Advertisement
Strona główna
Pięć dni ze swastyką, Artur Baniewicz: recenzja
poniedziałek, 13 czerwca 2016

Czasy pogardy

Artur Baniewicz to pisarz znany przede wszystkim jako autor powieści fantasy. Ale ma też na swoim pisarskim koncie powieść sensacyjną „Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej” – jak pisał Tomasz Daniel Dobek, gatunkową manifestację wkurwienia, oraz „Kisuny” –  powieść sensacyjno-militarną i polityczną zarazem (za wydawcą). W „Pięciu dniach ze swastyką” Baniewicz znów odszedł od fantastyki w stronę sensacji, tym razem w wojennym sztafażu.

ImageJest rok 1942. Były policjant Paweł Bujnicki, który obecnie wykonuje dla AK wyroki (nie dla ideałów, a dla pieniędzy), zostaje poproszony o pomoc… przez gestapowca. Niemca i Polaka łączy jedno: miłość do tej samej kobiety. I w imię tej właśnie miłości na pięć dni łączą siły, by dowiedzieć się, kto i dlaczego próbował zabić Irenę, a także zapobiec kolejnym atakom.

Na okładce książki czytamy: „Prawdziwy kryminał”. Cóż, nie bardzo – według mnie powieść Baniewicza niewiele ma wspólnego z kryminałem. Bliżej jej do wojennej powieści sensacyjnej z romansem w tle. Jest tu niby jakaś zagadka, a trup ściele się gęsto – ale to przecież opowieść rozgrywająca się w czasach wojny, w której zginęły miliony. Autor jednak, co warto podkreślić, nie rozpisuje się o tragedii milionów. Skupia się na konkretnych ludziach wrzuconych w świat pełen przemocy i na tym, jak próbują (albo i nie) zachować w nim jakiekolwiek normy moralne i etyczne. „Pięć dni ze swastyką” zrywa przy tym ze stereotypami. To nie opowieść o dobrym Polaku i złym Niemcu. Ani o złym Polaku i dobrym Niemcu – to byłoby zbyt daleko idące uproszczenie. Taki Bujnicki na przykład: w jednej z pierwszych scen powieści bez oporu zabija kobietę, która jest niepotrzebnym świadkiem jego działań. Chwilę potem ma jednak wątpliwości, czy zabić Żydówkę – drugiego świadka. Z kolei Bruno to gestapowiec. Czyli z automatu: zły człowiek, który morduje niewinnych. Tyle że w jego przypadku to nie takie oczywiste. Irena jest natomiast Polką, która sypia z Niemcem. W oczach większości: zdrajczynią narodu. A ona po prostu się zakochała… Ta swego rodzaju moralna nieoczywistość bohaterów jest jedną z największych zalet tej książki. Sprawia, że stają się oni pełnowymiarowi – to nie jakieś papierowe sylwetki, które mają służyć przedstawieniu określonych postaw w czasach wojny, a ludzie z krwi i kości, którzy żyją, czują, boją się i popełniają błędy.

Również język powieści zasługuje na pochwały. Plastyczny, bogaty, w dialogach aż skrzący życiem (choć momentami nieco „przepoetyzowany” – kiedy na przykład czytamy, że śmierć nie spieszyła się po kolejną ofiarę). Wydawałoby się, że o trudnych czasach nie da się pisać łatwo. A jednak Baniewiczowi się to udaje – opowiadana przez niego historia płynie swobodnie, wartko, wciąga czytelnika i porywa go ze sobą, nie pozwalając oderwać się aż do ostatniej strony. I choć początkowo liczba wątków i postaci może przyprawić o zawrót głowy, wszystkie elementy szybko wskakują na właściwe miejsca, składając  się na emocjonującą  sensacyjną historię z romansem w tle. Przyznaję, że wątek miłosny – czy raczej wątki miłosne – nie do końca mnie przekonują (choć z pewnością czynią wizerunki postaci pełniejszymi, pokazując, że nawet w najstraszniejszych czasach ludzkie uczucia nie zanikają). Ale jako powieść sensacyjna „Pięć dni ze swastyką” wypada rewelacyjnie. To napięcie budowane już od pierwszej strony, te pościgi, strzelaniny, akcje, nieustanna wizja śmierci towarzysząca bohaterom… Jak w którym momencie mówi Bujnicki, w ciągu tych pięciu dni, które obejmuje akcja powieści, nie strzelano do niego tylko w środę. Miłośnicy sensacji na pewno nie będą więc rozczarowani. A im bardziej rozwija się fabuła, tym więcej się dzieje. Aż do samego zakończenia. Niezbyt przyjemnego, warto dodać. Bo choć samo wyjaśnienie zagadki zamachu na Irenę staje się jasne już wcześniej, sposób, w jaki Baniewicz rozwiązuje akcję, robi wrażenie. Po raz kolejny autor demitologizuje wojenny świat i obala stereotypy.

Powieść „Pięć dni ze swastyką” pozostawia czytelnika ze smutną konstatacją, którą najlepiej chyba wyrażą słowa wiedźmina (Baniewicz przyznał kiedyś, że zaczął pisać właśnie z żalu po zakończeniu sagi Andrzeja Sapkowskiego): Nie ma już na świecie wiary ani prawdy, ale chyba istnieje na świecie rozsądek? […] Jest jeszcze na świecie rozsądek? Czy już zostały na nim tylko skurwysyństwo i pogarda?* Daje też jednak odrobinę nadziei. Wszak, jak mówi Bujnicki, wszyscy żyjemy z wyrokiem, każdy z nas kiedyś umrze – ale możemy spróbować przeżyć czas, który jest nam dany, najlepiej, jak potrafimy. I to właśnie próbują robić bohaterowie najnowszej książki Artura Baniewicza.

* A. Sapkowski, Czas pogardy, Warszawa 2001, s. 220.

 

Ewa Dąbrowska

 

Pięć dni ze swastyką
Artur Baniewicz
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kraków 2016

 

Recenzja powieści "Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej" Artura Baniewicza