Advertisement
Wywiad z Charlotte Link
wtorek, 28 czerwca 2016

"W centrum moich zainteresowań od zawsze jest człowiek"

W Polsce znamy ją przede wszystkim jako autorkę szalenie klimatycznych THRILLERów psychologicznych, ale Charlotte Link to postać pełna niespodzianek. W rozmowie przeprowadzonej w czasie Międzynarodowego Festiwalu Kryminału zdradziła nam między  innymi tajemnice swojego warsztatu, opowiedziała o tym, co jest dla niej najważniejsze oraz o bardzo osobistej książce, która zaskoczy niejednego wielbiciela jej prozy.  

link

Zofia Jurczak: Podobno Pani debiutancka powieść ma 800 stron i wydała ją Pani jeszcze jako nastolatka. Czyżby literatura była Pani pisana?

Charlotte Link: Myślę, że przeznaczenie to właściwie słowo, bo nigdy nie planowałam iść w tym kierunku. Co prawda zawsze bardzo dużo czytałam, ale zawodowo chciałam się związać z czymś zupełnie innym. Jednak w pewnym momencie pisanie mnie porwało. Dosłownie. A w każdym razie zaczęło samo kierować moim życiem. To nie ja panowałam nad pisarstwem, to pisarstwo zaczęło panować nade mną.

Z.J.: Na co nastoletnia Charlotte przeznaczyła pierwsze honorarium?

Ch.L.: Na wykup kucyka z cyrku. Zobaczyłam to nieszczęsne, pokiereszowane zwierzę należące do objazdowej trupy, która występowała we wiosce, w której wówczas mieszkałam, i nie mogłam go tak po prostu zostawić. To była impulsywna, instynktowna decyzja, którą postawiłam rodziców przed faktem dokonanym. Gdy tego dnia wrócili z pracy, zobaczyli kucyka pasącego się w ogrodzie.

Z.J.: Chciałabym, abyśmy porozmawiały o Pani twórczości kryminalnej, albo inaczej – tej z dreszczykiem, bo Pani powieści nie są typowymi kryminałami. Policja występuje w nich marginalnie, śledztwo nie jest głównym wątkiem, za to pierwsze skrzypce grają zwykli ludzie. Dlaczego?

Ch.L.: Nigdy nie interesowały mnie policyjne procedury. W centrum moich zainteresowań od zawsze jest człowiek. Lubię badać jego reakcje, sprawdzać, jak i dlaczego zachowa się w takiej lub innej krytycznej sytuacji. Bo proszę zauważyć, że w moich powieściach zawsze pojawia się coś w rodzaju wyzwalacza. Zapalnika intrygi, który nakręca spiralę kolejnych zdarzeń.

Z.J.: Ciekawi mnie, dlaczego nie pokusiła się Pani o stworzenie serii powieści z wspólnym bohaterem, a zamiast tego za każdym razem tworzy postaci od nowa. Nigdy nie kusiło Pani napisanie cyklu?

Ch.L.: Nigdy nie chciałam głównym bohaterem swoich powieści uczynić detektywa, a to w zasadzie jedyne możliwe zarzewie cyklu. Tworzenie narracji z punktu widzenia śledczego zmusiłoby mnie do zmiany perspektyw pisania. Punktem centralnym przestaliby być zwykli ludzie. Ale uwaga: w mojej ostatniej powieści, która w roku ubiegłym ukazała się w Niemczech [jej polski roboczy tytuł to „Oszukana”, a prawa do polskiego wydania zostały kupione jeszcze przed premierą powieści na targach książki we Frankfurcie - przyp. tłum.], zrobiłam wyjątek od reguły i główną bohaterką uczyniłam właśnie policjantkę. Nie wykluczam, że pojawi się ona w kolejnych książkach.   

Z.J.: To, co mnie najbardziej urzekło w Pani powieściach, to Wielka Brytania. Podrążmy przez chwilę ten temat. Akcja większości Pani powieści rozgrywa się poza granicami Niemiec, głównie w Wielkiej Brytanii. Dlaczego tak rzadko Niemcy i dlaczego tak często Wielka Brytania?

Ch.L.: Bardzo lubię Wielką Brytanię i z wielką przyjemnością tam podróżuję. Urzeka mnie krajobraz, fascynuje język. Zabawne jest to, że w czasie wakacyjnych wypraw notuję i myślę po angielsku. Jest mi tam zawsze bardzo dobrze i pewnie dlatego ten kraj tak bardzo mnie inspiruje i wywiera na mnie tak duży wpływ. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy właśnie tam. Natomiast Niemcy to moja nudna i opatrzona codzienność, pewnie dlatego literacko zupełnie mnie nie inspiruje.

Z.J.: A Francja w „Złudzeniu”, które niedawno ukazało się po polsku?

Ch.L.: Mamy letni dom we Francji, właśnie w Prowansji. Spędzam tam z rodziną całkiem sporo czasu. Niestety, ze względu na przepisy weterynaryjne nie mogę mieć domu w Anglii. Mam psy, a te bez długiej kwarantanny nie mogą wjechać na teren Wielkiej Brytanii – stąd wybór z konieczności padł na Francję.

Z.J.: Jest Pani bezkonkurencyjna w kwestii oddawania klimatu miejsca. Czytając Pani powieści, trudno uwierzyć, że autorka mieszka w Niemczech. Proszę powiedzieć: jak wybiera Pani miejsce akcji powieści, co decyduje o tym, że będzie to takie, a nie inne miasteczko?

Ch.L.: To zazwyczaj przypadek, a w każdym razie nie planuję, że znajdę lokalizację do nowej powieści i nie z każdej podróży przywożę pomysł na fabułę. Miejsce musi mnie zainspirować, muszę poczuć, że ma to coś i że warto byłoby je wykorzystać w książce. Na przykład Lisia Dolina to autentyczne miejsce w Walii. Znalazłam się tam przez przypadek, bo zaciekawiła mnie nazwa – Fox Valley – na przydrożnej tabliczce. W czasie spaceru po niej przyszedł mi do głowy pomysł na intrygę.

Z.L.: To może zostańmy przy „Lisiej Dolinie” jako przykładzie. Z gotowym pomysłem na powieść zabrała się Pani od razu do pisania po powrocie do domu, czy może jednak wcześniej się przygotowywała? Wracała do Lisiej Doliny? Sprawdzała każdy kamień i krzaczek? Czy korzystała Pani z Google Maps i zasobów Internetu?

Ch.L.: Nie, nie tak szybko. To niestety nie jest takie proste. Zobaczyłam Lisią Dolinę i wiedziałam, że coś się musi w tym miejscu wydarzyć. Czyli miałam miejsce. Od tego momentu zaczęłam układać historię w głowie. To działo się jeszcze w trakcie pobytu w Wielkiej Brytanii. Potem wróciłam do Niemiec i zaczęłam obmyślać bohaterów, ich codzienne życie. I ten etap kreacji się tak powoli rozwija i nakręca. W międzyczasie tworzę listę kwestii – również tych topograficznych – które wymagają rozstrzygnięcia. Uzbrojona w te notatki, już pod koniec procesu pisania, wracam raz jeszcze do opisywanych miejsc, po to, aby wszystko dokładnie sprawdzić. Dosłownie te kamienie i krzaczki. Punkt po punkcie odhaczam kolejne pozycje na liście. Gdy dojdę do końca, mogę wracać do domu i postawić ostatnią kropkę w powieści.

Z.J.: A jak wygląda sam proces? Czy są to ciągi pisarskie, oczekiwanie na natchnie, czy może taki pisarski etat – z odgórnie ustaloną liczbą stron do napisania?

Ch.L.: Wszystko po trochu. Zaczynam zawsze o ósmej rano. Czyli jak na etacie. Mam też z góry ustalone pensum stron – dwie strony maszynopisu dziennie, czyli mniej więcej trzy strony książki. Ale to jest oczywiście sytuacja idealna. Jak każdy miewam też gorsze dni. Zdarzają mi się pisarskie bloki i ślęczenie nad mrugającym kursorem w oczekiwaniu na iskrę bożą. Natomiast pod koniec książki zdecydowanie wpadam w pisarski ciąg. Wówczas praca tak bardzo mnie wciąga, że piszę dzień i noc bez ustanku.

Z.J.: Ile zatem mniej więcej zajmuje Pani napisanie książki? Dwie strony dziennie przy gabarytach Pani powieści dają, jeśli się nie mylę… półtora roku!

Ch.L.: Średnio 14 miesięcy.

Z.J.: To teraz pytania dyżurne. Na początek: skąd pomysły na fabuły? Śledzi Pani kroniki kryminalne, prasę?

Ch.L.: Nie. Nigdy nie inspiruje się autentycznymi wydarzeniami. Nie śledzę doniesień medialnych ani nie wertuję pitavali. To, co opisuję, nigdy się nie zdarzyło, zostało od początku zmyślone. Zaczynam od miejsca, potem konstruuję bohatera i całe jego otoczenie, a gdy to już jest gotowe, zaczynam, rzec by można, temu mojemu bohaterowi uprzykrzać życie, rzucać kłody pod nogi, aż doprowadzę go do ściany. Proszę zauważyć, że moi bohaterowie nie są nigdy z gruntu źli, to los (czyli ja) sprawia, że popadają w tarapaty. Na przykład Rayan z „Lisiej Doliny” wcale nie jest zły, on jest słaby. To ciąg przypadków i zbiegów okoliczności sprawia, że staje się przestępcą. Miał wybór, ale poszedł złą drogą, co doprowadziło do tragicznego finału.

Z.J.: I drugie dyżurne pytanie – czy czyta Pani kryminały, a jeśli tak, to jakich autorów?

Ch.L.: Tak, czytam! Przede wszystkim są to autorzy amerykańscy i brytyjscy. Bardzo lubię czytać powieści Mo Hayder, Simona Becketta, Tess Gerritsen, Karin Slaughter. Czytam również Skandynawów, na przykład Henninga Mankella.

Z.J.: Myślę, że wszyscy Pani czytelnicy wiedzą jak znakomitą jest Pani pisarką, ale nie wszyscy wiedzą, jak ważne w Pani życiu są i były zwierzęta. Czy może Pani powiedzieć coś więcej na ten temat?

Ch.L.: Od zawsze zajmuję się kwestiami ochrony zwierząt. Wykup kucyka z cyrku to był dopiero początek. Dobro zwierząt jest dla mnie szczególnie ważne, bo mało kto myśli o ich prawach. Niestety jako jednostka mogę zrobić bardzo niewiele, acz uważam, że każdy, nawet najmniejszy gest ma sens. Przykład z Polski. Wspomagam międzynarodową organizację, która występuje przeciwko trzymaniu psów na łańcuchach. Niestety, w Polsce tych psów łańcuchowych jest zastraszająco dużo. Owa organizacja wyszukuje te zwierzęta, a właścicielom oferuje nieodpłatne wybudowanie wybiegu z budą plus regularną opiekę weterynarza. W ich działania można zaangażować się w formie wirtualnej adopcji i właśnie w ten sposób jestem patronką kilkunastu polskich psów. A to tylko jeden z przykładów. W Niemczech udało się doprowadzić do tego, że trzymanie psów na łańcuchach jest już zakazane. Mam nadzieję, że wkrótce podobnie rzecz się będzie mieć w Polsce.

Z.J.: Na koniec chciałabym zapytać o Pani osiemnastą książkę (jeżeli dobrze rachuję), która w Polsce ukaże się w przyszłym roku i pewnie zaskoczy niejednego z Pani wiernych czytelników. Mam na myśli „Sześć lat”. Czy może Pani o niej opowiedzieć?

Ch.L.: Ta książka opisuje moją osobistą największą katastrofę życiową. Miałam siostrę, nieco młodszą ode mnie, ale byłyśmy ze sobą bardzo związane, niemal jak bliźniaczki. Jedna dusza w dwóch ciałach. Gdy miała 41 lat, zachorowała na raka i sześć lat później przegrała walkę z chorobą. W „Sześciu latach” opisuję jej drogę przez niezliczoną liczbę szpitali, piszę o tym, jak w Niemczech traktowani są pacjenci. Niestety, nie jest to najlepsza opieka. Z drugiej strony opisuję, jaka to jest tragedia dla bliskich chorej osoby. Po publikacji otrzymałam i wciąż otrzymuję tysiące listów od osób, które mają podobne przeżycia.

Rozmowę z języka niemieckiego tłumaczyła Urszula Pawlik.