Advertisement
Wywiad z Jensem Lapidusem
wtorek, 14 czerwca 2016

"Istota mojego pisarstwa to odwracanie schematów"

Jens Lapidus, jeden z gości MFK 2016, to między innymi autor trylogii "Sztokholm NOIR". Już jutro ukaże się jego najnowsza powieść, zatytułowana "Sztokholm delete". A my przy okazji wizyty pisarz w Polsce porozmawialiśmy z nim o jego powieściach, inspiracjach, przestępczym podziemiu Sztokholmu - i wielu innych sprawach.

lapidusEwa Dąbrowska: Był Pan gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu w 2009 roku. Co zmieniło się od tamtej wizyty?

Jens Lapidus: Podczas tamtej wizyty rozmawialiśmy o mojej pierwszej książce, „Szybki cash”, która ukazała się kilka lat wcześniej [w 2006 roku – E.D.]. Książka była efektem mojej pracy jako prawnika, tego, czego byłem świadkiem podczas wizyt w sądzie. Szczerze mówiąc, na początku nie miałem pojęcia, że piszę powieść – po prostu zacząłem zbierać opowieści z życia sztokholmskiego „podziemia”. Jedna historia, druga, kolejna… I kiedy miałem już na komputerze pięćset stron notatek, postanowiłem złożyć je w jedną opowieść. „Szybki cash” okazał się ogromnym sukcesem. Zacząłem wtedy się zastanawiać: jak to powtórzyć? O czym pisać? Co w tej powieści spodobało się czytelnikom? Ostatecznie powstała trylogia, którą nazywam „Sztokholm noir”. Już po jej opublikowaniu uświadomiłem sobie, że istota mojego pisarstwa to odwracanie schematów. Klasyczny skandynawski kryminał zaczyna się od morderstwa, potem mamy policjanta, detektywa czy kogoś innego prowadzącego śledztwo w sprawie tego morderstwa, a na końcu dostajemy rozwiązanie zagadki. Zawsze też pojawia się jakieś odniesienie do przeszłości – autor wprowadza równoległą historię, która rozegrała się wiele lat wcześniej i jest jakoś powiązana z głównym wątkiem książki. A w moich książkach tego nie ma. Nie tworzę też długich cykli o tych samych bohaterach, jak wielu pisarzy. Po napisaniu trylogii – choć jej bohaterowie już na zawsze zostaną ze mną jako przyjaciele – stwierdziłem, że muszę coś zmienić. Więc usiadłem i zacząłem pisać „VIP room”. Ale kiedy skończyłem, uświadomiłem sobie, że wcale nie odszedłem tak daleko od poprzednich książek. Wciąż piszę o sztokholmskim podziemiu. Tyle że bohaterowie są nieco inni, a razem z bohaterami zmienił się też język powieści.

Po tym przydługim wstępie chyba wreszcie doszedłem do odpowiedzi na pytanie [śmiech]. W moim pisaniu zmienił się więc przede wszystkim język. Jest bardziej miękki, chociaż wciąż pojawia się w nim dużo slangu. Zmieniły się postaci: wciąż są blisko świata przestępczego, ale nie wszyscy to kryminaliści. I, co chyba najważniejsze dla mnie jako pisarza, ostatecznie wprowadziłem w swoich książkach klasyczną zagadkę zbrodni. W „VIP room” to porwanie, a „Sztokholm delete” zaczyna się od sceny znalezienia ciała. Można więc powiedzieć, że w pewien sposób wróciłem do tradycji.

E.D.: Porozmawiajmy przez chwilę o filmie, konkretnie: ekranizacjach Pana książek. Czy współpracował Pan przy ich tworzeniu?

J.L.: Moja trylogia „Szybki cash” stała się podstawą trzech filmów, a teraz sprzedałem prawa do „Sztokholm delete”, na którego podstawie powstanie serial. I za każdym razem byłem wystraszony – to ja stworzyłem te postaci, są jak moje dzieci, które teraz oddać komuś obcemu.

E.D.: To tak, jak powiedział na spotkaniu autorskim Peter Robinson: kiedy oglądałem seriale stworzone na podstawie moich powieści, czułem, że to nie mój bohater. Na Boga, on przecież nie płakał!

J.L.: Otóż to. Autor jest silnie związany ze swoimi postaciami. Przez siedem lat pisałem trylogię „Sztohholm noir” i każdego dnia myślałem o jej bohaterach. A tu przychodzi ktoś obcy i mówi mi: „twój bohater jest taki a taki, wygląda tak a tak”. Są trzy sposoby na przeżycie takiej sytuacji. Pierwsza: sprzedajesz prawa, bierzesz kasę i modlisz się, żeby nie zrobili z tego czegoś okropnego. A zwykle robią. Ale przynajmniej masz kasę. Druga metoda: jesteś maksymalnie zaangażowany w tworzenie – piszesz scenariusz, działasz na każdym kroku powstawania produkcji. A ja wybrałem drogę gdzieś pośrodku: zdecydowałem, że nie napiszę scenariusza, ale chcę nadzorować prace na ekranizacją, chcę być zaangażowany i chcę, by mnie słuchali. Więc się zaangażowałem. Pewnie, że teraz, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że kilka rzeczy zrobiłbym inaczej. Ale ostateczny efekt mi się podoba: twórcom udało się zachować poczucie autentyczności. Kiedy oglądasz te filmy, czujesz to, co podczas lektury moich książek: to jest prawdziwa Szwecja, prawdziwy Sztokholm. To mogło się wydarzyć naprawdę.

E.D.: No właśnie, Sztokholm. Kiedy czytałam „VIP room”, miałam bardzo silne wrażenie, że miasto jest w tej powieści nie tylko miejscem akcji, ale też jednym z bohaterów. Czy czuje się Pan mocno związany ze Sztokholmem?

J.L.: Tak, bardzo. Sztokholm jest według mnie jednym z najpiękniejszych miast świata. Piękne zabytki, budynki… Ale pod tą piękną powierzchnią skrywa się coś całkiem innego. I właśnie to chcę pokazać moim czytelnikom w swoich książkach: miejsca, których normalnie w Sztokholmie nie zobaczą, takie jak burdele czy miejsca spotkań członków gangów bądź handlarzy narkotykami.

E.D.: Porozmawiajmy przez chwilę o tym. Norweski pisarz Jo Nesbø podczas swojej ostatniej wizyty we Wrocławiu przyznał, że zdarzało mi się odwiedzać niebezpieczne miejsca i spotykać niebezpiecznych ludzi, by uwiarygodnić opisywane przez siebie sytuacje. W Pana książce „VIP room” też znajdziemy wnikliwy opis środowiska przestępczego. Czy też robił Pan jakieś niebezpieczne rzeczy, by zdobyć potrzebne informacje?

J.L.: Jestem prawnikiem. Dlatego śmiem twierdzić, że jestem jednym z niewielu autorów, którzy spotkali osobiście tak wielu przestępców: handlarzy narkotykami, morderców…

E.D.: Broni ich Pan?

J.L.: Tak. Spotykam tych ludzi każdego dnia.

E.D.: Więc można powiedzieć, że ma Pan bardzo mocny research?

J.L.: To nie research, to moje życie.

E.D.: Ale zdarza się Panu prosić ich o pomoc w pisarskiej pracy? O udzielenie jakichś informacji?

J.L.: Staram się nie mieszać tych dwóch światów. Spotykam ich przecież jako prawnik, nie pisarz. Ale w „Sztokholm delete” pojawia się profesjonalny gracz, człowiek, który utrzymuje się z grania, między innymi w pokera. A jeden z moich klientów jest takim właśnie graczem. Kiedy z nim rozmawiałem, poprosiłem go o opisanie, jak wygląda jego życie. Zwykle jednak tego nie robię. Choć przyznaję, że praca prawnika przynosi mi mnóstwo pomysłów i inspiracji.

E.D.: Czyli Pana zawód przydaje się w pisaniu?

J.L.: Powiem nawet więcej: nie zostałbym pisarzem, gdybym nie był prawnikiem. Tak to się zaczęło: od siedzenia w sądzie i zbierania pomysłów. Jeden ze szwedzkich sędziów powiedział do mnie ostatnio: jestem sędzią od dwudziestu pięciu lat, widziałem już wszystkie typy przestępców, jakie możesz sobie wyobrazić, a nigdy nie pomyślałam o rzeczach, o których to piszesz. Bierze się to stąd, że większość prawników i sędziów myśli tylko o konkretnych faktach w sprawie. Ja też to robię, ale nie mogę też przestać myśleć o ludziach. Zastanawiam się, skąd jest na przykład ten świadek, dlaczego jest tak ubrany, dlaczego mówi tak a nie inaczej, dlaczego jest tak uczesany…

E.D.: Dlatego właśnie zaczął Pan pisać? Z tego zaciekawienia drugim człowiekiem?

J.L. Tak. Wielu ludzi wchodzących w skład prawnej machiny stara się nie myśleć o ludziach – w tej pracy trzeba być zimnym, nie wolno współczuć i zbyt dużo się zastanawiać, bo kiedy to robisz, pojawia się ryzyko, że zapomnisz o kwestiach prawniczych. Ale ja nie umiem wyłączyć tego myślenia.

E.D.: A dlaczego tak często pisze Pan o imigrantach? Czy dlatego, że to ważny temat we współczesnym świecie?

J.L.: Niekoniecznie. Po prostu piszę o przestępczym podziemiu Sztokholmu, a z prawniczego doświadczenia wiem, że jego główną częścią są właśnie imigranci. Zwróć uwagę, że w wielu skandynawskich kryminałach nie ma ich w ogóle lub prawie w ogóle. Jak to możliwe, kiedy wszyscy wiemy, jak ta sprawa wygląda naprawdę? Świat kryminałów stał się światem fikcyjnym. Autorzy nie piszą o Szwecji, chyba że takiej kilkadziesiąt lat temu. Ale choć temat imigrantów stał się teraz bardzo ważny w Europie, nie piszę o nich, by poruszyć jakieś kwestie polityczne. Mam tylko jeden cel: pokazać czytelnikowi świat oczami ludzi, którzy popełniają przestępstwa, by choć na chwilę mógł zidentyfikować się z tym człowiekiem i zrozumieć jego postępowanie. W „VIP roomie” jest na przykład Nikola – młody chłopak, przestępca, siostrzeniec Teddy’ego. Bez wątpienia kryminalista. Ale czytelnik raczej mu współczuje niż go nienawidzi.

E.D.: To po prostu dzieciak, który nie widzi innej opcji na swoje życie.

J.L.: I właśnie o to mi chodzi. Jeśli zdołam przekonać czytelnika, że przestępcy też coś myślą, czują, że za ich działaniami coś się kryje, to osiągnąłem swój cel.

E.D.: Wyznał Pan kiedyś, że inspirują Pana Dennis Lehane, Edward Bunker czy James Ellroy. Ktoś jeszcze?

J.L.: Jestem wielkim fanem amerykańskiego pisarza Dona Wilsowa – pisze o Kalifornii i Meksyku, w zeszłym roku opublikował tom „Kartel”, epicką powieść o dwudziestu latach wojen narkotykowych. Czytam też dużo szwedzkich powieści, ale nie kryminałów. Kryminały wybieram angielskie i amerykańskie, na przykład Davida Peace’a czy klasyków: Rossa Macdonalda i Raymonda Chandlera. Ale przyznaję, że między pracą prawnika, pisaniem własnych książek a życiem rodzinnym trudno mi znaleźć czas na czytanie.

E.D.: Zygmunt Miłoszewski, najsłynniejszy chyba obecnie polski kryminałopisarz, powiedział kiedyś: "Dni pisarza są potwornie nudne i mało widowiskowe […] Dzień pisarza polega tymczasem na siedzeniu na krześle wiele godzin dziennie. Dni kiedy mogę wyjść i zbierać materiały do powieści, albo kiedy mogę wyjść i spotkać się z czytelnikami – to jak przepustka z więzienia". Zgadza się Pan z takim stwierdzeniem?

J.L.: Rozumiem to podejście, ale moje życie wygląda inaczej, ponieważ wciąż pracuję jako prawnik. Kiedy dziesięć lat temu ukazał się „Szybki cash”, mogłem rzucić pracę i zostać pełnoetatowym pisarzem. Ale tego nie zrobiłem – właśnie dlatego, że boję się siedzenia w moim pokoju, przy komputerze, i umierania z nudów. Żadnych inspiracji, nowych myśli…

E.D.: Wspomniany już Jo Nesbø stwierdził, że praca pisarza ma jeszcze tę zaletę, że można przez cały dzień leżeć w łóżku i nazywać to pracą.

J.L.: Otóż to! Trzeba mieć wielkie pokłady samodyscypliny, by pisać w takich warunkach. A ja sobie nie ufam – pewnie faktycznie nie robiłbym nic poza leżeniem. I zapytany trzy lata temu, czy zrezygnuję z pracy prawnika na rzecz pisarstwa, kategorycznie bym zaprzeczył: jestem prawnikiem, to mnie definiuje. Ale ogarnięcie wszystkiego bywa czasami bardzo trudne, dlatego od trzech lat nie pracuję już na pełen etat.  I coraz częściej stwierdzam, że jednak nie byłoby tak źle spędzać cały dzień w łóżku. [śmiech]

E.D.: A jak Pan pracuje nad swoimi książkami? Ma Pan plan, który realizuje Pan krok po kroku, czy może Pan improwizuje?

J.L.: Tworzę plan, ale nigdy jeszcze nie udało mi się go zrealizować, ponieważ kiedy zaczynam pisać i coraz lepiej poznaję swoje postaci, okazuje się, że decyzje, które podjąłem za nie wcześniej, nie mają sensu. Najważniejsza jest więc dynamika między planowaniem a pisaniem. Ale weźmy też pod uwagę, że ja nie tworzę klasycznych zagadek, gdzie wszystkie wątki muszą się ze sobą logicznie łączyć, a jedna rzecz prowadzić do kolejnej. Wtedy plan jest niezbędny, żeby struktura książki się nie rozsypała. W „Sztokholm delete” po raz pierwszy wprowadziłem taką klasyczną zagadkę kryminalną – i kiedy skończyłem pisać i dałem książkę do czytania innym ludziom, wszyscy stwierdzili, że nie trzyma się kupy. Miałem więc miesiąc na napisanie powieści od nowa. To chyba oznacza, że jestem kiepski w planowaniu…

E.D.: Zdradzi Pan naszym czytelnikom, nad czym Pan teraz pracuje?

J.L.: Pracuję nad kontynuacją „Sztokholm delete”, ostatnią częścią trylogii i Teddym i Emelie. Ale więcej nie powiem – najpierw czytelnicy powinni przeczytać poprzednie powieści o tych bohaterach.

E.D.: Dziękuję za rozmowę.