Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Wywiady i relacje arrow Wywiad z autorem: Marcin Grygier
Wywiad z autorem: Marcin Grygier
wtorek, 26 stycznia 2016

"Chciałem, żeby mój bohater niósł w sobie jakiś mrok"

Rozmowa z Marcinem Grygierem, którego debiutancka powieść "Nie patrz w tamtą stronę" ukazała się w styczniu.

ImageEwa Dąbrowska: W biogramie zamieszczonym na stronie internetowej Wydawnictwa Prószyński czytamy: „absolwent Politechniki Śląskiej, z wykształcenia chemik, pracuje w branży związanej ze sprzętem medycznym. Żonaty, ojciec dwóch dorosłych synów. Z zamiłowania narciarz, motocyklista i biegacz”. Innymi słowy: wiedzie Pan poukładane, aktywne życie. Co więc skłoniło Pana do napisania książki?

Marcin Grygier: Tak naprawdę powstanie tej książki zawdzięczam swojej żonie. Któregoś dnia podsunęła mi informację o organizowanych warsztatach literackich. Pewnie pamiętała, jak gdzieś tam kiedyś opowiadałem, że fajnie by było zostać pisarzem ;-). Pomyślałem: pójdę, zobaczę, poznam nowych ludzi. Na pierwszych zajęciach Jakub Winiarski, który z ramienia „Pasji Pisania” owe warsztaty prowadził, zadał każdemu pytanie o dotychczasowe doświadczenia w pisaniu i cel, jaki dzięki warsztatom uczestnik chce osiągnąć. Okazało się, że każdy coś już próbował tworzyć i wszyscy mieli ambicje napisania lub dokończenia jakiegoś dzieła. Nie pamiętam, co dokładnie wtedy odpowiedziałem, pewnie bąknąłem coś pod nosem, ale już po pierwszych zajęciach wiedziałem, że chcę w nich brać udział, choć jeszcze nie do końca wiedziałem po co. Każde zajęcia rozpoczynały się od krytyki dwóch tekstów przynoszonych przez uczestników i któregoś dnia przyszła moja kolej. Nie było rady. Coś musiałem napisać. Przyniosłem tekst, który jest prologiem i pierwszym rozdziałem „Nie patrz w tamtą stronę”. Fragment na tyle się spodobał – zarówno mnie, jak i warsztatowiczom – że postanowiłem pociągnąć historię dalej. W ten sposób po ośmiu miesiącach powstała książka.

E.D.: Proszę podzielić się z nami doświadczeniami debiutanta: kiedy napisał Pan książkę i jak długo czekał Pan, aż ujrzy światło dzienne?

M.G.: Trochę się naczekałem. Pierwszą batalię stoczyłem z Michałem Nalewskim, moim redaktorem prowadzącym z Prószyńskiego. Trochę po partyzancku, ale w końcu wygrałem, bo przeczytał mój rękopis i zaraz potem do mnie zadzwonił, że jest na „tak”. W pierwszym momencie naiwnie pomyślałem, że za kilka tygodni znajdę moją książkę na półce księgarskiej. No i znalazłem – tyle że po dziewięciu miesiącach. Nie miałem pojęcia, że jest coś takiego jak plan wydawniczy i muszę cierpliwie poczekać na swoją kolej, że Michał wyśle mój rękopis pewnemu panu, podobno guru i znawcy literatury, który to w prostych, żołnierskich słowach powiedział, co o moim tworze myśli, czego skutkiem była konieczność poprawienia sporych fragmentów i dopisania kilku scen. Wreszcie nie wziąłem pod uwagę, że tekst przejdzie przez redakcję, co też wymaga czasu, który jest tym krótszy, im lepsza współpraca autora z redaktorem. W moim przypadku to ostatnie poszło całkiem gładko.

E.D.: Pytam o to każdego debiutanta, więc Pan również nie uniknie odpowiedzi: w jaki sposób Pan pisze? Jak Marek Krajewski, od-do, a może raczej – kiedy nadejdzie „wena”? Wierzy Pan w ogóle w wenę?

M.G.: Gdy zacznę pisać, staram się (choć nie zawsze mi to wychodzi) zamknąć scenę, którą przelewam na papier. Nie lubię zostawiać scen niedokończonych, bo zawsze jest ryzyko, że to, co akurat tworzy się w mojej głowie w trakcie pisania, umknie, jeśli tego nie domknę, albo nie będzie już tym, czym było, gdy zacząłem nad tym pracować. Muszę się też uderzyć w pierś, że regularność w pisaniu, czyli to, co większość ludzi, którzy odnieśli literacki sukces, uznaje za podstawę do osiągnięcia tegoż, nie jest póki co moją najmocniejszą stroną. Ale obiecuję sobie, że się poprawię ;-)

E.D.: Roman Walter jest w pełni Pana wymysłem czy ma jakiś wzorzec w rzeczywistości?

M.G.: Zarówno Roman Walter, jak i pozostali bohaterowie mojej powieści nie mają bezpośredniego wzorca w świecie rzeczywistym. Z drugiej strony każdy z nich nosi w sobie cząstkę prawdziwych postaci. Tworząc bohaterów, ulepiłem ich ze składników, które miałem pod ręką i dobrałem tak, aby końcowy rezultat był dla czytelnika smakowitym kąskiem.

E.D.: Tragiczna przeszłość Waltera to też w pełni Pana wymysł czy słyszał Pan kiedyś o podobnym przypadku?

M.G.: Chciałem, żeby mój główny bohater był postacią wielowymiarową, żeby niósł w sobie jakiś mrok i intrygował czytelnika swoją nie zawsze jednoznacznie krystaliczną postawą. Przeszłość Waltera z jednej strony tłumaczy, dlaczego stał się tym, kim się stał, z drugiej pokazuje, że nie jest to kapitan Żbik i swoje za kołnierzem też ma. Nie spotkałem nigdy kogoś takiego, ale literatura i dobre kino pomogło mi w kreacji Waltera.

E.D.: A skąd w Pana książce tak wnikliwe opisy przeżyć dręczonego dziecka?

M.G.: Dzieci bywają okrutne i to ich okrucieństwo ma w sobie coś z pierwotnego instynktu przetrwania, który mówi: znajdź się na szczycie hierarchii i upewnij się, że ten na dole tam zostanie, bo inaczej możesz zająć jego miejsce. W dzieciństwie często byłem świadkiem takich sytuacji. Nie były one tak drastyczne, jak te opisane w książce, ale i tak głęboko zapadły mi w pamięć.

E.D.: Odejdźmy na chwilę od Pana książki. Proszę powiedzieć: czytuje Pan w wolnych chwilach kryminały? Ma Pan ulubionych autorów?

M.G.: Czytuję, choć nie tylko kryminały. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że nie jest to dominujący gatunek na mojej półce. Jeśli chodzi o konkretnych autorów, mogę wymienić Bernarda Miniera, Zygmunta Miłoszewskiego, Gillian Flynn, Marka Krajewskiego i wielu innych.

E.D.: Proszę uchylić rąbka tajemnicy: pracuje Pan nad kolejnymi przygodami Waltera? Coś zmieni się w jego życiu?

M.G.: Tak. Walter wyprowadzi się z Warszawy, przestanie pić, choć demony go nie opuszczą. I poprowadzi kolejną mroczną sprawę.

E.D.: A jakie są Pana plany na najbliższą przyszłość?

M.G.: Zaplanować i zrealizować letnią wyprawę motocyklową do Gruzji. Zobaczymy, co z tego wyjdzie :)