanej tematyce. Planuję pracę nad retrokryminałem, którego akcja będzie osadzona w czasach PRL-u. Chcę w fabularnym sosie ugotować szereg autentycznych zdarzeń, które wówczas się rozegrały – zarówno tych powszechnie znanych, jak i tych, które spoczywają jeszcze w archiwach IPN-u. Głównym bohaterem będzie Piotr Tamara, który pojawił się w „Zemście…”, pozostając jednak do końca postacią tajemniczą i nieodgadnioną. Czuję duży potencjał tego bohatera i z każdym dniem poznaję go coraz lepiej. Z pewnością przy okazji tej powieści wymknę się z Piaseczna w stronę Warszawy, a przy okazji niektórych wątków pójdę dalej w Polskę i na wschód, w kierunku Moskwy.
Mam pomysł na dwa mroczne THRILLERy, osadzone w nieco surrealistycznym, mrocznym i fikcyjnym mieście. Planuję też napisać książkę ściśle związaną z subkulturą metalową – przy tej okazji być może zahaczę o Piaseczno i okolice. Pożeruję trochę na sentymentach starych fanów tej muzyki, a młodszym pokażę, jak wyglądał świat bez internetu, gdy muzykę poznawało się z przegrywanych kaset i czytało się o niej w kserowanych zinach. Przy okazji odpowiem na fundamentalne pytania – czym tak naprawdę jest black metal i dlaczego na całym świecie rozumie go nie więcej niż dwadzieścia osób.  
Mam też pomysł na thriller erotyczny i powieść nawiązującą do Nowego Testamentu. Oczywiście to będą dwie oddzielne książki.  

E.D.: Pana zawód przeszkadza czy pomaga w pisaniu powieści?


K.S.: Pomaga, bo ze słowem pisanym mam do czynienia na co dzień i chyba nic mi tak łatwo nie przychodzi jak pisanie – abstrahując od jego efektów, bo nie mnie je oceniać. Przeszkadza – bo wbrew pozorom praca w gazecie lokalnej to ciężki kawałek chleba; wciąż gdzieś jeżdżę, o czymś piszę, z kimś się spotykam i na pisanie książek po prostu mam mało czasu. Zawód bezrobotnego z pewnością bardziej by mi pomagał w pisaniu powieści, ale pewnie na krótką metę – szybko padłbym z głodu.  

E.D.: Dziękuję za rozmowę.